Brak pewności

Facebook regularnie przypomina o najdziwniejszych nawet starociach. Fajny wynalazek pan Zuckerberg zaoferował użytkownikom tego portalu. Można sięgać po stare wpisy lub załączniki i ponownie zamieszczać je na swoim profilu jako urocze wspominki.

Pewien cytat, który „zalajkowałam” równo rok temu, dał mi dziś do myślenia. Złośliwy chochlik zaczął mnie szczypać niewygodnymi znakami zapytania. Dwanaście miesięcy temu. Dlaczego zwróciłam uwagę właśnie na ten zlepek słów? O czym myślałam zamieszczając na fejsie urywek cudzej książki? Z jakiego powodu dziwaczne lubię czytać PL na tyle przypadło mi do gustu, że zamieściłam na swoim profilu fragment czyjejś książki? Skąd ten pomysł?

„Moja dusza pachnie Tobą” Aleksandry Steć to na swój sposób bardzo poetycki opis człowieczej potrzeby bycia zauważanym, ale…:   

„Kiedyś często zastanawiałam się czym różni się miłość od zakochania. Teraz już wiem. Jeśli się zakochasz i uczucie jest prawdziwe – przekształca się w miłość. A prawdziwej miłości zawsze towarzyszy zakochanie, które często pojawia się i znika, powraca w mniej lub bardziej szalonej formie.

Miłość trwa cały czas. Motyle w brzuchu pojawiają się i odlatują, czasem porywają nas do nieba, a czasem jedynie fenyloetyloamina buzuje w synapsach powodując słodki stan upojenia. Jedną z piękniejszych rzeczy w miłości jest to, że w człowieku, którego zna się od lat, można zakochać się każdego dnia. Na nowo”.

Kilka razy przeczytałam te same zdania. Nie od razu z pełnym zrozumieniem. Chyba emocje mi na to nie pozwoliły. Mimo woli moje myśli utonęły w całym oceanie retrospekcji. Co robiłam rok temu? O czym myślałam? Jakie plany zaczynałam snuć lub o czym marzyć? Nieco odruchowo cofnęłam się o tych kilkanaście miesięcy wstecz. Nie doznałam objawienia. Nie musiałam. W poprzednim roku ósmego sierpnia umieściłam na własnym blogu sentymentalne wspominki sprzed lat. Po dwunastu miesiącach wszystkie wpisy z tamtych wakacji wydały mi się zabawnie oczywiste.

Przez cały miesiąc identyczny stan ducha, jak ten opisany przez panią Aleksandrę Steć, dawał mi się we znaki. Uroczy odlot. Zabójcze dawki endorfin. Czasami skrajne poirytowanie chowane za wachlarzem kpiny i sarkazmu, oraz niemal skrajnych złośliwości.

I dziwić się, że obecnie co i raz kumpela sugeruje, że powinnam się spotkać z dawnym klientem: – „Wymyśl coś sensownego, jakikolwiek powód lub uzasadnienie. Zasugeruj mu, że to ty wyszłaś w jego kartach, to ty jesteś laską, która ma na dobre podbić jego serce. Umów się z nim. To super brunet wieczorową porą. Zabójcza muskulatura. Sporo wyższy od ciebie. Co ci zależy? Ekstra ciacho z niego i nie ma już żony, ani nowej kochanki. No i wiesz, że mu się podobasz”.

Słucha się, a jednocześnie nie słyszy. Bo to nie taki bodziec, nie taki fatygant, do jakiego chciałoby się wzdychać. Cudza tęsknota za ekscytacją. Urocza nuda dnia codziennego własnej psiapsiuły, rasowej Matki Polki. Koleżeńskie wyobrażanie sobie, że rozwód to nowa wolność, czyli niekończące się randkowanie z Bóg wie kim. Słucha się i kiwa głową. Imituje się zainteresowanie tematem. A po skończonej rozmowie telefonicznej wzdycha się głęboko i kiwa głową:

– …żeby to tak można było hulać bez kontusza ile wlezie – ta myśl psuje humor – najpierw trzeba się nauczyć czerpania przyjemności z przygodnych skoków w bok, a dopiero potem zacząć umawiać się z kimkolwiek na kolację przy świecach. Z natury monogamistkom taka zabawa niekoniecznie przednio smakuje. Kobiety z natury stałe w uczuciach bywają odruchowo wierne, czy nawet oddane własnym tęsknotom.

Pani Aleksandra Steć ładnie opisała ludzkie odruchy i emocje, bardzo trafnie nazwała ściśle określony afekt. Oczywiście przy użyciu własnej tzw. licentia poetica również mogłabym wiele tęsknot ubrać w słowa.  Nie zrobię tego jednak. Dawniej poszłam we własną ulubią grę słów i nadal to czynię. Wygenerowałam wiele uroczych niedopowiedzeń, by udać, że zaledwie fikcja literacka stanowi główny wątek. Jednak kolejne dawki lirycznej prozy tradycyjnie już stały się oczywistym przesłaniem, które przez bite dwanaście miesięcy nie zmieniło się nawet odrobinę.

I tak przyjemny urok mijającego czasu i skłonność do uciekania przed podjęciem realnego dialogu pozostał daniem głównym dnia codziennego pewnej blogerki. Lepiej tylko wyobrażać sobie, snuć opowieści romantycznej treści, niż wejść w zażyłość z kimkolwiek i boleśnie się przy tym sparzyć.

Wielu ludzi właśnie w ten sposób postrzega własną codzienność. Na poziomie pseudo intymnym internet w ich życiu zajmuje miejsce prawdziwej bliskości. Niejednej osobie wystarczy czytanie cudzych wpisów na fejsie albo Instagramie i słuchanie o czym świat gaworzy, by stłumić w sobie tęsknotę za czymś niebezpiecznie realnym i bardzo konkretnym. Ot… gorzka prawda dzisiejszych czasów. A kiedy jest się kimś, kto nie jeden raz się sparzył, mimo woli dołącza się do opisanej większości, bo na swój sposób to bardzo ułatwia życie i chroni przed kolejnymi rozczarowaniami.