Limit

– Nic ci się ostatnio nie śni. – Z uśmiechem on inicjuje dialog.

– Śni się, ale nie zapamiętuję obrazów. Puszczam je mimo. – Ona również się uśmiecha. – Wystarczą mi te, które wcześniej widziałam. I tak na nic już nie czekam. Unikam łopotu serca. Brak odpoczynku czyha tuż za rogiem, u szczytu schodów. W słońcu. Na jawie. Bez kolejnych znaków zapytania. Poza niepewnością. Tam gdzie nawet zasieki już nie są w stanie powstrzymać szarży cudzych gestów i słów. DO NOT CROSS błyszczy w jaskrawym świetle dnia, a i tak plastik puszcza za jednym szarpnięciem. Bez wysiłku. – Ona wciąż się uśmiecha. – Tak może się stać w każdej chwili. Nie ode mnie zależy kiedy i jak. Na co więc czekać?

– Właśnie. Na co? – on poprawia jej włosy opadające na czoło. – I o tym piszesz? 

– Tak. Na żadną zmianę nie czekam. Również dawna wena twórcza zatraciła swoją ważność. Wyśniona całe lata wcześniej historia ostatecznie została dopowiedziana i przejrzysta. Nabrała realnego sensu. Każde z minionych zwrotów akcji stało się uzasadnionym splotem wydarzeń. Ani chybi lada dzień trafi na scenę prawdziwego studia filmowego. Etiuda lub dłuższa opowieść. Cudza praca dyplomowa. Studencka zabawa w artyzm.

– Policyjna wataha? – on ze zdziwieniem marszczy czoło.

– Nie. Jeden detektyw tak, ale jako symbol poszukiwań. Nic ponadto. A nawet nie detektyw tylko komisarz. Przystojny pan wyższy rangą. Bardziej doświadczony. Pełen własnych fascynacji i tęsknot. – Ona wygląda na zmęczoną. – Tylko on. Żadnych więcej gliniarzy. Ani jednej policjantki. Czysta prawda. Pani Alter Ego i ja. Schemat opleciony dziwacznymi obrazami. Czysty David Lynch. Czysty Philip K. Dick i jego Raport Mniejszości.

– Nowy pomysł? – on unosi ręce manifestując swoje zaskoczenie. – Kto pomógł? I natchnął? – on wciąż się dziwi. – Jak to się stało?

– Facet ze snu. – Uśmiech wraca na jej twarz. – Zabawne, prawda? Nie kobieta, choć ona odegrała w tym wszystkim dominującą rolę. Ale na koniec dziwacznie tajemniczy i mroczny on przejął dowodzenie. Zgodnie z psychodeliczną zapowiedzią u kresu monologu autorki to facet przejął pałeczkę, zepchnął panią Alter Ego na plan dalszy. Zdjął jej koronę z głowy i wyjął berło z ręki.

– Berło? – on wchodzi jej w słowo.

– No dobrze… szablę. Ale to koleś kompletnie nieświadomy faktu, że w zamian za uzdrowienie przyjdzie mu zrewanżować się własnej Kapłance uruchomieniem wielu znajomości, podjęciem działania; że mimo chichotu złośliwych skrzatów na kartach cudzej książki pomoże własnej żonie odnieść sukces. Choć sam nigdy w to nie wierzył, w pewnych kręgach stanie się sławnym facetem.

– Pan tyczka… – on zawiesza głos.

– Okularnik – ona dopowiada podobnym szeptem.

– A co z twoją codziennością?

– Z dniem codziennym? – ona z uśmiechem upewnia się.

– Chcesz nią zamienić na niego? – on ze zdziwieniem unosi brwi.

– Jakiego niego? – z równym zdziwieniem ona rzuca kontr znakiem zapytania.

– Rozumiem – on wzdycha z ulgą. – To tylko słowa. To nie pani Codzienność i pan Dzień Codzienny.

– Cieszy mnie twoje olśnienie. Prowadzimy zaledwie dialog. On, czyli ty i ona, czyli ja. Chwilowy brak sugestii. Dlaczego więc sięgasz po dodatkową obsadę aktorską? Skąd pomysł na wątki poboczne? – zdziwienie nie schodzi jej z twarzy. – Tej i temu, którym miałam podziękować za zrejterowanie z mojego tu i teraz, ukłon już posłałam. Z ulgą doświadczyłam uwolnienia z dawnych przysiąg. – Ona wzrusza ramionami. – Oto pole walki opustoszało. Po latach ostatecznie dano mi święty spokój, pozwolono odejść z cudzego serialu. Z jakiej więc przyczyny miałabym oddać rękę nowemu onemu? Niby z jakiego powodu?

– Sam nie wiem – zmieszanie daje się wyczuć w jego głosie – bo uparty rycerz nie da ci spokoju?

– Mam swoje zasieki. Prawdziwa śpiąca królewna ze mnie. Gęsty bluszcz obrasta mój grobowiec. Kolczaste krzewy blokują dostęp. Tylko odważny jegomość da radę się przedrzeć – jej głos emanuje ironią. – A takich na tym świecie już nie ma. Wiedźmy stanowią teren trudny do zdobycia.

– Nawet jeśli rycerz nosi najładniejsze z ładnych imion? – on mruga okiem.

– Nawet… – ona uśmiecha się

– Stąd taśma DO NOT CROSS okalająca cię z każdej strony? Ów zakaz wstępu?

– Przyzwyczajenie. Cnotliwe śpiące królewny już tak mają… – ona wybucha śmiechem.

– Cnotliwe? – w pierwszym odruchu on unosi brwi. – Przecież… – zatrzymuje się na jednym słowie, by po chwili, jakby rażony nagłym olśnieniem, bąknąć nieśmiało: – A… tak. Zapomniałem. Monogamia.

Ona nieustannie tryska radością. Przymyka oczy. Wyciera łzy. – Przez ciebie popłakałam się ze śmiechu. – Kiwa głową. – Monogamia… no tak… rzeczywiście… w książkach tak to zjawisko nazywają.

– Dwuznaczność? – nagłym zmarszczeniem brwi on podkreśla własną niepewność.

– Intencja. – Ona zaczyna kiwać głową, na swój własny sposób przytakiwać. – Jedno słowo użyte w różnym kontekście zachowuje własne znaczenie, ale zgoła coś odmiennego sugeruje.

– Wciąż nie rozumiem – on bezradnie wzrusza ramionami.

– Złóż razem dwa słowa. Cnotliwa i monogamia. Rozszerz ich znaczenie. Zastanów się. Kto wie… może kiedyś dostąpisz objawienia.

On kolejny raz manifestuje podejrzliwość. Coraz silniej ściąga brwi. Sprawia wrażenie poirytowanego. – Nie rozumiem cię. – Mruczy z niezadowoleniem. – Dlaczego mnie zwodzisz? Po co bawisz się słowami?

– Bo to lubię. Bo na jawie można po kres dni pełnić rolę mnicha lub zakonnicy. Wiernej żony lub honorowego męża. A we śnie hulać po polu i pić kakao. Całe morze kakaa, cały ocean cudzej słodyczy. Czy to też nazwiesz monogamią? Jesteś pewny, że codzienna monotonia równa się celibatowi? Jak sądzisz, czym tak naprawdę jest fikcja literacka? Sam pomyśl, czy słowo pisane dla samego autora przez ułamek chwili nie staje się dziwnie realnym światem? – ona pochyla głowę na znak chęci bodzenia byczo baranimi rogami. – Czy aby bajkopisarka nie staje się swoją własną oną w krainie czarów, na długo przed tym, kiedy swoje wizje przeleje na papier?

– Czyli nikt na tym świecie nie bywa wierny? – on wciąż się dziwi i jakby smuci. – Tak naprawdę monogamia to zaledwie fatamorgana, coś poza zasięgiem każdego poszukiwacza szczęścia?

– Wyjątki potwierdzające regułę od zawsze istniały i nadal istnieją. Odmieńcy to ci, którzy udowadniają, że zasady istnieją, więc cała reszta ma co łamać.

– Zawodowo parasz się łgarstwem? – on doświadcza kolejnego objawienia.

– Owszem. Ponowię więc własne pytanie. Czym tak naprawdę jest mój mnisi habit? – ona odrobinę niżej pochyla czoło.

– Kostiumem scenicznym – on przyznaje z westchnieniem ulgi.

– Doświadczyłeś eureki? – udawanym pytaniem ona kwituje wątek.

– A taśma ostrzegawcza?

– Klosz ochronny. Obrona przed sparzeniem się. Kolejnym rozczarowaniem. Brakiem spójności łączącej fikcję literacką z materialnym tu i teraz. – Ona z niechęcią wzrusza ramionami. – Bo monogamistką byłam. Zawiodłam się, więc zwątpiłam w sens tego sposobu na życie. A skoro przykre rozczarowanie się dokonało, kolejnych potknięć sobie nie winszuję. Najpierw on, a potem ona mi udowodniła, że cudzy lęk i autonegacja potrafi wszystko zrównać z ziemią, nawet czysty afekt. Spoglądanie w oczy kwintesencji egocentryzmu nie cieszy serca. Dlatego kiedy pojawia się przykra groźba analogii, uciekam aż się za mną kurzy lub chociaż cofam się o krok, by skrył mnie cień, by w moim zastępstwie zapomnienie zajęło się ostatecznym resetem.

– Asekurantka – on zaczyna się uśmiechać.

– Skoro tak chcesz to nazywać. – Ona wzrusza ramionami.

– Przecież czuwam – swoim kojącym głosem on stara się wyciszyć jej budzące się zaniepokojenie. – Wiecznie trwam przy tobie. Chronię przed cudzą bezdusznością.

– Nie zawsze i nie wszędzie możesz ze mną być. A przynajmniej nie w każdej chwili chcę cię słyszeć – nadal buńczucznie ona pochyla głowę inscenizując chęć ugodzenia go baranimi lub jelenimi rogami.

– No dobrze, nie wszędzie i nie zawsze. Ale u progu alkowy zwykle cierpliwie czekam.

– Cicho siedzisz… – ona wchodzi mu w słowo – udajesz czujnego, kiedy tak naprawdę w sypialni twoją domenę stanowi bezsilność.

– Na nic więcej mi nie pozwalasz – on udaje nadąsanie.

– I niech tak pozostanie – ona fuka zamykając temat. – Skończmy tę dywagację, bo i tak nie ma ona już sensu.

On bardzo wolno wyciąga rękę i kosmyk włosów opadający jej na czoło odgarnia w tył. Palcami muska jej policzek. – Nie bocz się na mnie. – Mówi cicho. – Jest przecież dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Nieprawdaż?

Ona wzdycha. – I niech tak pozostanie – mruczy pod nosem i kiwa głową. – Niech już tak pozostanie.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

____________________