Krzyk kontra monolityczność

– I jak tam, historia wciąż kołem się toczy? – uśmiechnął się po swojemu, jakby połową ust.

– Właśnie odkrywam, że tak naprawdę pisaną teraz opowieść powołałam do życia niemal całe wieki wcześniej, ale dopiero teraz wiem, w jakie słowa chciałabym ubrać własne myśli i rozterki. Gawiedź mnie inspiruje – ona uśmiechnęła się w podobny sposób.

– Gawiedź? – wydał się zdziwiony. 

– Obserwatorki i czasami również obserwatorzy – spokojnie odpowiedziała. Nie przestawała się uśmiechać, jakby nieco blado wyrażać własne wyciszenie. – Ludzie, którzy zatracili już chęć poznania prawdziwej mnie, bo ta fikcyjna, zaledwie i aż internetowa autorka wielu słowotoków, im wystarczy.

– W jaki sposób cię inspirują owi oni? – on jakby odruchowo zażądał uzasadnienia.

– Żyją pozorami. Dziwnie łatwo, a jednocześnie z trudem przychodzi mi nieustannie budzić w nich emocje. Niczym ukryte zwierzęta drażnić prowokując do działania, również budzić do życia ich żądze i pragnienie działania, by ulegli całkowicie świadomej transformacji. – Ona delikatnie przekrzywiła głowę, zupełnie jakby chciała podkreślić własne zamyślenie, uplastycznić swoją sugestię. – Wolą wirtualną wersję mnie, niż tę realną, bo to zwalnia ich z konieczności prowadzenia z prawdziwą mną niewygodnego dialogu. W zamian za to dostają dziwaczny powód do ciągłego mruczenia pod nosem, nurzania się we własnym monologu wewnętrznym. Ja podsuwam im pytania, na które starają się sami sobie udzielić odpowiedzi. Zaś gdyby weszli w realny dialog z tą prawdziwą mną, widząc moje reakcje, czując na własnej skórze muśnięcia moich emocji, musieliby stawić czoła konieczności przyznania się do własnych chętek lub tęsknot. Banalna i jakże mimowolna manifestacja pragnień i fantazji,  chęci bycia kochaną i pożądaną, taką formę mogłoby nie tylko ich zachowanie przybrać, gdyby prawdziwa rozmowa się odbyła.

– Brak realnego dialogu pomaga w udawaniu, że takich emocji w ogóle brak po ich stronie? – on skinął głową, jakby chciał podkreślić, że zrozumiał sens jej słów. – Dobrze zgaduję, co masz na myśli?

– Chyba tak. Chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Z każdą osobą na swój sposób publiczną, a prowadząc bloga kimś takim w miniaturowej skali się stałam, niebezpiecznie jest podjąć prawdziwą rozmowę, bo istnienie niebezpieczeństwo, że jej treść zostanie przelana na wirtualny papier, czyli zacytowana na wspomnianym blogu.

Nie biorą pod uwagę, nie potrafią uwierzyć, że jako autorka szanuję cudzą intymność, stąd od wieków sławetne RODO na mojej stronie pozostaje uhonorowane. – Ona westchnęła. – Za to nie wchodząc w dialog pozwalają mi, abym komponowała całe tony luźnych wariacji na temat ich własnych poczynań, kiedy przy użyciu przykładu opartego na cudzych działaniach mogę tworzyć nie tylko przypowieści. Oni wiedzą, że to o nich, nawet jeśli świat nie jest w stanie ich cienia w tych słowach dostrzec.

– Przybliż… – zmarszczył brwi – bo nie pamiętam temu podobnego wątku.

– Lubię przerysowywać. Zmieniam skalę zdarzenia. Drobiazg urasta nagle do rangi całego cyklonu silnych emocji. Mało istotny splot wypadków zostaje przeze mnie wykorzystany do wygenerowania nieco uniwersalnego przykładu. Ktoś odnajdujący samego lub samą siebie w takiej opowieści zwykle wpada w panikę lub, na odwrót, ulega samozachwytowi, kiedy tak naprawdę przeze mnie nie jest wielbiony. – Marszcząc nos wyraziła przewrotność własnej sugestii. – I tak panienka z okienka zostaje przedstawiona jako ta najokropniejsza z okropnych, a główny cel opowieści przez ułamek chwili zaczyna brylować na salonach, miast zastanowić się nad własnym egocentryzmem i lenistwem.

– Ale to zaledwie banał – on wzruszył ramionami.

– Tak. To tzw. dwa w jednym. On obrywa za własne zobojętnienie wobec istnienia cudzych potrzeb. A ona za rozkapryszenie i dla siebie charakterystyczny odruch nieuzasadnionego podnoszenia głosu lub pełnego agresji milczenia.

– Strzelania focha? – on uśmiechnął się.

– A i owszem. – Ona dołączyła do jego uśmiechu. – Lubię podziwiać ludzi. Nie lubię za to doświadczać rozczarowania. Ktoś może być w pierwszym odruchu postrzegany przeze mnie jako swoiste uosobienie nie tylko wizualnego piękna. Jeśli jednak z czasem przestaje temu wrażeniu towarzyszyć poczucie kolorystyki i piękna wewnętrznego osobowości danej persony, zaś wspomniane rozkapryszenie, czy  nawet rozkrzyczenie jest coraz silniej manifestowane, wtedy taka osoba w  moim wewnętrznym rankingu spada na ostatnie miejsce. – Ona wciąż się uśmiechała. – Widok wciąż pozostaje miły dla oka, ale nic więcej już temu nie towarzyszy.

– Kochasz intelekt? – On jakby wszedł jej w słowo.

– Chyba ze wszystkich składników człowieczeństwa ten element kręci mnie najsilniej. Ale nie tylko tzw. IQ, ale przede wszystkim inteligencja emocjonalna. Jeśli ktoś potrafi wyjść z siebie i stanąć obok, czyli wyobrazić sobie, co może czuć inna osoba, budzi we mnie szacunek. Za to jeśli ów ktoś się wydziera niemal na całe gardło lub powarkuje manifestując w ten sposób własne niezadowolenie, spada na koniec listy oznaczonej mianem „rokuje nadzieję” lub „to ma sens”, by ostatecznie z tej listy na dobre już wylecieć, czyli ulec ostatecznemu skreśleniu.

– A jaja? Co z nimi? – on nieco zacisnął usta, jakby z trudem hamując własny śmiech.

– Słucham? – ona zdziwiła się.

– Pytam o odwagę – wyjaśnił.

– Jeśli zyskuję szansę zobaczenia na własne oczy, że mimo wszystko ów ktoś umie wyciągać wnioski z własnych potknięć, z prawdziwą przyjemnością na nowo podejmuję dialog z takim kimś. Bo potencjalna przyjaźń, czy nawet intymność miewa to do siebie, że kiedy emocje ostatecznie opadają, przyjaciele lub kochankowie podają sobie dłoń i wszystko wraca na przyjemne sercu miejsce. – Uśmiechnęła się. – A przynajmniej w moim świecie wewnętrznym takie zasady obowiązują.

– I o tym też będzie w twojej opowieści?

– Nie tylko o tym. Bo przede wszystkim o wewnętrznej szamotaninie, jakiej główna bohaterka jest poddawana przez osoby jej bliskie. O dwóch odrębnych biegunach jej codzienności. O niedających jej spokoju znakach zapytania. O walce rozsądku z magią nowej rzeczywistości próbującej wtargnąć do jej intymnego życia. – Ona jakby mimo woli wzruszyła ramionami. – Wciąż nie wiem, jak ta historia się ostatecznie skończy, ów serial prawie telewizyjny. Nie podjęłam decyzji, który wątek wygra i czy w ogóle prawdziwa walka będzie miała miejsce. Tak czy siak nie ma to już zbyt wiele wspólnego z moją realną codziennością.

– A ja mimo wszystko dostrzegam analogię. Sentyment oparty na dojrzałej mądrości toczący bitwę z bardzo młodym i silnie rozkapryszonym pięknem – on wtrącił nieco odruchowo.

– W pewnym sensie… – ona zwiesiła głos. – Jedna wielka wena twórcza w żaden sposób nie przekładająca się na realne tu i teraz. – Nieznacznie uśmiechnęła się. – Domowy święty spokój i oddalenie od cudzych znaków zapytania na poziomie realnego tu i teraz bierze górę nad wszystkim. Póki nikt nie szturmuje mojej prawdziwej codzienności, nie czuję powodu, żeby się bać, że nagłe zwroty akcji jeszcze w jakikolwiek sposób mnie zaskoczą. Po latach wypracowywania doświadczenia umacniam się w przekonaniu, że cudzy brak odwagi, czy też naturalne onieśmielenie i blokady wewnętrzne, lubią nieść ze sobą zapowiedź chowania się przez te osoby za parawanem milczenia. Mi samej to wbrew pozorom sprawia ulgę, zamiast chłostać rozczarowaniem.

– Tym odstraszasz innych? – on uniósł brew – sugerując, że patrząc im w oczy nazwiesz po imieniu wiele z ich uczuć i lęków?

– Tak. Niebezpieczeństwo wystawienia komuś niepochlebnej oceny dotyczącej mechanizmu obronnemu, któremu ulega, np. czegoś przypominającego chęć nieustannego chowania się za parawanem przesadnego krzyku, czy nawet grubiaństwa, by ukryć słabość, jaką wobec mnie czuje. – Ona skinęła głową. – Nie lubię stawiać czoła cudzemu poplątaniu wewnętrznemu. Kocham widok i dźwięk pełen harmonii i symetrii. Zaś niby to artystyczny nieład panujący w świecie cudzych emocji działa mi na nerwy i odstrasza.

Dlatego spotykając osoby hipnotyzujące tłumy własnym uporządkowaniem wewnętrznym i konsekwentnością natychmiast ulegam ich urokowi. Od chaosu uciekam. Krzyk to nie moja domena.  Przesadna ilość promili we krwi również, Sławetne strzelanie focha za fochem mnie nie kręci. Ciągłe sięganie po piwo lub wódkę również. – Uśmiechnęła się jakby nieco smutno. – Manifestacja niezadowolenia przy użyciu przesadnej ekspresji i czegoś trącającego agresją zwielokrotnioną działaniem wyrobów spirytusowych ostatecznie zniechęca mnie do działania. Widok harmonii cudzych rysów twarzy wciąż pozostaje miły dla oka, ale nic więcej temu już nie towarzyszy.

– Miła i niemiła jak zawsze – on westchnął cicho.

– Ja czy harmonia kształtów cudzego fizis? – ona upewniła się.

– Obie – skwitował. – Opcje – dodał.

– Plus z minusem – uśmiechnęła się. – Mieszanka wybuchowa. – Prawie niesłyszalnie westchnęła. – Coś irytująco niemożliwego do zneutralizowania i rozpuszczenia przy użyciu jakiegokolwiek odczynnika niemal chemicznego.

– Młodość – on jakby odruchowo uśmiechnął się. – Świat się kręci właśnie dlatego, że na miejsce starego konsekwentnie wchodzi nowe. Ewolucja… – on zawiesił głos.

– Pewnie masz rację – ona jakby z rezygnacją skinęła głową. – Dlatego odpoczynek i spokojna stabilizacja staje się możliwa już tylko w obrębie sprawdzonej codzienności. Kiedy ma się już całkiem wygodnie zagospodarowaną wyspę wewnętrzną, wtedy traci się ochotę na to, by zaprosić na nią nowych gości. Jak również do tych samych cudzych drzwi od wieków się już nie puka.

– Jest jak jest… – on w charakterystyczny dla siebie sposób skinął głową.

– I niech tak pozostanie – ona jakby dokończyła za niego.

– Tchórzysz – on zaczepnie podsumował.

– Tak. I nie wstydzę się do tego przyznać. – Ona jakby stanowczo skinęła głową. – Cudze krzyki od dawien dawna nie wodzą mnie na pokuszenie. Również innego kogoś manifestowanie własnej wyższość rzucane mi niemal prosto w twarz nie wodzi mnie już na pokuszenie. Polubiłam własną codzienność taką, jaką dawno temu się stała. – Uśmiechnęła się jakby podkreślając w ten sposób własną stanowczość. – Wolę kolejny raz umówić się z po prostu przyjaciółmi na wirtualne plotki, niż słuchać cudzych nieuzasadnionych powarkiwań pełnych rozfochowania lub znosić obcą impertynencję i obojętność serwowaną mi przez ludzi sukcesu.

– Zdecydowane poszanowanie okazywane własnej intymności, tak temu zjawisku na imię. Bardzo zmieniłaś się – on dodał jakby kwitując jej ostatnie słowa. – Nie wpuszczanie obcych na swój grunt, choć im samym się zdaje, że od dawna tam mieszkają. Serwowanie im zaledwie przypowieści lub liryków, za którymi możliwym się staje jedynie ukrycie własnego realnego wycofania i pragnienia ucieczki od zbyt nagłej zażyłości, a nie realnego uczucia rozdzierającego serce.

– Ładnie to nazywasz. – Ona skinęła głową. – Prawienie innym komplementów w ramach wirtualnej marchewki, by po chwili móc zamieścić na słupie ogłoszeń tekst pełen uderzeń bata zwanego ostrą krytyką.

– Zranienie spowodowane przykrymi słowami bywa bardzo dokuczliwe i trudniejsze do zagojenia, niż niejeden fizyczny cios. – On przytaknął kiwając głową.

– Dlatego bodaj już tylko pisanie mi w głowie. Tak właśnie zaplanowałam własny urlop. – Bardzo cicho westchnęła. – Scenariusz do filmu już gotowy. Jedynie czasu brak, by z wymaganą swobodą móc wiele godzin poświęcić na przelanie wszystkich słów na papier. – Znów bezdźwięcznie westchnęła. – Żadne napoje wyskokowe mi nie w głowie, nawet miód pitny, jak i snucie się wzdłuż Wisły nie kojarzy mi się mile, jak również włożenie na siebie stroju sportowego i podjęcie dialogu z osobistą niedopowiedzianą przeszłością.

– Kto więc w tej batalii wygrywa? – on wtrącił tonem zdziwienia.

– W jakiej batalii? – ona zdziwiła się.

– W twoim realnym dialogu wewnętrznym. – On wyjaśnił. – Stabilny sentyment, czy atrakcyjna codzienność wciąż uparcie czai się gotowa do walki?

– Walki? – ona znów wyraziła zdziwienie.

– Całkowicie rejterujesz? – on uśmiechnął się nie zwracając uwagi na jej pytanie, jakby podkreślając własną chęć sprowokowania jej do silniejszej jeszcze irytacji.

– Oczywiście, że tak – zgodnie z jego przypuszczeniem obruszyła się. – Zdecydowanie daję za wygraną wobec wszystkich tych opcji. Póki co tęsknię za odsapką od niepotrzebnych emocji, a nie za slalomem gigantem pełnym nie moich wahań.

– Skoro tak postanowiłaś… – urwał.

– Nie musiałam. Inni zrobili to za mnie – skwitowała wciąż tak samo stanowczym głosem. – Poprzestali na grze pozorów zasłaniających ich realne pragnienia oraz tęsknoty. Chcą jeszcze długo trwać w świecie własnych lęków i mają do tego pełne prawo. Ja zaczepiać kogokolwiek nie planuję. Nawet w planowanej fikcji literackiej osobistego przekazu już nie pragnę zamieścić. Może garść wspomnień, ale nic ponadto. Zaledwie wnioski, opis własnych refleksji ubranych w fikcyjne dialogi, niemal żadna ilość osobistej biografii. Brak sugestii, za to cała Niagara emocji. Prozaiczna proza. Nic poza tym.

– Pomogę… – uśmiechnął się – o ile będę w stanie.

– Już samo to, że jesteś, pomaga. Twoja życzliwość mi wystarczy. – Skinęła głową.

– Dobrze. Jakby co niemal od zawsze wiesz, gdzie mnie szukać.

– Dziękuję – uśmiechnęła się kończąc dialog.