Saturday Night Life of Old Witch

Dużo pracy. Zbieranie materiałów. Kolekcjonowanie pomysłów. Przygotowywanie ilustracji. Podsumowywanie wcześniejszych wniosków oraz postanowień. Monotonna praca u podstaw, czyli segregowanie wcześniejszych koncepcji, aby spośród nich móc wygrzebać najcenniejsze perełki i diamenciki.

Pięć tematów do „ogarnięcia”. Począwszy od wiedźmińskiego czary mary, skończywszy na wątku ewolucji i degradacji środowiska. Wachlarz pełen najdziwaczniejszych nawet pomysłów. Znaki zapytania postawione jeszcze w 2002 roku wraz z wnioskami, które samoistnie nasunęły się w 2019 roku. Szmat czasu, ale wart spożytkowania na szukanie nowych koncepcji. Cudowna kolorystyka dziwactw i dziwadeł. Zaskakująco sensownych okropieństw i mało śmiesznej satyry dotyczącej ludzkiej głupoty i bezmyślności.

Gdyby mi ktoś powiedział, owe siedemnaście lat temu, że w pierwszej ćwiartce dwudziestego pierwszego wieku zajmę się problemami społecznymi, a genetyka zacznie mnie fascynować, więcej niż na pewno popukałabym się w czoło. A tu proszę bardzo… transformacja wiedźmy trwa. Tarot nadal pozostaje ważnym narzędziem w moich rękach, ale już w nieco innym sensie. Na plan pierwszy zaczyna się wysuwać artyzm. Coś dawniej przeze mnie postrzeganego jako tylko i wyłącznie zabawa.

To trochę tak jakby ktoś mi powiedział, np. w 1999 roku, że na budowaniu zamków z pisaku można zarobić spore pieniądze i to bez obaw, że ludzie będą się śmiać. Słysząc to chyba popukałabym się w czoło. Przed trzydziestką i spory czas później dość nieufne dziewczę ze mnie było; mimo iż nie dawałam tego po sobie poznać. Dlatego słysząc, że chwilowe rzeźby z piasku potrafią przynosić spory dochód, czy nawet sławę, nie uwierzyłabym. A obecnie takie „cuda sztuki dla sztuki” stanowią codzienność w wielu miejscach świata.

Niestety na chwilę obecną mój własny projekt rodzi się w bólach. Na szczęście numerologiczna dziewiątka, którą wciąż odhaczam we własnym kalendarzu urodzin, zdaje się na dobre zapadać w dziewięcioletni sen. Jej miejsce zaczyna zajmować jedynka, czyli moja osobista chęć działania. Dokądkolwiek nie pójdę, świat serwuje mi w prezencie nowe pomysły lub odpowiedzi na pytania, które postawiłam dawno temu.

Mimo woli jednak analizuję minione ponad cztery dziesięciolatki swojego życia…

Zabawne, że przed nastaniem nowego wieku, w 1999 roku, postanowiłam na dobre rozstać się z etykietką „wróżka”. Teraz, po równo dwudziestu latach, wracam do własnego zawodu „wyuczonego”. Głównie z tego powodu sama ze sobą gram w grę zwaną kalamburami. Dostaję od własnej podświadomości całą masę obrazów, które staram się poskładać do kupy, niczym puzzle ułożyć w całość. I choć nie od razu daje się to wychwycić, owa zabawa przypomina stawianie kart Tarota. Jeden obrazek staje obok drugiego, potem trzeciego i czwartego… Zabawa polega na tym, żeby zgadnąć, jaki przekaz te symbole nam serwują.

Nie każdy to umie. Nie wszyscy dobrze radzą sobie z rebusami. Za to ja uwielbiam tą zabawę. Może właśnie dlatego osiągnęłam dość wysoki level (poziom) w swoim fachu. Zapowiadanie zdarzeń przyszłych. Genialna gra z Losem przy użyciu wielobarwnych ilustracji. Fascynujący sport, mimo iż wielu uważa ten fach za istną klątwę lub znamię szatana. Co prawda gdyby nagle wręczono mi do ręki wizytówkę z napisem – wróżka – i spytano, czy chcę tam dopisać swoje imię i nazwisko, stanowczo odmówiłabym. Za to niemal odruchowo przekreśliłabym słowo „wróżka”, by zastąpić je nazwą „tarocistka” i dopisać jeszcze „wiedźma”.

Lubię bawić się słowami.

Młoda dziewczyna to wróżka i czarodziejka. Dojrzała kobieta to wiedźma i czarownica w jednym. To ta, która wie i rzuca uroki, lub też wie kiedy i jak, oraz kogo, najlepiej zauroczyć. Zaś młoda dziewczyna to głupiutka osoba, która wróży same dobre rzeczy i stara się oczarować innych własnym urokiem osobistym. Ponieważ jednak z młodości koniec końców się wyrasta… bodaj z każdej kobiety po latach robi się szczerbata staruszka z lagą w ręku, która w ramach dobrych rad straszy młodych ludzi przepowiadając im same potknięcia.

Na szczęście mnie samej, jako urodzonej ściemniarze, wciąż udaje się chować za pazuchą własne metrykalne krzyżyki. To trochę pomaga w zyskiwaniu przychylności młodego pokolenia. Niestety jednak lat nie ubywa… Stąd moja miłość do matrixowej iluzji. To co gołym okiem widać w blasku słońca, na ekranie monitora dość łatwo daje się skorygować przy użyciu Photoshopa. I właśnie dlatego „matrixowy artyzm” stanowi moją wieloletnią już niekłamaną miłość od pierwszego wejrzenia.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner