Archiwum kategorii: opowiadanie

Ziemniaki ze zsiadłym mlekiem

Epistolografia. Lubię to słowo. Wiele dla mnie znaczy. Stanowi część mojego wewnętrznego świata. Bez końca prowadzę na swój sposób jednostronny dialog. Ponieważ interlokutora nie widać, lubię sobie wyobrażać, że jest on po prostu czytelnikiem moich listów. Może dlatego z dużą łatwością przychodzi mi tworzenie monodramów. Monolog wewnętrzny, czyli słowotok jedynie imitujący dialog. Za każdym razem, kiedy chcę coś wyrazić, wypowiedzieć własne emocje, główne przesłanie ubieram w cudze fatałaszki i szmatki. Określone zjawisko przyodziewam w spodnie lub sukienkę, czepek, perukę lub kapelusz.  Czytaj dalej Ziemniaki ze zsiadłym mlekiem

Gra wstępna

– Pozbierałam to wszystko do kupy – uśmiechnęła się.

On kiwnął głową. – I jak ci poszło? – spytał wyrażając zaciekawienie.

– Zdziwiłam się, że aż tak łatwo udało mi się każdy z wątków poskładać do kupy – wciąż się uśmiechała. – Nawet tytuł już mam.

– To będzie serial, czy tylko jedna opowieść?  Czytaj dalej Gra wstępna

Amore Pomidore

Zakłopotanie, onieśmielenie, zażenowanie, zmieszanie, skrępowanie, zawstydzenie, wstyd, skonfundowanie, trema, konsternacja, wycofanie, zahamowanie, zamilknięcie, zastanowienie.

Seria synonimów w przybliżeniu sprawnie definiujących uczucia autorki coraz silniej pobudzających jej chęć do usprawiedliwienia się. Jedno wielkie „przyłapana na gorącym uczynku” z dnia na dzień mocniej dokucza.

„Tak, zgrzeszyłam” – ciśnie się na usta. – „Swoją publiczność zaraz przeproszę. Potrafię. A jak tam Ty? Nauczyłaś się, czy nadal tylko uczysz innych? Korepetycje serwowane Ci przez grafomankę pomogły? Nauka nie poszła w las? Uroczo poetyckie pardonne moi, vergib mir, forgive me, прости меня, perdonami, прощати za własny błąd nie tylko merytoryczny stało się wreszcie możliwe? Gotowość do podjęcia dialogu zaistniała, czy też dziecinne zaledwie czytanie cudzego słowotoku wciąż króluje na ściśle określonym polu walki? Powiedz…”.

Czytaj dalej Amore Pomidore

Epistoła

Siedzieli na trawie. Oboje lubili właśnie to miejsce w parku, te nie inne drzewo. Ona – zmęczona życiem czterdziecha, stara Raszpla – i on – wiecznie tak samo przystojny, choć już nie młody, pan wielkolud. Człowiek czynu. Pan Jan we własnej osobie.

– Kryzys twórczy daje mi się we znaki – urocza Raszpla mruknęła zmęczonym tonem, kiedy jej najlepszy przyjaciel właśnie rozkładał się na trawie. Wyciągnął długie nogi i obracając się na bok, by móc patrzeć w stronę swojej ulubionej przyjaciółki, rzucił w jej stronę uśmiech. – Mam oczywiście całą masę starych zapisków. Redaguję je. Przygotowuję do puszczenia w obieg i to mimo niezmiennego braku pewności co do sensu własnych działań.  Czytaj dalej Epistoła

Voys and my story

Starocie w nowej wersji właśnie zawisły pod określoną datą. Drobna dawka świntuszenia wygrzebana z odzyskanego dysku zewnętrznego. Nic pasjonującego, ot, niby sztubackie wygłupy. Pikanteria pełna dziwacznej fantasmagorii nijak mającej się do codziennej nudy obojga autorów.  Współautor pan Voy i Blogerka, kiedyś znana jako Szara, przedstawili swoje chyba na dobre minione poplątanie.    Czytaj dalej Voys and my story

Gryzmoły

Nawał pracy, a jednocześnie brak chęci skupienia się na nie swoim temacie. Zmęczenie materiału. Zbieranie do kupy wszystkich wniosków i na ich gruncie budowanie już bardzo konkretnego planu gry. Kilka spraw na jeden raz. Trochę tego i odrobina tamtego nie w pełni pomaga w porządkowaniu zebranych materiałów. Dodatkowo nauka wciąż nie w pełni skończona. WordPress i Photoshop jeszcze niedokończone. A czas nagli. Do kwietnia własny projekt trzeba przygotować. A do lipca cudzą promocję.  
Czytaj dalej Gryzmoły

Szepnij choć słowo, zdradź o czym marzysz…

Nie lubię pisać w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a czasami muszę. To irytujące. Już wolę stronę bierną lub całą masę imiesłowów i bezokoliczników. Ale czasami muszę odnieść się do jakiegoś wątku we własnym imieniu i wtedy najprostszym sposobem na wyślizganie się z przesadnie silnej dosłowności bywają dialogi. Pierwsze osoba liczby pojedynczej zostaje zachowana, ale cała reszta opisów, więc i refleksji, daje się wcisnąć pomiędzy kolejne zdania, jakby nieco zakamuflować…  Czytaj dalej Szepnij choć słowo, zdradź o czym marzysz…

Różany płomień

Wróżkowy zlot czarownic. Klasyczne pogaduchy, które ostatecznie przybierają kształt istnej burzy mózgów. Pomocne dłonie, te wirtualne i prawdziwe, oferują wsparcie w przygotowywaniu potrzebnych materiałów. Dyskusja dotycząca kolejnych etapów tworzenia już bardzo wyraźnie naszkicowanej historii. Dookreślanie sensu tworzenia wątków pobocznych. Zastanawianie się jakie dawki dialogów zaserwować ciekawskim, a co podarować sobie już na wstępie. Które elementy włożyć pod lupę, by móc później odrobinę poroztkliwiać się nad nimi, a co jedynie musnąć słownym pędzlem.   Czytaj dalej Różany płomień

Nie komedia, ale i nie pomyłka

Ostatnio rzadko się spotykamy. Obie z Gabi nieustannie biegamy w kółko goniąc za własnymi ogonami, oczywiście tymi myślowymi. Dlatego pogaduchy przy kawie stanowią dla nas cudowny wyjątek potwierdzający regułę. I tak było tym razem. Chwila odpoczynku od niechcianych obowiązków. Wymarzona cisza w eterze myślowym. Krótka odsapka od cudzych znaków zapytania.   Czytaj dalej Nie komedia, ale i nie pomyłka

Czterdzieści plus

Maki Małe – zabawna nazwa. Niewielka miejscowość pełna pól i lasów, wzdłuż i wszerz obsiana czerwonymi kwiatami i jaskrawo żółtym rzepakiem. Horyzont wokół nie jest płaski. Trochę górek, odrobina dołków, nawet własne jezioro – piękne i czyste, jak mawiają mądrzy – wytopiskowe, czyli jeszcze z czasów ery lodowcowej. Gęsty las wokół. Również spory kamieniołom i niewielka gorzelnia w pobliżu. Ot, turystyczna atrakcja czasami nieco złośliwie nazywana prawdziwą Mekką dla ćpunów.   Czytaj dalej Czterdzieści plus

Bajdurzenie

Odpoczynek od normalności. Ot, przyjemne z pożytecznym. W sobotę późnym wieczorem odwalone dwadzieścia jeden kilometrów, to w niedzielę czas na wypoczynek. Od poniedziałku być może sport wróci do łask, ale to nic pewnego. W sumie… cały tydzień przed nami i kolejny tydzień, i miesiąc, i kwartał, a potem półrocze… lub inne i tak dalej. Nie ma się po co spieszyć, ani gonić też nie ma za czym. Czytaj dalej Bajdurzenie

Siostrzany dialog

– Dziś Mikołajki – Gabi jeszcze w wejściu wręcza mi do ręki ozdobną papierową torebkę pełną kolorowych pudełeczek – masz. To ode mnie. – Uśmiecha się.

– Ojej, zapomniałam. Nie mam ci nic innego poza cappuccino do zaoferowania. – Marszczę brwi w wyrazie zakłopotania.

– Już mi dałaś kalendarz, pamiętasz? – Gabi uśmiecha się zdejmując buty. – Gdzie są moje kapcie? – pyta jakby odruchowo. – A! Tak. W szafce.  Czytaj dalej Siostrzany dialog

Za drzwiami szafy

Kolejny dzień szarości. Słońce przez chwilę zrejterowało. Na niebiańskich drzwiach zawiesiło karteczkę „zaraz wracam” i tyle je widziano. Choć oczywiście prognostycy twierdzą, że lada chwila może być lepiej. Ale im za to płacą, żeby poprawiali humor widzom i słuchaczom. Dlatego synoptykom tak często zdarza się mijać z prawdą. Niestety wiem jak to jest musieć kłamać w imię marketingowej konieczności. Czytaj dalej Za drzwiami szafy

Pikantna Słodycz

Kolejny dzień, kolejne wyzwania. Prawie Szwagier, czyli OMG – nie mylić z Oh My God, bo po polsku to O Mało Co – pomógł mi rozwalić kilka niechcianych kawałków tak boazerii, jak i starych mebli. Efekt okazał się piorunujący. Po stronie OMC Szwagra – zwanego dawniej Pączkiem w maśle – to była zabawa. Co prawda w ramach kontuzji musiał zdezynfekować kilka ran na dłoniach, ale śmiechu nawet przy tym nie zabrakło. Za to po wyjściu dwójki młodych ludzi – patrz: Gabi i Szwagier – mi samej opadły ręce, nogi i głowa, plus ramiona. To trochę jakby ktoś kazał mi zacząć wszystko totalnie od nowa. Uznałam więc, że ogarnę tylko kilka niezbędnych elementów i pójdę utopić się w wannie. A potem obaczym co dalej z tym zrobim. Czytaj dalej Pikantna Słodycz

Harlequinizacja

Pierwszy daje o sobie znać dzwonek Messengera. Zajęta malowaniem krzeseł i stołu nie zwracam na to uwagi. A niech se klika i popiskuje. Świat musi na mnie zaczekać. Pędzel umazany w emulsji „kość słoniowa” jest ważniejszy. Mruczę pod nosem. Od zawsze słynę z tego, że gadam sama do siebie. Zwykle pytana o powody tego odruchu złośliwie odwarkuję, że artyści i artystki już tak mają. Czytaj dalej Harlequinizacja