…niepotrzebne skreślić

Nagła jesień zaskakuje. Miejsce upałów zajmuje chłodny wiatr i mżawka. Słońce przygasa. Chmury zbierają się nad stolicą Polski. Kolory smętnieją. Liście żółkną, żeby niemal od razu móc spaść na ziemię. Robi się smętnie. Jesień zagląda przechodniom prosto w oczy, wdziera się do warszawskich parków i ogrodów; zniechęca do uśmiechu. 

____________________

W pracy cała masa obowiązków daje do wiwatu. Wszyscy wydają się coraz silniej rozdrażnieni. Obca zazdrość dokucza. Wizualnie zaniedbane żony mężów, które na wszystkich i wszystko agresywnie powarkują i nie panują nad emocjami zaburza rytm dnia pracy. Czyjaś manifestacja złości, którą tak naprawdę czują same do siebie, zaczyna przypominać czarną komedię. Ich własny, bijący  po oczach, kult brzydoty spędza tym paniom sen z powiek, prowokuje je do plucia bazarowym wrzaskiem. Bezmyślne grubiaństwo przyozdobione długimi tipsami jaskrawo kolidującymi z barwą ubioru i uczesania.

Ma się ochotę powiedzieć tym żonom ubranym w wielokolorowe szpony, żeby wreszcie rzuciły palenie, bo dzidziuś już krąży wokół ich wewnętrznej aury, tych żon agresja na to jednak nie pozwala. Niech więc żyją w niewiedzy. Niech niszczą nie tylko własne płuca. To przecież ich sprawa, co chcą ze swoim ciałem zrobić, jak niewygodnym dla dziecka je uczynić. – Późnym wieczorem taka myśl podsumowuje męczący wątek codziennej opowieści.

____________________

Dla odmiany młodzież zauroczona cudzymi czarami i magią błąka się po labiryncie własnych obaw; onieśmielenie utrudnia jej działanie. Rozedrgane myśli odbierają dawniejszy tupet i butę. Dziwnie szybko i nagle dojrzewająca młodość ucieka wzrokiem przed zadziornością wiedźmy. Oto czarownica do ich wewnętrznego pokoju zaczyna wpuszczać światło jawności, rozprasza mrok. Zmysły zaczynają dokuczać. Pierwsza i druga czakra szleje. Młodość coraz silniej manifestuje własny głód czułości i bycia zauważaną. A tu jakby na złość całe masy ludzi kłębiących się dokoła nie pozwalają nawet na chwilową odsapkę, na zabawę w: – „No! popatrz mi w oczy, zobaczymy ile wytrzymasz”.

____________________

Chwilami ma się ochotę zejść z własnego stanowiska pracy, wyprowadzić sporą grupę ludzi na zewnątrz, żeby pozwolić im odsapnąć. Ale alarmu przeciwpożarowego ni widu ni słychu. Pozostaje się więc uśmiechniętym wyrobnikiem. Jednak własnej radości się nie manifestuje, bo jeszcze ktoś zobaczy i oskarży o szaleństwo. Ot po prostu pozwala się rutynie, by przejęła kontrolę nad zdrowym rozsądkiem.

Jednak od czasu do czasu dopadają dziwaczne myśli. Zaczyna się zwracać uwagę na promile, które inni całymi tonami kupują. Jakby obca, bo cudza, tęsknota za wychyleniem kieliszka wina lub opróżnieniem kufla piwa nie daje spokoju. Po wielu miesiącach wie się już, zna tę energię, czyje myśli natrętnie przywołują wspomnienie kilku wyblakłych słów. „Piwo/wino/miód pitny… niepotrzebne skreślić”. Śmiech złośliwego chochlika prowokuje do radości. – „Hau, hau, hau!” – uśmiech nie schodzi z twarzy – „warto naśladować starszych i uczyć się odwagi. Odszczekać, co odczynienia wymaga, a wtedy kto wie, wiele niespodzianek może się zdarzyć”.

Na zupełnie innym gruncie zawodowym przygotowania do kilkuosobowej rewolucji zaczynają męczyć. Chciałoby się odpocząć od nowego biznes planu, ale natłok obowiązków na to nie pozwala. Skrzywienie zawodowe daje do wiwatu. Jedno wielkie – „śniło mi się” – lub co gorsza – „w kartach wyszło” – zmusza do konsekwentnego „obrabiania” nieustannie tego samego tematu. Dlatego niekończące się – „piwo/wino/miód pitny… niepotrzebne skreślić” – chwilami zostaje odwieszone na haczyk, by móc wrócić na scenę dopiero po określonym odstępie czasu.