Miałam rację

Ciągłe gryzmolenie. Jedno wielkie przeskakiwanie, prześlizgiwanie się na brzegu słów oraz ich znaczeń. Coś przypominającego powoływania do życia romansów na zamówienie wydawnictwa Harlequin, opowieści podpisywanych pseudonimem, żeby ukryć to, czym się człowiek dorywczo para.

Przy okazji jednych spraw pojawiają się zupełnie inne. Organizm wciąż odmawia posłuszeństwa, więc gdzieś od środka własnego wewnętrznego świata narzeka się. Głowa nie pobolewa już, ale za to daje do wiwatu ucisk na poziomie mostka oraz zaburzony dobowy rytm snu. Dziwaczne obrazy wyrywają z czegoś na wzór drzemki. Raz na dwie godziny człowiek zrywa się na równe nogi, żeby po chwili uświadomić sobie, że to jeszcze nie czas na pobudkę, że do świtu wciąż brakuje np. dwóch godzin. 

Przy okazji rozmów o planie biznesowym przychodzą dobre nowiny. Asia Pyrek – w swoim fachu naprawdę genialna numerolożka – ostatecznie wyjaśnia kwestie dziewiątego roku cyklu numerologicznego: „Skoro masz już w pełni dookreślone plany na przyszłość i od dobrej chwili je realizujesz, znaczy, że na nic nie musisz już czekać, ani jakichkolwiek zmian w swoim życiu odwlekać lub hamować. Nie istnieje twarde prawo zakazujące lub odradzające wchodzenia w zażyłość z kimkolwiek lub podpisywania nowych umów. Nie wpadaj w niepotrzebną panikę. Najważniejsze zdarzenia miały już miejsce, reszta samoistnie zadzieje się poza twoją świadomością”.

Trudna do opisania ulga pozwala się wyciszyć. Przed niczym nie trzeba już uciekać, ani za niczym gonić. Co prawda znajomi dziwią się, że ich koleżanka znowu zaczyna sprawiać wrażenie dużo spokojniejszej, ale po jakimś czasie przestają pytać o powody, po prostu dołączają do rozrechotania swojej nadwornej pani Wiedźmy. Sabaty czarownic zostają umieszczone w grafiku. Wypady do teatru znów stają się oczekiwaną atrakcją. Kino wraca do łask.

Po powrocie z pracy – czyli po odhaczeniu niemal górniczej szychty – daje do myślenia sprawdzany właśnie raport dotyczący blogowych statystyk. Wpisy z poprzedniego miesiąca przyciągają cudzą uwagę. Mimo woli zagląda się do niedawnych staroci, żeby sprawdzić, jakiej treści dotyczy cudza ciekawość. Zapis sprzed równo miesiąca powala na kolana. Mowa jest w nim o tzw. telepatii. Muskając wzrokiem kolejne akapity doświadcza się olśnienia. – „To nie były brednie. Dokuczające mi skojarzenia z przeszłością dotyczyły tego, co właśnie ma miejsce na Starówce. Nie rozumiałam, z jakiego powodu temat Studium Fotografii ZPAF dawał mi się we znaki, dlaczego stare i bardzo odległe skojarzenia spędzały sen z powiek, a to po prostu dotyczyło kolejnej edycji darmowego szkolenia”. – Nareszcie… po kilku tygodniach odpowiedź dotycząca dawniejszych natręctw myślowych przypływa sama.

„Cóż… rzeczywiście pewien ktoś – płci żeńskiej – chyba o mnie myślał. Nie bez powodu wspomnienia nieustannie dokuczały, bez ostrzeżenia dopadały, niemal szarpały od środka. To naprawdę była cudza energia. Nic mi się nie wydawało. Uff… Enty raz ten sam wniosek się nasuwa. Nie jestem stuknięta. Po prostu… wiedźma ze mnie i tyle. Nawiedzona kobieta, która właśnie odmówiła racji bytu zdarzeniom przyszłym i zamiast czekać na „nieuniknione” po prostu powiedziała panu Losowi NIE! Chrzanić Tarota.

Wiedźma nie poszła więc na dwa wyśnione wykłady. Nie zajęła miejsca w sali z projektorem i nie wysłuchała prelekcji prowadzonej przez panią i pana. Nie zrobiła nic. Po prostu skupiła się na własnej prozaicznej codzienności. Dokonała innego wyboru, niż pan Los próbował zasugerować. Postawiła jasno zadeklarowane weto. Śniąca zachowała ważność własnego ultimatum rzuconego dawnej kadrze nauczycielskiej zajmującej się fotografią. Cudzy brak zdolności do prowadzenia dojrzałego dialogu, to i brak happy endu. C’est la vie”.

Na miejsce jednych wspomnień wchodzą jednak drugie. Słowa zaprzyjaźnionej wiedźmy: – „Błędnie będziesz się doszukiwać podobieństw tam, gdzie ich nie ma. Podejmiesz próbę udowodnienia samej sobie, że dwie skrajnie różne osobowości mają ze sobą wiele wspólnego. Twoje przypuszczenia okażą się zabawnie błędne. Sława i pieniądze kontra parawan banalnej codzienności i ledwie wiązanego końca z końcem. Urocze – już sobie pościeliłaś, nadchodzi więc czas sprawdzenia, czy rzeczywiście wygodnie się wyśpisz – zabawny wniosek, który nasunie się sam”.

Dowcipnie piękna przepowiednia. Nawet się człowiekowi nie chce dywagować nad stopniem jej sprawdzalności. Uśmiech zajmuje miejsce powątpiewania. W pracy przypadkowe osoby przynoszą dobre nowiny. Szczęśliwie niespodzianki się nie szykują. Wciąż trwają wakacje – również te uwalniające od nagłych zmian. Bo a to ktoś ni z tego ni z owego idzie na urlop, przez co koleżanki z działu narzekają, że nie one są faworyzowane przez władzę zwierzchnią. A to samej planuje się lada dzień wyruszyć w stronę wschodniej granicy kraju, żeby odpocząć od Warszawki. I tak… oby do zimy, a potem do wiosny i kolejnego lata. Po prostu panta rhei. Na koniec świata i jeszcze dalej…

__________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner