Ulubienica pani profesor

Zawroty głowy. Nieplanowana awaria błędnika. Poczucie oderwania od rzeczywistości. Banalne przeziębienie, ale trącające czymś dziwacznie wielowymiarowym. Zaburzenia percepcji spowodowane gorączką. Wizje wyższe, czyli coś kojarzące się z majakami sennymi dokuczającymi na jawie. Fatamorgana nie na afrykańskiej pustyni, ale w Europie Środkowej. Ostra migrena odziana w całun lodowatych dreszczy. 

To mało fajne przeziębić się, a jednocześnie wiedzieć, że zwolnienie lekarskie nie wchodzi w grę. Mieć świadomość, że przyjdzie przecierpieć kolejny dzień pracy, walcząc o zachowanie przytomności umysłu, walcząc z brakiem koncentracji, z rozedrganiem i zawrotami głowy, bo tylko to się opłaca. Chorowanie tak silnie daje po kieszeni, że choćby się waliło i paliło każdego dnia wraca się na własne stanowisko pracy. Nie ma mamusi ani tatusia, którzy mogliby przy-sponsorować L-4. Dzianego kochanka-sponsora również nie ma, bo za dużo nerwów kosztowałoby wracanie do domu, gdzie w rozchełstanym dresie maczo czeka na swoje piwo.

Migrena z dnia na dzień coraz silniej dokucza, ostatecznie więc w szufladzie zaczyna brakować Paracetamolu. Ibuprom się nie opłaca, bo rozwala wątrobę i osłabia organizm. Ketonal nie działa. Neurolog co prawda jeszcze inne „coś” przepisała dobrą chwilę wcześniej, ale magiczny lek również się skończył. Stres robi więc swoje, zabija spokój wewnętrzny, pozwala mrocznym potworom wypełznąć z kazamatów podświadomości, by mogły nieustannie dokuczać przykrymi wspomnieniami.

Na wirtualnym ekranie kinowym umieszczonym gdzieś wewnątrz własnego mózgu rusza projekcja wyblakłych obrazów. Wakacje. Lipiec 2011 roku. Szum morza. Plaża. Cudze córki się kąpią. Ich mama narzeka. Niebo jest przymglone. Morze wydaje się szare i mało przyjazne. Ręczniki i koc leżą na twardych kamieniach. Kawałek dalej jest Dziwnów. Wystarczyłoby zrobić krótki spacer i dałoby radę w tamtejszej knajpie zaliczyć pysznie lodowate piwo z beczki. Tylko po co i z kim? Z marudną niunią, która zaledwie umie się upić? Której wiecznie trzęsą się dłonie z powodu nerwicy natręctw, a głos wydaje się dziwacznie zachrypnięty i pełen rozhisteryzowania?

Nagle film zaczyna się jakby rwać, widać jeszcze kilka błyśnięć i na wirtualnym ekranie zwanym „podświadome przekazy” pojawiają się już zupełnie inne sceny. Warszawa. Marzec 2012 roku. Jest możliwość skorzystania z darmowych zajęć w ZPAFie. Seria spotkań z fotografami. Określona „kadra” się tym zajmuje. Po chwili wahania zapada decyzja o odwiedzeniu tego miejsca. Co prawda ciało zaczyna krzyczeć, nawoływać, komunikować ukryte NIE! i odmawia posłuszeństwa za sprawą dławiącego bólu na wysokości mostka oraz silnych zawrotów głowy, ale i tak idzie się pod wskazany adres, zalicza wizytę na Zamkowej 8, by móc koniec końców podjąć ostateczną decyzję spod znaku – nigdy więcej!

Bez ostrzeżenia film znów się urywa. Obrazy na ekranie mętnieją. Niechciana retrospekcja przywołuje rok 2011. To listopad. W czasie podróży tramwajem przychodzi mail pełen oburzenia i jadu. „Proszę więcej się tam nie pojawiać!”. Patrzy się na kolejne zdania i nie może uwierzyć, że ktoś z pozoru tak silny, w rzeczywistości jest dziwacznie poplątany i emocjonalnie słaby. Kiwa się głową. „Chcesz to masz” – mruczy się gdzieś głęboko wewnątrz własnej głowy i na wigilię  Bożego Narodzenia, obchodzoną przez fotografów w Starej Galerii, już się nie idzie, choć wie się, że ktoś bawiący na tamtejszych salonach chciałby móc nas znowu zobaczyć.

Temat zamiera. Ekran w wirtualnym kinie przygasa. Podświadomość odpuszcza. Zapada cisza w eterze. Na poziomie jawy pracuje się dalej, a na poziomie snu odpoczywa. Nie trwa to jednak długo. Kolejna seria wspominek zaczyna odbijać się czkawką. Na tym samym wirtualnym ekranie płyną litery. Mamy listopad 2015 roku. Powstaje przydługi mail. Słowo za słowem w sposób bardzo przemyślany rodzą się kolejne zdania. Prawdziwa sieć ukrytych sugestii. Cała masa igiełek niezbędnych przy akupunkturze. Trzeba wiedzieć gdzie każdą z nich wbić, aby w mózgu skrzynki odbiorczej pobudzić odpowiednie punkty energetyczne, żeby ostrzec, czy nawet wystraszyć przed samą sobą. „Nie jestem Ci pisana” – taka intencja przyświeca literowym tworom – „odskocz więc niczym oparzona, proszę Cię, zrób to”.

Mail przynosi oczekiwany skutek. Najpierw jeden. Po dwóch latach kolejny. Swoisty refren. Równe odstępy czasu pomagają w zachowaniu oczekiwanego dystansu przy jednoczesnym byciu zauważaną. Wymiana intencji. Jeden nieboskłon i dwie błyszczące na nim super-novy. Ona vs ja. Dipol. Krucha równowaga plusa z minusem. Ozon. Twór niezbędny by planeta prawidłowo oddychała. Iluzja. Ikona i jej hołdowniczka. Czysta fikcja literacka, bo na poziomie rzeczywistym owej czcicielce dźwięk kompletnie innego głosu przyspiesza tętno.

Sen snuty na jawie słabnie. W szpitalu pielęgniarka wytrąca z zamyślenia. Pyta, czy wszystko w porządku. W odpowiedzi dostaje kiwnięcie głowy. Kilka procedur i wychodzi się z pogotowia. Powoli jedzie się do domu. Migrena nie odpuszcza tak łatwo. Pani doktor powiedziała, żeby uważać na siebie i jakby co zadzwonić znowu po karetkę. Nie pędzi się więc i nie myśli o głupotach. Ma się wszystkiego i wszystkich dość. Bo w głowie nadal huczy. W klatce piersiowej czuć bolesny ucisk, a w uszach słychać pulsującą krew. Ciśnienie niby w porządku, a i tak coś zdaje się rozsadzać czaszkę od środka.

Kolejne wspomnienie daje do wiwatu. Zabawne. A może dziwaczne? Bo ten sam problem przez krótką chwilę dokuczał na przełomie stycznia i lutego w 2018 roku. Ciągła migrena. Pogarszające się wyniki pola widzenia. Nieuzasadniona arytmia. Ciągłe zmęczenie, uczucie ciężkości i senności. Trudności w rozumieniu o czym ludzie mówią. Konieczność wkładania większego wysiłku w odpowiadanie na konkretne pytania.

Właśnie w tamtym czasie uparta stacja nadawacza dawała po garach. Na szczęście dobrze skonstruowana siatka słów ostudziła gejzer cudzych oczekiwań. Wystąpienie przed kamerą również pomogło, bo podłączyło prąd do czyjegoś mózgu. „Zastanów się lepiej nad tym, czego oczekujesz od świata, i zaakceptuj fakt, że w ściśle określony sposób jesteś przez innych odbierana. Sprawiasz takie a nie inne wrażenie. Występując przed kamerą staram się pod pozorem opisu własnych upodobań coś bardzo konkretnego ci zasugerować, podpowiadam, jak jesteś przez wielu odbierana. Dopóki nie polubisz samej siebie taką, jaką jesteś, żaden związek, w który wejdziesz, nie przetrwa próby czasu”.

Zdenerwowanie co i raz dokucza. Dlaczego kosmos tak wiele wspomnień przysyła do mnie akurat teraz? Skąd tyle staroci wraca na myśl? Przez przyjemnie wiele miesięcy żyło się w przeświadczeniu, że przeszłość nigdy już nie wróci, a tu nagle dopada przykra prawda, że dziwaczne bioprądy wciąż istnieją, że pokręcone i nieco upierdliwe echo syreniego śpiewu zawsze może powrócić. Ma się ochotę powiedzieć tylko jedno – że od drugiego października 2017 roku nie jest się już osobą do wzięcia, że tak naprawdę na swój sposób nigdy się nią nie było, że choć przez wiele miesięcy niektórzy temu nie dawali wiary, nie planowało się ściśle określonego zażonąpójścia.

Kolejne wspomnienie dopada. Tym razem prowokuje do uśmiechu. Znajoma młoda wiedźma przez dobrych kilka lat powtarzała to samo – „Owszem, Królowa siedzi na swoim tronie. Nie zejdzie z niego. Na jej życzenie do spotkania może więc dojść. Twoje sny nie kłamią. Pamiętaj jednak, że masz wybór, to od ciebie zależy, która z opcji przejmie dowodzenie. Nie ważne w co teraz wierzysz. Dalsze zdarzenia utwierdzą cię w przyszłych postanowieniach. Moim zdaniem ostatecznie i tak Giermek zwycięży. Tak mi pokazuje Tarot. Sama spójrz. Ja nie kłamię. Znasz się na wróżeniu. Widzisz przecież, że ja nie zmyślam. Teraz się wkurzasz, że to nie Rycerz lub inna wiekowa istota, ale jak już Giermka spotkasz, kiedy się dowiesz, kim on tak naprawdę jest, odszczekasz własnego focha. Zobaczysz”.

„Hau, hau, hau…” – po latach tylko tyle ma się ochotę powiedzieć. – „Wiedźmy znają się na swoim fachu”. – A potem wykurować własne ucho wewnętrzne, żeby błędnik przestał dokuczać, jednocześnie niemal codziennie odhaczając należną szychtę, logując się na własnym stanowisku pracy. Do października jeszcze kawałek czasu, nie ma się więc po co spieszyć, ani za czym gonić. Zabobonność nie pozwala, żeby przed wrześniowym nowiem księżyca wejść z kimkolwiek w rytm – jak mawiają żołnierze – „tańca godowego rosomaka”. Dlatego przed starym zauroczeniem się ucieka, a do nowego wciąż nie pędzi. Stare dobre „co z oczu to z serca” pomaga skupić się na banalnej pracy i niczym poza nią.

Jednak złośliwy chochlik w głowie nieustannie powarkuje, te same flaki z olejem miele zużytą chochlą: – „Co z tego, że znowu darmowy kurs fotografii analogowej dałoby radę zaliczyć? No co z tego? Odgrzewane kotlety i tyle. Ale doceń, że system wciąż pamięta o tobie, że podsyła ci kolejne anonsy prasowe. Byłaś pupilem. Cichym, ukrytym skarbem, pierścieniem Władczyni. Znów możesz się stać ważna, bo oddająca hołdy. Przemyśl to. Od zawsze stanowiłaś cudowne lekarstwo na nudę, ciekawostkę ornitologiczną, ilustrację zjawiska „ptaszki, kwiatki i motylki w brzuchu”. Widywana z okna stanowiłaś przednią rozrywkę, źródło późniejszego sentymentu”. – Kiwa się głową. Ma się ochotę wyłączyć radio, z którego płynie smętny syreni śpiew, ale nie bardzo wie się, jak to zrobić.

Gorączka rośnie, a potem opada. Ucho nie boli, ale chwilami wydaje się zatkane. Trzeba to przeczekać. Może w chwili wolnej przespać? Magiczne babcine leki stanowią remedium na wszystko. Co prawda nie nalewka, bo promile jeszcze pogorszyłyby sprawę i groziły ciągle tym samym „delirium tremens”, ale ciepła kołderka i gorąca herbata z cytryną takiej groźby ze sobą nie niosą. Oby wypocić z siebie niechciane wspomnienia. Oby pozbyć się zawady zwanej reminiscencyjną czkawką. Wszystko inne przycichnie samo. Gorączka minie niczym ręką odjął. Ból głowy ustąpi. Jak zawsze chaos myśli ustąpi miejsca od wielu miesięcy temu samemu zauroczeniu.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner