Ogarnij się

Zastanowienie nie daje spokoju. Co i raz te same obrazy dokuczają. Wiecznie to nie inne podwórko. Bardzo stare, bo przedwojenne. Cukiernia tuż za rogiem, zaraz obok bramy. Goła cegła. Żydowskie korzenie. Dawne widoki. Coś, czego już nie ma, ale kiedyś tam funkcjonowało… Myśl o tym, że starych ławek się miasto wyzbyło, nieco dokucza. Rozkopali wzniesienie. Wywieźli całe masy ziemi, a wraz z nią odległe wspomnienia, które lata temu się w te hałdy wgryzły. 

Żal odrobinę szczypie w język. Zazdrość kąsa pomiędzy żebrami. Tyle dobrego, że odwzajemniona zazdrość. Zdjęcie za słowne opisy. Ty mi miniaturami o amorach, to ja ci obrazem walecznych rękoczynów we dwie. Skoro ty mi tak, to ja Ci jeszcze inaczej. A co tam. Na jedno wychodzi. Każda Rzeczywistość po swojemu rzepkę skrobie. Cieszy się życiem na własną modłę. Jedna dumę stawia wyżej, niż jest owa duma tego warta. Druga rezygnuje z chęci nieustannego zbawiania świata i coraz częściej uśmiecha się do własnej Codzienności.

Ciche mruczenie nie daje jednak drugiej spokoju – ciekawość to pierwszy stopień do piekła. – Druga przywołuje samą siebie do porządku. – Miało zaboleć, więc zabolało. Chciałaś to dostałaś. Uśmiech za cudzy uśmiech. – Westchnienie za westchnieniem odrobinę dokucza. – A mimo to i tak aż odebrało mi mowę z radości – kolejna partia mruczenia zawisa w powietrzu – naprawdę wspaniała nowina. Jest się czym chwalić. A ja lubię się przechwalać. Cudzą mądrością zygać innym po sumieniu. Cytować filmowe kwestie. Czy pan wie kim jestem? Ja jestem żoną prezesa… znaczy… – następuje wahanie – pani prezes – pada korekta. – Lubię mówić, że mojej równoległej rzeczywistości Sukces na imię. To obezwładnia publiczność, a mnie dławi zachwytem. Dodaje chęci by działać równolegle. By jeszcze więcej pisać. Śmiać się. Spotykać z ludźmi. Kreować własny, zupełnie nowy wizerunek. Wić gniazdko, w którym… – przez ułamek chwili kolejne wahanie odbiera mowę – w którym nadal nie w pełni wiadomo, kto na dobre się rozgości… – ostatnia myśl rozbraja, ściera infantylność z twarzy.

Ogarnij się dojrzała damo – bliska rodzina przywołuje do porządku. – Fakty górą. Codzienność jest, Efemeryda wiwatuje przejściowo. Potem znowu wróci stary rytm. Pustka. Brak odnośników. – Bliska rodzina uśmiecha się. – Odpuść obrazkowe pewniki, bo tak naprawdę nie istnieją. Nocnym zmorom też nie warto wierzyć. Szczególnie, że twoja obecna Teraźniejszość bodaj tak łatwo ci nie odpuści. Sama się przekonasz i to być może dość szybko. 

Prowokujesz – mruczy się w odpowiedzi. Kiwa się głową. Wzdycha niemo. – Ale racja wciąż stoi po twojej stronie. Życzeń już składać nikomu nie będę, ani gratulacji. Choć korci… Ale… Codzienność też korci. Na szczęście Morfi ostrzega. Doradza. Zakazuje. Wymusza by się usunąć z pola walki. Tak Czas Teraźniejszy zwany Codziennością, jak i Wyblakła Efemeryda muszą się samodzielnie dookreślić. Ogarnąć…

Więc nie działaj! – bliska rodzina serwuje słowną musztrę. – Nie do ciebie decyzja należy kto, z kim, ile razy i w jaki sposób.

Wiem… – westchnienie wyrywa się z płuc – swoje wiem. Już i tak zbyt wiele słów poszło w eter. Fikcja literacka lubi zwodzić na manowce. Niech więc same nauczą się pytać. Niech samodzielnie zaczną myśleć. Niech zyskają umiejętność wykazywania się odwagą. Nie ważne jaki trunek – kolejne westchnienie daje się słyszeć – czy piwo, czy kawa… – krótkie milczenie zapada – tupet i samozaparcie to grunt, na którym oprzeć można prawie wszystko. Pisane lub mówione słowo lepiej smakuje od domysłów. Bez wielu sylab żadna Codzienność ani Wirtualna Efemeryda daleko nie zajadą.

Nie od ciebie to zależy – bliska rodzina burczy niczym rozeźlony niedźwiedź grizli – czy odwaga dopisze komukolwiek, również tym niby chętnym. Jeden dzień pracy dzieli cię od długiej chwili wytchnienia. Wakacje temu odpoczynkowi na imię. Na wytchnieniu się skoncentruj. Nie mantykuj nad cudzą odwagą lub jej brakiem. Nie warto.

Nie warto – słabo słyszalny szept wciela się w rolę echa. – Nie warto – powtarza – pewnie masz rację – mruczy – nie warto…