Ptaszki, kwiatki i Motylki

Burza mózgów. Marek Niedźwiedzki na antenie Trójki puścił singla. Mariposa zaśpiewała dla wszystkich. Wszystkim pracującym nad wydaniem płyty ciary po plecach spłynęły. Odległe wspomnienia wyrwały się z lamusa – składziku pełnego zapomnianych emocji – przywołując myśl o własnym niemal dzieciństwie. Stare dobre czasy Listy Przebojów Trójki, kiedy czekało się na TEN dzień, żeby móc posłuchać właśnie tego pana Marka.   

Reminiscencje. Klimat niepowtarzalny. Głosy redaktorów Niedźwiedzkiego i Kaczkowskiego pełne magnetyzmu, audycje Tomasza Beksińskiego i jego specyficzny styl pełen mroczności. Te ikony, wzory do naśladowania, wypełniały codzienność wielu obecnie już bardzo dojrzałych osób. Ot już nie dzieciństwo, ale również jeszcze nie pełna dorosłość. I teraz ten nie inny pan Niedźwiedzki powiedział, że na koncert Mariposy naprawdę warto się wybrać.

Dziwaczna młodzieńcza tęsknota za szpanerstwem dała o sobie znać. Nie schodzi z ust coraz częstsze: – „Uwielbiam się bawić myślą, że TEJ Asi Pyrek, tej nie innej Mariposie pomagam podbić estradę i wejść na wszystkie listy przebojów, pomóc w zdobyciu aplauzu”. Szara eminencja, cudowny syndrom dokuczający od wieków. Szeptanie innym prosto do ucha, inspirowanie ich, zarażanie pomysłami, jednocześnie bez konieczności osobistego wejścia na scenę lub wystąpienia przed kamerami. Pradawne marzenie, które właśnie nabiera rumieńców.

Konsekwencja. Cierpliwość. Niczym buddyjski mnich, adept dalekowschodniej sztuki walki, monotonne i bardzo zdyscyplinowane wychlapywanie wody z własnej misy. Nauka siły i samozaparcia. Wytrwałość. Umiejętność brania przykładu z tych, którym wieki wcześniej udało się odnieść osobisty sukces. Niekończący się barter spod znaku:

„Masz mój podziw, akceptację, zrozumienie ubrane w szaty promocji i reklamy, w zamian za Twoją pochwałę dla moich działań, aprobatę przemieszaną z życzliwymi sugestiami, jak i co mogłabym robić jeszcze lepiej. Ty uczysz się ode mnie osiągnięcia stanu pełnej samoakceptacji, a ja pobieram korepetycje z zaprzyjaźnienia się z myślą o byciu rozpoznawalną w skali publicznej. Dzięki Tobie uczę się uznania własnych talentów nie tylko za istniejące, ale przede wszystkim warte wykorzystania i pokazania, zaoferowania światu”.

Patrząc w lustro coraz częściej zaczyna się widzieć swoje własne dołeczki w policzkach, pewnego rodzaju manifestację radości. Nawiązuje się kontakt ze schowaną głęboko małą dziewczynką, której mama zawsze powtarzała, że do niczego się nie nadaje. Przygarnia się do serca kawałek samej siebie. Wchodzi się w rolę kochającej matki i mówi – jesteś świetna, dasz radę, jesteś darzona uczuciem, nie musisz już się bać, płakać, uciekać do szafy, by schować się przed cudzą negacją – własną wewnętrzną dziewczynkę zachęca się do dalszego działania.

To naprawdę ważny etap w życiu każdej osoby. Chwila, w której staje się oko w oko z osobistymi koszmarami wewnętrznymi, kiedy z dużą lekkością mówi się wirtualnym stworom – apage satanas – a kysz szatanie. I oto nagle z dnia na dzień zaczynamy się budzić coraz weselsi, bo wolni od zakazów. Mamusia, czy inny tatuś mogli nas porzucić, nie chcieć, powtarzać, że do niczego się nie nadajemy lub w ramach dywersji utrudniać nam osiągnięcie sukcesu, ale nie byli w stanie zabrać nam naszego własnego świata wewnętrznego.

Tylko od nas zależy, czy zechcemy się śmiać, czy też przy użyciu użalania się nad sobą manifestować światu własne żądanie uwagi, bawić się w samoumartwienie. Podobnie bywa z wystąpieniami publicznymi. Nieustanne zastanawianie się nad tym, jak widzowie i słuchacze nas odbiorą, przyhamuje każde z naszych działań. Umiejętność wyciszenia – zbagatelizowania własnych koszmarów wewnętrznych, czyli lęków – stanowi najprostszą drogę do sławy. Bez polubienia siebie, bez samoakceptacji nie uda się wypuścić z rąk własnego motyla zwanego radością życia. To odwieczna prawda.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner