Choróbsko

Do złych wieści można przywyknąć. Nawet tych dotyczących umierania. Jednego dnia stawia się sobie karty, żeby sprawdzić, jak minie kolejny dzień, o czym świat szepcze za naszymi plecami, czy sny nie kłamią, czy rzeczywiście wreszcie niemal czołowo przyjdzie nam zderzyć się z tzw. wielowymiarową wzajemności uczuć, a tu nagle pojawia się zupełnie inny anons karciany. Nagle powraca na scenę przez wielu nielubiana Dziesiątka Mieczy – karta Tarota, która często znamionuje chorobę lub kalectwo – do tego odwrócona, czyli sugerująca niemożliwą do usunięcia dolegliwość. Obok pojawia się też karta Śmierci i Giermek, czyli informacji, że złe wieści dotyczą kogoś młodego. 

W pierwszym odruchu na myśl przychodzi Lidka, ale zaraz potem ten obraz zostaje odgoniony, bo przecież dawniej nieco inaczej zapowiadało się jej życie. W myślach szuka się więc kolejnych rozwiązań. Niepokój zaczyna narastać, bo pewnego rodzaju sugestie karciane wskazują na tzw. obecny zakład pracy. Ale póki temat jeszcze nie istnieje, a odwrócona karta Kapłanki sugeruje, że i tak intuicja źle podpowiada, odwiesza się na hak niewygodne pytania i wątpliwości.

Dzień mija „uroczo”, czyli w nieco radosnej atmosferze. Co prawda widzi się cudze sfrustrowanie, ale macha się na nie ręką. Każdy tkwi we własnej pułapce pełnej negatywnych uczuć. Jej bądź jego wybór. Mi nic do tego. Na bazie tych wniosków uśmiech i manifestacja życzliwości nadal trwa. Nie ważne, że ludzi to dziwi, czy nawet niepokoi. Przywykli do rozrechotania swojej koleżanki z pracy, więc machają ręką na jej szczebiot.

Potem powrót do domu. Kolejne miłe sercu zdarzenia. Z własną kuzynką poważna rozmowa o życiu, z synem o jego nowej pracy, z samą sobą o coraz dokuczliwszym pragnieniu drastycznych zmian na poziomie tak zawodowym, jak i osobistym. Radość wciąż narasta, bo wynika z uwolnienia od fizycznego bólu na wysokości mostka, istnej arytmii serca. Odgania się od siebie świadomość, że energia cudzego podekscytowania kiedyś wróci na swoje miejsce, by ponownie z ogromną siłą uderzyć w splot słoneczny. W dobrym nastroju zapada się więc w krótki sen. Drzemka ma pomóc w doładowaniu własnego biologicznego akumulatora.

Do porządku przywołuje jednak sławetny już splot słoneczny. Obrazy zaserwowane przez Morfeusza uciekają z pamięci, ale ból nie słabnie. – Ktoś jednak o mnie pamięta – ta refleksja zajmuje miejsce wcześniejszego rozrechotania. Zero odpoczynku. Ot za sprawą kołaczącego serca radość zaczyna przybierać kształt nadąsania. Cholerna beczka miodu z łyżką dziegciu, czyli odwrócona do góry nogami karta Świat, wielkie szczęście okupione elementami nieplanowanej niewygody.

Aż się ma ochotę puścić w eter pełne zaaferowania – dwa tygodnie to długo, bez obaw, będę tęsknić, a właściwie już to robię, bulwary wiślane wciąż czekają… – tylko po to, żeby zmniejszyć ilość wysyłanej przez kogoś energii. W efekcie siada się przy komputerze i zaczyna prawie do rana klepać w klawiaturę. To ulubiona forma uciekania od własnego rozedrgania wewnętrznego.

Kiedy tekst zawisa na sieci, karty wracają na stół. Jeszcze przez chwilę analizuje się nie tylko własną przyszłość, temat planowanego urlopu, ale również cudze chętki i tęsknoty. Na stole jednak ponownie pojawia się zapowiedź złych wieści. Jakby pan Podświadomość lub Los chciał powiedzieć, że zabawa w wakacyjne wojaże z powodu pecha zostanie przyhamowana, że Kodeń to nie ten kierunek, w którym przyjdzie się udać, że – a i owszem – będzie to miało coś wspólnego z pracą, ale nie za sprawą cudzych nieszczęść. Po prostu nie będzie można znajomych zabrać ze sobą na wycieczkę.

Kilka godzin po przebudzeniu na Messengerze pojawia się informacja. Paro-zdaniowy wpis koleżanki przywołuje do porządku. Lidka informuje o stwierdzonych przerzutach komórek rakowych w całym jej ciele. Historia przypominająca brak farta Ani Przybylskiej. Staje się więc jasne, że dni tego Giermka rzeczywiście są już policzone. By móc ją spotkać osobiście jeszcze w tym wcieleniu, winno się ją odwiedzić już teraz, bo lada dzień zrobi się na to zbyt za późno.

Żadne uczucia nie dołączają do tej informacji. Blokada wewnętrzna wypracowana jeszcze za czasów umierającej córki mojej Cioci Mamy samoistnie się uruchamia. Miało się równo dziesięć lat czasu na oswojenie z myślą o odejściu Lidki, bo już wtedy Tarot zapowiadał właśnie taki rozwój wypadków. Też krótka i nagle urwana linia życia na dłoni Lici na to wskazywała.

Na tym niestety polega zawód wiedźmy – na zauważaniu i godzeniu się z nieuniknionym. Niby można żonglować pozyskiwanymi zapowiedziami, by w ich oparciu starać się coś zmienić w swoim życiu, ale da radę również ściśle trzymać się przyjętego scenariusza i odhaczać zaplanowane punkty zwrotne własnego życia.

Lidka wybrała to drugie. Zgodnie z zapisem, jakby kodem widocznym na własnej dłoni, robiła to, czego lekarze jej odradzali. Ciąża mogła przyspieszyć i sprowokować rozwój komórek rakowych. Lidka zbagatelizowała tę informację. Powiła dwójkę pięknych istot. Niestety nie będzie jej dane zobaczyć, jak dorastają.

Współczucie dokucza, rozdziera serce, ale nie zostaje podszyte nieco fałszywymi łzami. Od łez dużo skuteczniejsza bywa modlitwa. Długa medytacja równa się generowaniu prawdziwie pozytywnej energii doładowującej życiowe akumulatory osoby, w intencji której określony rytuał ma miejsce. Dziesięć lat to szmat czasu, by tę umiejętność w dość wysokim stopniu dopracować, by nauczyć się skutecznie współczuć.

Po kilkunastu kwadransach odzywa się Voy. Zna Lici, więc zostaje poinformowany o niechcianym zwrocie akcji w jej życiu. Już dojrzały chłopak ulega przygnębieniu. To przecież taka fajna i wesoła dziewczyna, dlaczego akurat jej dni tak szybko muszą stać się policzone? Chwilę rozmawiamy o sprawach nieuniknionych i o tzw. sensie życia. On opowiada o swoich wrażeniach dotyczących mojego pisania. Przyznaje się, że wpisy na blogu zaczęły trącać dziwnym smutkiem lub refleksją dotyczącą sensu życia.

Chwilę się zastanawiam nad jego spostrzeżeniami. Rzeczywiście niemal na dobre przestałam rechotać. Nieco zaskakujące poczucie odpowiedzialności zajęło miejsce dawniejszego chaosu myśli. Czas łapania dziesięciu srok za ogon dobiegł końca. Nauki pobierane u pani Profesor spowodowały narodziny potrzeby pomagania innym. No i ostatecznego zakończenia rozwodem dawnego love story, by zrobić miejsce dla zupełnie nowego story of love.

Kuzynka znowu odzywa się na Messengerze. Informuje o stopniu sprawdzalności naszych czary mary. Zgodnie z zapowiedzią przedłużono jej umowę o pracę. Wciąż będzie mogła dobrze zarabiać na tym, czego robić nie lubi, czyli na siedzeniu w biurze. Pocieszam ją jednak, że lata temu widziałam ją powracającą na stare zawodowe śmieci, wystarczy więc, że uzbroi się w cierpliwość, bo kolejnych zmian w jej życiu jeszcze nie zabraknie.

Po długiej chwili z kazamatów zarządzanych przez pana Podświadomość wraca wspomnienie jednego z niedawnych snów. Niezapomniana możliwość zobaczenie siebie cudzymi oczami. Usłyszenia cudzych myśli. Obraz zapowiadający miłe sercu zdarzenia. Wiadomość o tym, że jest się konsekwentnie obserwowaną i darzoną więcej niż życzliwością. Dzięki tej reminiscencji przez chwilę gaśnie smutek związany z wiadomościami o pogarszającym się zdrowiu Lidki. Inny fragment własnej codzienności powraca na scenę. Zauroczenie konsekwentnie przybiera na sile.

Kolejną chwilę później odzywa się telefon. Koleżanka zaczyna płakać w mankiet. Nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki waśnie sekret zdradza Wiedźmie. Za sprawą smutku młodej dziewczyny ową Wiedźmę dopada przykre olśnienie. – Mi ta osoba nie może dokuczyć, to mści się za pośrednictwem mojej koleżanki. – Dobre samopoczucie przygasa. – Chyba coś trzeba z tym zrobić. Może nieco bardziej dosłownie ujawnić własne rozczarowanie, niezadowolenie oraz żądanie przyhamowania dziwacznej dywersji? – Myśli się kłębią. – A przeszło dwa lata temu ta kobieta sprawiała wrażenie rozsądnej i życzliwej ludziom. Co się stało z jej życzliwością dla innych? Na swój sposób atrakcyjna kobieta, która nie potrafi się pogodzić z tym, że nie wszyscy umierają z miłości do niej. Za co ona mnie aż tak nie lubi? I z jakiego powodu mojej zaledwie koleżance dokucza? Czyżby zazdrość była podłożem jej zachowań i odruchów? Zazdrość o kobietę?…

Odpowiedzi na te pytania nasuwają się same. Również wiedza dotycząca minionych zdarzeń. Przygnębia świadomość, że przez wiele miesięcy owa powątpiewająca we własne atuty dama robiła wiele, żeby nie pozwolić Wiedźmie zająć jej miejsca w cudzym życiu. Chciałoby się być miłą. Prawić uzasadnione acz neutralne komplementy, a jednocześnie wie się, że to i tak w niczym nie pomoże, że w przypadku osób z tak głęboko podkopanym poczuciem własnej wartości już tylko realna terapia jest w stanie pomóc i to nie od razu.

Ma się również ochotę powiedzieć: – „Nie broń innym być szczęśliwymi. Nie dokuczaj postronnym obserwatorkom za to, że dotychczasowa przyjaciółka nie u twego boku chce sobie uporządkować rytm dnia codziennego. I nie przelewaj własnego żalu na te pracownice, które nie mają wiele wspólnego z tym tematem, bo to regularny mobbing i nic ponadto. Ludzie zaczynają cię nie lubić. Budują złośliwe żarty na twój temat. Boją się twoich fochów, bo bywasz bardzo nieprzyjemna w odbiorze. Przejrzyj wreszcie na oczy. Sama ze swojego życia czynisz piekło. Nikt inny nie ponosi za to odpowiedzialności”. – Jednocześnie wie się, czuje gdzieś po kościach, że nic ponad blogowymi dywagacjami zrobić się nie da. Jeśli ktoś na siebie wydaje wyrok, gilotyna i tak opadnie lub prąd popłynie w elektrycznym krześle. Niekoniecznie za sprawą wróżki, ale z innego banalnego powodu określona znajomość dawnych przyjaciółek ostatecznie wyzionie ducha.

Każdy osiąga dojrzałość i określony poziom samoświadomości zgodnie z własnym rytmem wewnętrznym. Chciałoby się podać adres dobrego ośrodka terapeutycznego, miejsca, w którym osoby świetne w swoim fachu – psycholodzy – byliby w stanie u sfrustrowanej młodej dziewczyny zainicjować chęć wyzbycia się narzuconych przez rodziców kompleksów. To naprawdę przykre widzieć osobę bardzo atrakcyjną fizycznie, która powątpiewa we własne wizualne atuty. Tracąca chęć okazania życzliwości innym tylko dlatego, że jakieś one lub oni akurat nie w niej się zakochują.

Bywa, że jakaś znajomość, a nawet potencjalna przyjaźń, ma za zadanie jedynie nas zainspirować, pobudzić do działania, więc trwa tylko chwilę – rok lub dwa. Nie jest pisane tej zażyłości przetrwać próby czasu. Banalne „cześć” rzucane na internecie bądź SMSem pozostaje aktualne, ale już czas wspólnych zabaw przy piwie i rozmawiania o sprawach nie do końca błahych na dobre mija. Każda ze stron skupia się na własnym tu i teraz. Inne tematy, różna rzeczywistość zajmuje miejsce dawniejszego rechotu.

Dojrzałość właśnie na tym polega, na pozwalaniu innym, by rozpostarli skrzydła na zupełnie nowym nieboskłonie. Dlatego ma się tego, nie innego męża lub żonę u swojego boku, bo z nim lub z nią mamy szansę się zrozumieć na wielu poziomach. W głębi serca czujemy, że to ktoś na swój sposób do nas podobny. Głownie na tym schemacie opiera się sposób działania tzw. przeznaczenia. Ze ściśle określonymi osobami chcemy wejść w bliższą zażyłość, bo w  owym kimś odnajdujemy kawałek siebie. Warto pamiętać jednak, że szereg skłonności, które mamy, natury jaką zostaliśmy obdarzeni, jest nam przypisane czasami na długo przed narodzinami jako osoba, którą teraz jesteśmy. Łatwo to wychwycić w oparciu o fakt, że z określoną linią życia widoczną na naszej dłoni już się rodzimy. To dowód pieczęci, jaką przynosimy ze sobą na ten świat.

Panta rhei dokonuje się nieustannie. Nie można zatrzymać upływu czasu. Zmiany dokonują się z każdą sekundą. Nie warto więc skupiać się na minionych zdarzeniach lub własnych niespełnionych planach. Sami sobie wmawiamy, że chcemy czegoś wizualnie określonego, kiedy tak naprawdę na poziomie ukrytym – tym podświadomym – pragniemy kompletnie innego rozwoju wypadków. Upieramy się, że ktoś – określona lub określony XY – właśnie nas winien kochać, kiedy tak naprawdę zaledwie przemawia przez nas nieprzepracowany egocentryzm i nic ponadto. Bo mamy już fajnego męża i super dziecko albo ta nie inna własna żona nas kręci.

Warto więc od czasu do czasu spocząć na wirtualnym kamieniu, gdzieś tam na skrzyżowaniu dróg, i zastanowić się nad własnym życiem, nad powodami dokuczających nam rozterek. Przypomnieć sobie sławetne dziesięć przykazań i uświadomić, że zazdrość to naprawdę ciężki grzech, na równi z mściwością. Wysyłanie tzw. rykoszetu, czyli czepianie się Bogu ducha winnej dziewczyny, nakazywanie jej ścisłego trzymania się procedur, których od dwóch lat nie przestrzegają pozostałe osoby zatrudnione na dokładnie tych samych warunkach, w sposób jawny wskazuje na niechęć i manifestację braku życzliwości, czy nawet emocjonalną agresję pośrednio słaną w stronę Wiedźmy.

Taki kawałek siebie, motor napędowy opisanych zachowań, zawsze warto przemyśleć. Nie skupiać się na innych. Nie zawracać sobie głowy Wiedźmą i jej koleżankami, bo ta znajomość raczej nie potrwa długo, tylko skupić się na własnej prywatnej codzienności. Zastanowić się czego brakuje w związku, w którym się tkwi, lub czego nie chce się już słyszeć od własnych rodziców. Co powoduje, że w ramach poirytowania ma się chęć dokuczenia innym, dlaczego przerzuca się domowe emocje na obcych ludzi, m.in. współpracowników.

Na tym właśnie polega dojrzałość, na osiągnięciu wyższego poziomu samoświadomości. Nie jacyś tam ludzie ponoszą odpowiedzialność za nasze błędy. My sami za sprawą emocji i braku zdecydowania, lub odwagi by nazywać własne uczucia po imieniu, czynimy sobie krzywdę. Banalna zabawa w uczuciowy masochizm i nic ponadto.

Niestety głównie zodiakalne znaki wodne lubią roztkliwiać się nad wszystkimi i wszystkim, jednak z tej trójki tylko Raki charakteryzuje skłonność do bardzo silnego egocentryzmu. Raki bardzo często łzami lub fontanną przesadnego poirytowania manifestują własne emocje. To znak zodiaku, a jednocześnie nazwa śmiertelnej choroby. W moich kartach Giermek Kielichów stał się zapowiedzią przyszłych zdarzeń, ów symbol pojawił się jakby dwuznacznie. W kontekście mojej intymnej codzienności jako złe wieści dotyczące pogorszenia się stanu zdrowia Lidki, a na poziomie zawodowym jako ostrzeżenie przed cudzą chorobą, w którą może się przemienić zachłanność i nie pozwalanie innym, by po swojemu ułożyli sobie życie.

Przez dobrą chwilę zadawałam sobie pytanie, czy znam kogoś młodego urodzonego właśnie pod tym znakiem, kto pracuje tam gdzie ja i pasowałby do karcianego opisu. A jeśli tak, to przed czym winnam tę osobę przestrzec? Po długiej chwili tylko jedna sugestia przyszła mi na myśl.

Spójność nazw i symboli czasami zawiera w sobie magiczny przekaz. U Lidii stwierdzono raka w roku, kiedy strzelił jej właśnie trzeci krzyżyk. Planowała udać się w odległą podróż, a zamiast tego wylądowała w szpitalu. Podobnie bywa z ludźmi, których toczy od środka gorycz lub zawiść. Sami uruchamiają kryjące się w ich organizmie komórki rakowe. Pierwsza jaskółka zwykle wiosny nie czyni, czyli internetowe przynudzanie Wiedźmy, ale kiedy własna złość przez blisko dwa lata nie odpuszcza i motywuje do dokuczania innym, czas się nad samą sobą zastanowić, bo zaledwie znak zodiaku może się nagle przerodzić w opis realnej choroby.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner