Ziemniaki ze zsiadłym mlekiem

Epistolografia. Lubię to słowo. Wiele dla mnie znaczy. Stanowi część mojego wewnętrznego świata. Bez końca prowadzę na swój sposób jednostronny dialog. Ponieważ interlokutora nie widać, lubię sobie wyobrażać, że jest on po prostu czytelnikiem moich listów. Może dlatego z dużą łatwością przychodzi mi tworzenie monodramów. Monolog wewnętrzny, czyli słowotok jedynie imitujący dialog. Za każdym razem, kiedy chcę coś wyrazić, wypowiedzieć własne emocje, główne przesłanie ubieram w cudze fatałaszki i szmatki. Określone zjawisko przyodziewam w spodnie lub sukienkę, czepek, perukę lub kapelusz. 

Przygotowując odcinek pilotażowy własnego serialu, o roboczym tytule „Szczurzyce”, mimo woli zaczęłam analizować własne rozterki, tak przeszłe jak i obecne. Głównie z tego powodu od kilku dni niemal bez końca wracało mi na myśl to samo podwórko umiejscowione pomiędzy budynkami przy Wawelberga. Tam akcja tej opowieści ma się rozgrywać. A przynajmniej jej początek. Z czasem jednak ku mojemu własnemu zaskoczeniu nie ta sama scena zaczęła dominować jako początkowa, nie te same, co dawniej, obrazy zaczęły przychodzić mi na myśl. Kogo innego zaczęłam we dnie i w nocy widzieć oczami głównej bohaterki. Oto po latach znaki zapytania zaczęły transformować dryfując w nieco przeciwnym kierunku, niż pierwotnie miało się to zadziać.

Nie od razu wygrzebałam z własnej podświadomości odpowiedź na pytanie: dlaczego tak się dzieje? Jak zawsze odpowiedź zyskała dwie ręce i dwie nogi. Po wielu dniach okazało się, że, jak wszyscy, ma tylko jedną głowę, ale za to sprawnie myślącą. Gdybym chciała się zabawić w dla siebie charakterystyczną poetykę, chyba tak bym to przedstawiła:

„Uderzenie za uderzeniem. Najpierw delikatne niczym muśnięcie skrzydeł motyla, które jednak z każdą sekundą przybiera na sile, zmienia rytm, zaczyna dławić, odbierać dech, przywoływać bardzo odległe wspomnienia. Trudna do nazwania siła niczym intonacja zaklęcia szamanów VooDoo, dudnienia tam-tamów i zawodzenia wiedźm z całym impetem uderza w serce, ten magiczny punkt na wysokości mostka. Splot słoneczny zaczyna płonąć ogniem podżeganym przez kolejne serie piorunów kulistych. Łzy napływają do oczu. – Już zapomniałam, jak przednio smakuje ta energia – chrapliwy szept wydobywa się z ust – jak bardzo umie zawładnąć całą mną… – oddech staje się coraz płytszy niczym w akcie spełnienia. – Jestem ćpunką… nic na to nie poradzę. Chcę więcej… więcej… więcej… i jeszcze więcej. Tak bez końca. Już zawsze…”.

Praca nad przelaniem na papier własnych pomysłów, nad ubraniem w słowa scen, które już wielokrotnie miało się okazję widzieć, czy nawet w sposób twórczo wirtualny w nich uczestniczyć, zajmuje sporo czasu i wymaga bardzo bliskiego kontaktu z własnymi emocjami. Przeglądając swoje zapiski okryłam, że przy pierwotnym założeniu trochę inaczej ta historia miała się potoczyć. Oto nagle i bez ostrzeżenia swoista psychodeliczność mojego świata wewnętrznego w stylu zapożyczonym z hollywoodzkich filmów na dobre zawładnęła prologiem tego serialu.

Obsadę aktorską dobrą chwilę temu ostatecznie dookreśliłam, czyli zgodnie ze starymi założeniami angaż dostały panie: Winona Ryder (bo Rooney Mara przerażająco rzadko się uśmiecha, więc nie załapała się do tego serialu), Ruby Rose (ale bez tatuaży na ciele) i panowie: Momoa, Tom Hiddlestone (w młodszej wersji samego siebie) oraz Jared Leto. Jednak dopiero niedawno w sposób dla mnie samej nieco nieprzewidziany dołączyła do ekipy również… Erika Linder. Owa nie do końca aktorka zgodziła się użyczyć swojego wizerunku i formy ekspresji postaci w tym serialu oznaczonej imieniem Marianna, której towarzyszyć będzie Milla Jovovich pełniąca rolę jej prawej ręki w życiu zawodowym.

Na tym właśnie owe story w stylu psychodelicznym ma się oprzeć, na zaczerpnięciu inspiracji z przygód życiowych innych osób. Kawałków tej prawdziwej mnie samej niewiele się tam znajdzie, zerowa dosłowność, bo i opowiadać nie byłoby o czym, za to cudzych zwierzeń i rozterek sercowych planuję zamieścić całą masę. Tylko jedną postać postanowiłam naznaczyć piętnem mnie samej. Babę Jagę, czyli policjantkę znaną pod tym właśnie pseudonimem, czasami tytułowaną również wiedźmą. Jedna z wielu nieco odleciana w kosmos agentka pracująca w wydziale narkotykowym. Ale nic ponadto.

Oczywiście postanowiłam zapożyczyć trochę scen z „Constantina”, w którym Keanu Reeves zagrał główną rolę, i podebrać kilka schematów wykorzystanych przez Cobaina w jego kryminałach. Drobna namiastka CSI Las Vegas zapewne też się pojawi, bo wciąż kocham ten serial. Mimo to jednak w tej opowieści znajdzie się przede wszystkim cudownie polski klimat kobiecej szamotaniny emocjonalnej, gry słów, walki o splendor i udowodnienie światu, która i w czym jest lepsza od tej drugiej. Prawdziwie wojskowa musztra ukryta pod dziwacznymi falbankami i koronkami, o kabaretowych pończochach nawet nie wspominając.

Przygotowując scenariusz, czyli szkielet i schemat w jednym, na którym kolejne zdarzenia mają się oprzeć, uświadomiłam sobie sposób, w jaki postrzegam otaczający mnie świat. Żyję jednocześnie w wielu wymiarach. Widzę ludzi nie w pełni tak, jak oni sami siebie postrzegają. Każdy jest piękny na swój własny sposób oraz w pewnym sensie brzydki na poziomie, który jemu samemu często wydaje się niedostępny, a dla mnie stanowi oczywistą część zbiorowego snu.

Większość początkowych scen tego filmu była i jest oparta na obrazach, które od dawna dość cyklicznie mi się śnią. Szereg dialogów stanowić będzie jedynie cytat tego, co przyszło mi usłyszeć z ust moich własnych sennych zjaw. Kilka wątków właśnie w ten sposób nabrało rozmachu. Nawet szanowna Marianna zostanie opisana dokładnie w taki sposób, w jaki widywałam ją trwając w tzw. stanie alfa. Na tym owa psychodeliczność „Szczurzyc” będzie się opierać.

Warto jednak pamiętać, że w tym filmie nie pojawią się opisy jakichkolwiek prawdziwych zdarzeń. Majaki senne a realne tu i teraz to nie to samo. Wenę twórczą czerpałam i nadal czerpię ze świata Morfeusza, ale własne życie osobiste od lat opieram na tzw. konkretach. Bardzo często są to ściśle dookreślone dwunożne i dwuręczne konkrety. Zdarza się nawet, że wizualnie bardzo atrakcyjne konkrety, a przynajmniej w moim pojęciu takimi się jawią. Młode, więc odrobinę infantylne, ale jednak przyciągające wzrok szczegóły Dnia Codziennego.

Takie myśli i uczucia od kilku dni mną szarpią, te dotyczące dwóch rzeczywistości, w których się poruszam. Jawa i niemal pradawny sen. A do tego jeszcze natłok niechcianych konkluzji. Jedno wielkie: karty Tarota sobie, a sny inną drogą, czyli w siną dal. Oczywiście dobre rady kuzynki przywołują moją świadomość do porządku; dlatego dwunożna codzienna praca u podstaw coraz silniej wodzi na pokuszenie. Mimo to jednak podświadomość nadal dokucza za sprawą natłoku kolejnych majaków sennych. Oto bowiem pradawny zew płynący od strony artystycznej kadry naukowej nagle powstałej z grobu, niczym wybudzona z długiego snu królowa wampirów, zaczyna swoim zwodniczym i niemal syrenim śpiewem wodzić na pokuszenie, przyzywać.

Aż ciary po plecach spływają na myśl o snach, które póki co nie ujrzały jeszcze światła dziennego, nie zostały przelane na papier, więc i nie zadziały się na poziomie materialnym. Co jeśli to wszystko jednak się zadzieje? Czy dam radę poradzić sobie z aż tak dużą zmianą w moim życiu?

Te pytania dokuczają już od pewnego czasu.

Dwie rzeczywistości równoległe. Różne wątki. W pełni realna możliwość wyboru. Jednocześnie nieustannie wykrzykiwany przez podświadomość wewnętrzny zakaz wykonania jakichkolwiek ruchów i posunięć, żeby nie posunąć się do mimowolnej manipulacji, żeby nikomu jego wolnej woli nie odebrać. Bo w gwiazdach nic nie jest zapisane. Pewników brak. Sny nie pokazują przymusowego, czyli jasno dookreślonego zakończenia. Nadal zwrot akcji może nastąpić w najmniej spodziewanym momencie. W powietrzu wisi zapowiedź transformacji, ale nie do końca od śniącej zależy, jaki ostatecznie kształt przemiana przybierze.

Takie myśli od dobrych kilku dni mi dokuczają. Chyba stąd, z tego powodu, tak dużą ilość mocno poplątanych notek zamieściłam na tym blogu. Masa znaków zapytania, z których niewiele wynika. Coś, z czym wg wszystkich prorokiń tego świata poradzić mam sobie dopiero jesienią. Wiele wskazuje na to, że rzeczywiście tak się może stać. Bo całe mnóstwo zdarzeń, listów, spotkań i wyrzuconych z siebie emocji musi się zadziać, aby kilka głównych wątków mojego życia zostało ostatecznie dopowiedzianych.

Wraz z wrześniową pełnią księżyca zacznie się pierwszy rok nowej dziewięciolatki mojego życia. Do tego czasu jedynym sensownym rozwiązaniem, jakie będę mogła przyjąć, to nauka cierpliwości i unikania gonienia za własnym ogonem. Dlatego jedynie panie policjantki znane pod pseudonimem Szczurzyce będą mogły zawładnąć moją intymną codziennością. Pozostałym osobom dane będzie jedynie wejść ze mną w dialog, czy to zdalny, czy jawny oko w oko, oczywiście jeśli zechcą te osoby sprawdzić, czy rzeczywiście osiągnięcie jakiekolwiek porozumienia pomiędzy nami ma sens.

Bawiąc się we własny dialog wewnętrzny zwykle tak samo odpowiadam na wirtualne pytanie nieustannie zadawane mi przez pana Podświadomość:

– Tak, waham się. Nadal brak mi pewności, czy stary nałóg wygra, czy też wielomiesięczny odwyk przyniesie oczekiwane efekty. I dopiero spotkanie oko w oko z moim podstawowym narkotykiem jest w stanie umożliwić mi zyskanie odpowiedzi na to pytanie. Oczywiście jestem wiedźmą, mam swoją kryształową kulę oraz kolorowe obrazki, umiem czytać pomiędzy zdaniami, rozkodowywać kosmiczne przekazy, nie jestem jednak w stanie przewidzieć swoich własnych reakcji i to nawet, jeśli wyśniłam je, czyli przepowiedziałam samej sobie już całe wieki wcześniej.

Wiem za to jedno. Równo cztery lata temu prawie zemdlałam z bólu stojąc pod ścianą w pewnej galerii. Gdyby w najbliższych dniach ponownie przyszło mi dołączyć do grona widzów świętujących wernisaż cudzych prac, wiem z własnego snu, że znów ból odebrałby mi mowę, a nawet spowodował omdlenie. To kiepska przepowiednia, bardzo zniechęcająca do krzewienia i wspierania kultury w naszym kraju. Dlatego choćby się waliło i paliło na taką imprezę wciąż nie zamierzam się udać. Stąd każda dwunożna i dwuręczna góra lodowa chcąca mnie przyprzeć do muru – oczywiście z tylko jej wiadomych powodów – podejmując próbę wejścia ze mną w dialog musiałaby to zrobić w sposób przemyślany i jak najbardziej dla mnie samej nieoczekiwany, czyli z ukrycia, np. zza parawanu wirtualnych słów. Niczym w hollywoodzkim filmie „Masz wiadomość” osaczyć przy użyciu własnej cierpliwości, uporu, zacięcia i konsekwencji.

Stąd też niekoniecznie chwilowo moja obecna jak najbardziej ulubiona Codzienność wygrywa niemal na każdym polu. Uwielbiam normalność. Całe wieki temu pewien pan podbił moje serce właśnie tym, że okazał się i nadal takim pozostaje, czyli normalnym „po prostu” facetem. Zero wyżyłowanych ambicji. Silna i całkowicie naturalna chęć cieszenia się życiem. Upodobanie do zabawy w sposób prosty i mało szpanerski. Swoboda w wyrażaniu uczuć. Odwaga w przyznawaniu się do własnych słabości. Czysta kwintesencja męskości. Zero zakłamania wewnętrznego, bo i brak przesadnej samoanalizy. Za to właśnie tego pana podziwiałam i nadal go szanuję.

Bywa, że biedni marzą o możliwości spróbowania wielu bardzo drogich dań. Zdarza się również, że ludzie bogaci zaczynają tęsknić za czymś w rodzaju naturalnego, czyli pierwotnego piękna, jeszcze nie zbrukanego sztucznymi upiększeniami. Za czymś smakowitym, bo w pełni świeżym i nie przerobionym chemicznie za sprawą wielu upiększaczy. Zero sylikonu. Brak tatuaży. Ani grama botoksu. Czysta pierwotność. Takie zjawisko można byłoby porównać z czymś w rodzaju możliwości po wielu latach przerwy poczucia znowu na języku smaku czegoś po prostu oczywistego. Dajmy na to spożyć w spokoju odrobinę młodych ziemniaków polanych odrobiną masła, posypanych świeżym koperkiem i popić je prawdziwym zsiadłym mlekiem.

Ach ten zapach i ten smak…

Prostota… naturalność… zero zblazowania… zero przegięć… chorej dumy… toksycznego zarozumialstwa… powodów do przechwalania się i mówienia innym, jak mają żyć, by osiągnąć porównywalny sukces… czyste piękno niezbrukane jeszcze dziwacznym samozachwytem. Ot, zerowy egocentryzm, za to cała masa szczerej radości życia okraszonej zabójczą ilością niekończących się fochów.

____________________