Sentymentalnie

Wojaże. Po latach nieustannego przemieszczania się z miejsca na miejsce człowiek przyzwyczaja się do konieczności ciągłego zmieniania środków lokomocji. Już nie zwraca uwagi na widoki za oknem. Rzadko słucha ludzi, ich prywatnych pogawędek ze współpasażerami. Po prostu sunie ku lepszemu jutru nas wszystkich nie oglądając się za siebie. Myśli o niebieskich migdałach. Wzdycha do chmur. Planuje swoje własne bujdy na resorach.

Czas pędzi niczym oszalały. To niezaprzeczalny fakt. Miłość do konkretów, swoistej oczywistości lub przewidywalności zdarzeń. Kolejne zapowiedzi zmian. Transformacji. Kalejdoskopu nowości. Głównie z tego powodu pozwala się, by wszystko wokół ewoluowało. Dziś tu, jutro tam. Uśmiech przemieszany z jego brakiem. Miłość nie w pełni dopowiedziana. Chęć bycia pochwyconą, a jednocześnie pierzchającą przed nieuniknionym.

Wyjazdy do Kodnia. Uroczy sport, który przez lata przybrał formę nałogu. Na miejscu zawsze jest inaczej niż za poprzednim razem. Nie ci sami ludzie przychodzą. Co i raz nowi turyści nocują w pokoju obok. Dzieci rosną, uczą się nowych mądrości i lubią się nimi z ciocią dzielić. Ich mama zdaje relację z miejscowych lub rodzinnych nowości. Aż miło posłuchać o tym, co w trawie piszczy.

Już pierwszej nocy daje o sobie znać stary dobry zwyczaj, a nawet tradycja, konieczności zapamiętania snu. Wszystko tylko po to, żeby następnego dnia móc przeanalizować Morfeuszowe rebusy. Mało banalne odpowiedzi na bardzo banalne pytania: Kto? Co? Czy warto? Kiedy? Jak? Ile razy? A może nawet: Jak długo to potrwa? – lub – Ile czasu mnie od tego zdarzenia dzieli?

Tym razem Morfeusz w swej łaskawości serwuje jasną odpowiedź. Pokazuje to, co pytająca najbardziej chciałaby zobaczyć. W efekcie wraz z upływającym czasem coraz silniej daje się jej we znaki tęsknota za rodzinnym miastem, za bliskością, za ponownym znalezieniem się w zasięgu cudzego wzroku. Złośliwy chochlik w głowie na powrót zaczyna dokuczać: „Biznes może poczekać. Zabawa w fotografię również. Wschodnie rubieże nie uciekną. Pewnie jeszcze przed zimą znajdzie się powód by tam pojechać. Dwanaście kilometrów to dużo mniej od dwustu dwóch. Wsiadaj więc do autobusu i…”.

Oszołomstwo bierze górę ponad wszystkim innym. Biegnie się więc na dworzec. Wsiada w busa. Wysiada pod PKiNem… następnego dnia idzie się na taki lub inny kurs. Poznaje się nowe metody pracy. Wyznacza cele. Dookreśla priorytety. Cierpliwie na własnym komputerze odhacza inne powinności.

A jednocześnie myślami lewituje się ponad południowym krańcem miasta. Pozwala się chmarze znaków zapytania kołować ponad własną głową. Liczy się dni i godziny dzielące od najbliższego nowiu księżyca…

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner