Odroczone w czasie

– Co planujesz? – pan Jan spytał jakby mrucząc przy tym.

– Nie mogę tego tekstu upublicznić. To zły czas. Poza tym zbyt wiele osobistych wycieczek się w nim znalazło, aby dało się to nazwać jakąkolwiek prozą. – Raszpla uśmiechnęła się. – Pierwotne założenie zawierało tzw. uniwersalizm, który w efekcie, czyli ze względu na szereg zbędnych emocji, zaowocował powołaniem do życia postaci, których pierwotnie miało tam nie być. – Raszpla rozłożyła ramiona inscenizując własną bezradność. – Pomysł naprawdę dobry, ale nie tędy droga. Bo co z tego, że neutralnym czytelniczkom umknęłyby moje sugestie, czyli delikatne złośliwości, kiedy wszystkie wzorcodawczynie owych postaci i wątków, oraz ludzie widujący mnie na co dzień, jak najbardziej połączyliby fikcję z faktem. 

Jan nieznacznie skinął głową. Nieprzerwanie w ten sam łagodny sposób uśmiechał się.

– Wiesz… – Raszpla wolno opadła na krzesło obite w materiał pełen rysunków czarno białych kociąt. – Postanowiłam w pierwszej kolejności rozłożyć własne emocje na części pierwsze. Przyjrzeć się wątpliwościom, które mi dokuczają. Ja nie chcę nikogo zranić. Nigdy czegoś podobnego nie planowałam, choć lubiłam udawać, że szarpią mną skrajne emocje, którymi niczym szablą zygam innym po oczach. – Raszpla uśmiechnęła się jakby w wyrazie ciągle tego samego rozbrojenia, czegoś przypominającego zażenowanie.

– Zygasz? – Jan wydał się zdziwiony.

– No wiesz… macham tuż przed oczami, straszę, że tym razem na słowach się nie skończy. – Raszpla wzruszyła ramionami.

– Rozumiem – Jan skinął głową.

Siedział wygodnie rozłożony na kanapie. Z wyciągniętymi nogami jak zawsze wydawał się jeszcze wyższy, niż w rzeczywistości był. Otaczające go z każdej strony czarno białe wzory dodawały wszystkiemu wokół pewnego rodzaju majestatyczności, sterylnej i nieco mrocznej surowości. Niewielka ilość barw nie zakłócała wizualnego uporządkowania wszystkiego, czym Jan zdawał się być otoczony.

– Kiedy byłam na wyjeździe i zgodnie z przyzwyczajeniem przyjęłam, że obraz wyśniony pierwszej nocy w nowym miejscu zawierać będzie ważny i jak najbardziej realny przekaz, nie spodziewałam się stawić czoła akurat temu tematowi. O nic nie pytałam, a mimo to we śnie zobaczyłam panią nauczycielkę. O mojej Codzienności cicho sza, za z panią doktor nauk mi obcych w krainie Morfeusza stanęłam oko w oko, by po chwili wycofać się i ostatecznie pierzchnąć. Gwałtownie obudzić się.

To był dla mnie samej przygnębiający obraz, który jednak z czasem stał się inspiracją. – Raszpla nieznacznie poruszyła ramionami, jakby przeszył ją dreszcz. – Obraz pani profesor ubranej, jak moja ostatnia teściowa, czyli osoba wiekowa, bo mocno po siedemdziesiątce. Miała na sobie seledynową lnianą i zbyt obszerną marynarkę, a do tego nieładne szerokie spodnie trzy czwarte, czyli tuż za kolana. Osoba od dawna mi imponująca pokazana została jako wyglądająca na wiele starszą, niż jej metryka na to wskazuje. Niespodziewanie przyszło mi spojrzeć prosto w oczy własnemu lękowi przed rozczarowaniem.

Pani profesor od lat silnie tleniąca włosy, przez co zaczęły sprawiać wrażenie spalonych, podobnie jak w przypadku źle zrobionej trwałej ondulacji, uczesana w sposób niedookreślony, czyli w pewnym sensie nijaki, zabijający jej seksapil. W tym śnie próbowała o czymś mi powiedzieć, ale ja niemal krzykiem zamanifestowałam niechęć do podjęcia dialogu. – Raszpla poruszyła się jakby nieco nerwowo i dziwnie gwałtownie podniosła się z krzesła. – Przygnębiający sen. Ale chyba wynikający z mojego żalu, że nie zostałam wysłuchana, więc i dobrze zrozumiana; że moje zachowanie było postrzegane jako atak podszyty chęcią rywalizacji, a nie jako szczera chęć doładowania kogoś pozytywną energią.

Od samego początku żadne tłumaczenie nie pomagało, ani jedno z mniej lub bardziej poetyckich odniesień. Tępy upór dojrzałej kobiety brał górę ponad jakąkolwiek cudzą dobrą wolą. Cudzą więc moją. Pani profesor projektowała na mnie własne alter ego, z którym walczyła, udowadniała z pozoru mi, a tak naprawdę samej sobie, że na złość mamie odmrozi sobie uszy, bo nawet bez nich będzie świetnie wyglądać. Nie zdecydowała się na spotkanie. Gdzieś tam w jej wewnętrznym świecie stałam się bowiem dziwaczną ikoną, irytującym wzorcem sukcesu na polu pracy nad swoim wyglądem.

Jan obserwował ją spod na wpół przymkniętych powiek. Cierpliwie czekając aż jego przyjaciółka pociągnie swoją opowieść dalej, prawie niezauważalnie uśmiechnął się samymi kącikami ust. Dźwięk szumiącego za oknem wiatru nadawał ich spotkaniu wrażenie tajemniczości, jednocześnie na swój sposób gotyckiej majestatyczności podkreślonej zapachem tlącego się kadzidła.

Raszpla zrobiła kilka kroków. Nieco odruchowo przesunęła parę przedmiotów, stojących na jednej z półek zdobionego płaskorzeźbami masywnego dębowego regału, by po chwili odwrócić się w stronę przyjaciela i z dziwną rezygnacją w głosie wrócić do przerwanego wątku.

– We własnym pojęciu chciałam pomóc, ale czy aby na pewno mi się to udało? Czy na poziomie codziennym rzeczywiście miało to miejsce? Czy też niepotrzebnie skarciłam panią profesor, zamiast tak naprawdę nie ją, ale siebie samą nauczyć szczerej akceptacji dla cudzej inności? I chyba o tym zakomunikował mi tamten sen, taką informację wysłała moja podświadomość. – Raszpla przymknęła oczy i na pewną chwilę zamilkła. – Zanurzona po uszy w morzu nieświadomości zbiorowej wyłowiłam złotą rybkę zwaną symbolem własnego egocentryzmu.

Bo w tym śnie, kiedy pani profesor zaczęła do mnie o czymś mówić, informować, wyjaśniać, niczym dziecko zamknęłam oczy i powtarzając – „bla, bla, bla, nie słyszę cię, nie słyszę cię!” – zagłuszyłam jej przekaz. Odmówiłam własnej intuicji prawa wypowiedzenia choćby jednego słowa. Niemal przez lata z uporem maniaczki twierdziłam, że ja przecież chcę komuś konkretnemu pomóc. Nie zaakceptowałam jednak faktu, że każdy ma prawo przyjąć taką formę kreacji, jaka jemu lub jej się podoba, niekoniecznie zgodną z moim gustem.

Każda kobieta przywdziewa taki strój, jaki w jej mniemaniu najlepiej do niej pasuje. Jedne mają własne fiu bździu w głowie i lubią odrobinę na siłę odejmować sobie lat. Np. ja należę właśnie do tej grupy, obsesyjnie odmładzających się kobiet. Już mi tylko głupkowato paskudnego tatuażu na plecach brakuje, żebym mogła nazwać samą siebie zdziecinniałą niunią.

Ale równowaga w kosmosie musi być zachowana, Czyli w zamian za moją infantylność innym paniom jak najbardziej wolno podkreślać własne niekoniecznie seksowne krągłości przy użyciu przesadnie obcisłych bluzek lub dla odmiany nakładać workowate swetry czy tuniki przypominające zakonny habit. Nikt im nie każe odwiedzać stylistek i dobrych fryzjerów, którzy doradziliby, co zmienić, by na nowo poczuć się młodo.

Raszpla smutno uśmiechnęła się. – Widzisz… – teatralnie przerwała dla podkreślenia wypowiedzianego słowa. – Teraz właśnie to zrobiłam. Oceniłam. Nie okazałam szacunku dla cudzych starań. Użyłam na swój sposób złośliwego porównania. Skarciłam. Skupiłam się nie na tym, na czym warto się koncentrować, kiedy tak naprawdę zależy nam na okazaniu komuś podziwu. – Raszpla szczerze westchnęła. – Najmniej zabawne w tej historii wydaje się to, że przez bite cztery lata pisząc, mówiąc, komunikując o domniemanym afekcie, tak naprawdę starałam się uzasadnić własną walkę z procesem starzenia się. Również usprawiedliwić osobiste dążenie, by inne panie poszły w moje ślady, żeby zrezygnowały z nijakości. Nawet zaczęłam żartować, że oto stałam się trenerką pomagającą innym w pokochaniu siebie, własnego wewnętrznego dziecka.

Bo przecież każda z nas, kobiet, zasługuje na czucie się pożądaną, postrzeganą jako seksowna. – Raszpla westchnęła odgarniając z czoła włosy. – Nie udało mi się osiągnąć zamierzonego celu. Odnieść sukcesu na tym polu, czyli zachęcić pani profesor do walki z własnymi słabościami i brakiem samoakceptacji. Nie mogąc się pogodzić z domniemaną porażką, odstawiłam całą masę dziecinnych fochów. Tupałam nóżką i wykrzykiwałam swoje „bla, bla, bla, nie słyszę cię!”. To mało dojrzałe zachowanie. Jak również skrajnie odbiegające od nurtu nauk buddyjskich.

– Chyba zbyt wiele sobie zarzucasz. – Jan westchnął i cofając nogi delikatnie poprawił się, jakby rezygnując z pozycji na wpół leżącej.

– Wbrew pozorom to Szelma przywołała mnie do porządku. Ona nie ma o tym bladego pojęcia, ale niemal w każdym z moich snów się pojawiała jako cień własnej przyjaciółki. Stała gdzieś z boku, ale blisko, niczym wsparcie lub ktoś pełniący rolę ochroniarza, żeby czasem nie skrzywdzono ważnej dla niej osoby. I w jednym z takich obrazów to ona przyznała, że moje słowo pisane ją zaciekawiło. Tylko ten jeden raz wypowiedziała kilka słów. Padło proste pytanie zadane przez nią przyjaciółce: – „Dlaczego nie chcesz się z nią spotkać? Ja bym bardzo chętnie zaledwie jeden raz to zrobiła, sprawdziła, czy rzeczywiście wie, o czym pisze”. – Ale jej przyjaciółka odpowiedziała jedynie, że nie czuje się zainteresowana czymś podobnym, że nie zamierza komukolwiek otwierać drzwi lub pożyczać nawet grama cukru. – Raszpla uśmiechnęła się. – Każdy ma swoje własne blokady i pełne prawo do nich. A my, jeśli nie potrafimy okazać zrozumienia dla cudzych ram i ograniczeń wewnętrznych, stajemy się mało rozsądnymi, bo egoistycznymi osobami.

– Miłość bliźniego? – Jan nieznacznie uśmiechnął się. – Od wieków ten sam slogan, motto przewodnie twojego życia?

– Chyba tak. Chora, bo przesadna chęć niesienia pomocy i okazania wsparcia komuś, kto na jakimś tam polu, głównie zawodowym, stanowi dla mnie wzór. Złudna nadgorliwość, która zwykle nie świadczy dobrze o danej osobie. – Raszpla bezdźwięcznie odetchnęła. – Moje fiu bździu we łbie, dryfowanie w stronę osób metrykalnie sporo ode mnie młodszych, to mój własny sposób na życie. Nie marzę o pełnieniu roli czyjejkolwiek nauczycielki, ale raczej kumpeli. Lubię to, bo pozwala mi na wchodzenie w autentyczną zażyłość z ludźmi wciąż pełnymi nowych pomysłów i koncepcji. W moich żyłach płynie galicyjska krew, czyli geny pułkownika, który ożenił się na stare lata z dwadzieścia lat od siebie młodszą kobietą. Ale jak wspomniałam, to moje własne fiu bździu i pomysł na życie. Inne reprezentantki mojego pokolenia, m.in. pani profesor, mają niepodważalne prawo odmiennie podchodzić do tematu odmładzania się.

Zahamowałam z policjantkami, nie pociągnęłam dalszego pisania „Szczurzyc”, bo gdybym wspomniany wątek pani profesor i jej pani ochroniarz niebezpiecznie dosłownie wplotła do tej opowieści, obraz stałby się nieprzyjemnie patetyczny. – Raszpla bardzo wolno i nieco aktorsko poruszyła ramionami manifestując bezradność. – Szelma miała rację. Zbyt głośne uzewnętrznianie własnych emocji nie należy do mądrych i sensownych rozwiązań, bo potrafi ranić innych. W moim śnie, w którym od Szelmy oberwałam z baniaka, silnie i raczej boleśnie dało się to odczuć.

– Co z tego wynika? Jakaś konkluzja? – Jan nieco zmarszczył nos na znak własnej filuterności. – Naprowadzam cię na odpowiednie tory myślowe… skrótowce… podsumowania… te sprawy… np. mniej dłużyzn…

– Moja codzienność niewiele ma wspólnego z chęcią zbawiania świata. – Raszpla uśmiechnęła się.

– Dobre podejście. – Jan skinął głową.

– Usprawiedliwiam się tylko z potrzeby zachowania fasonu. Nie dotrzymam wskazanego terminu mini publikacji „Szczurzyc”, bo nie nadają się do tego i tyle. Wprost toną w morzu osobistych wycieczek, a to nudne. Jeszcze raz muszę zmienić imiona bohaterek. Zastanowić się nad paroma epizodami, czy rzeczywiście powinny się tam znaleźć, a jeśli, to w jakiej formie. Chwilę mi to zajmie…

– No i gites majonez – Jan udał zachwyconego. – Czyli na jakiś czas zawieszamy ten temat?

– Tak. – Raszpla skinęła głową. – Świat dostanie anons prasowy, a my kolejną kawę, którą właśnie idę zrobić. – Dodała i wolno ruszyła w stronę kuchni.

____________________

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner