Amore Pomidore

Zakłopotanie, onieśmielenie, zażenowanie, zmieszanie, skrępowanie, zawstydzenie, wstyd, skonfundowanie, trema, konsternacja, wycofanie, zahamowanie, zamilknięcie, zastanowienie.

Seria synonimów w przybliżeniu sprawnie definiujących uczucia autorki coraz silniej pobudzających jej chęć do usprawiedliwienia się. Jedno wielkie „przyłapana na gorącym uczynku” z dnia na dzień mocniej dokucza.

„Tak, zgrzeszyłam” – ciśnie się na usta. – „Swoją publiczność zaraz przeproszę. Potrafię. A jak tam Ty? Nauczyłaś się, czy nadal tylko uczysz innych? Korepetycje serwowane Ci przez grafomankę pomogły? Nauka nie poszła w las? Uroczo poetyckie pardonne moi, vergib mir, forgive me, прости меня, perdonami, прощати za własny błąd nie tylko merytoryczny stało się wreszcie możliwe? Gotowość do podjęcia dialogu zaistniała, czy też dziecinne zaledwie czytanie cudzego słowotoku wciąż króluje na ściśle określonym polu walki? Powiedz…”.

Wiecznie ta sama potrzeba fikcyjnego taplania się w mętliku powykręcanych na wszystkie strony emocji przestaje bawić. I za radą Morfeusza nabiera się ochoty do wykrztuszenia z siebie mało literackiej prawdy:

„Całe wieki temu opisałam, przedstawiłam definicję, czym bywa parabola, często wykorzystywane w literaturze narzędzie tworzenia wielu opowiadań. Czasami wątek i przyjęta sceneria ogranicza się zaledwie do jednej sceny, miniaturowego szkicu. Innym razem staje się prawdziwym serialem w odcinkach, gdzie do ostatniej chwili pozostaje niewiadomym kogo zabili, a kto uciekł. Dlatego od jednego pierwszego kwietnia, po następny już rok później, na tym blogu miała miejsce seria  słownych klapsów przywołujących cudzy rozsądek do porządku”.

I tak, po którymś z kolei śnie, gdzie widzi się i czuje cudzą gorycz, nabiera się chęci, by ostatecznie zamknąć określony – wyssany z palca – wątek, podziękować obsadzie i już zupełnie publicznie przyznać, że nigdy nie szukało się cudownego „amore pomidore”, że wiele razy podejmowało się najprzeróżniejsze formy pracy nad tzw. spłoszeniem, np. proponując promocję wizerunku na publicznym serwisie informacyjnym, żeby uniemożliwić urealnienie wszelkich poetyckich sugestii.

Przychodzi jednak moment, kiedy jasnym się staje, że spłoszenie przestaje działać. Nabiera się więc coraz silniejszej ochoty, by powiedzieć: – „Nie krzywię się i uciekam wzrokiem za sprawą sercowych utrudnień, ale z powodu wyrzutów sumienia. Nie brałam pod uwagę, że aż tak bardzo na poważnie zostaną wzięte moje blogowe wywody. Stąd nowy tag pojawiający się coraz częściej – kłamstwo – aby dać grupie czytelniczej do myślenia. Każdy zapis podsumowany tym tagiem zawiera w sobie kilka kropli prawdy i całe morze fikcji literackiej”.

Słowo „manipulacja” wypowiedziane przez kadrę akademicką ostatecznie przywołuje do porządku. Blokada z bloga zdjęta chwilę wcześniej pozwala na przygotowanie anonsu prasowego. Na końcu języka zawisa – nie byłam i nadal nie jestem „do wzięcia” – a po chwili wahania kolejne wyznanie daje o sobie znać – żadna parafilia mi nie dokucza, również upodobanie do urabiania pod własne dyktando osób potencjalnie mi bliskich. Inspiracja tak, indoktrynacja nie. Za to uwielbiam w swoich fantasmagoriach określone osobowości opisywać. Również te zaburzone i bardzo toksyczne. Ludzka dziwność zawsze mnie fascynowała, szczególnie, że mam skłonność do zbawiania świata nieco na siłę.

Stare teksty, te sprzed nastu lat, rzeczywiście wisiały kiedyś na sieci. Już jako trzydziestodwulatka prowadziłam własną stronę, a jednocześnie już wtedy do niczego nie było mi potrzebne wykazanie się znajomością ustawy o RODO, żeby pamiętać o szanowaniu cudzych danych personalnych. Stąd od dnia założenia bloga bez zgody określonej osoby nie podawałam czyichkolwiek danych personalnych. Właśnie w ten sposób nauczyłam się budowania fantasmagorii, paraboli i zaledwie sugestii, czyli przeinaczania lub naciągania faktów, przerabiania prawdy w literacki fałsz. To odruch. Schemat, który wgryzł się w mój mózg, bez którego nie potrafię powoływać jakichkolwiek tekstów do życia.

Dlatego dobry kawałek czasu temu, aby móc komukolwiek mądrzącemu się utrzeć nosa, musiałam stworzyć nowy wątek. Przy pierwszej nadarzającej się okazji wykorzystałam dwunożną i dwuręczną inspirację. Kiedy jednak stało się jasne, kiedy kolega w żartach rzucił – „O! Serduszka i motylki zaczynają latać wokół ciebie. Słane ci są pochwały” – panika wzięła górę nad rozsądkiem. Nawet nie spytałam kogo konkretnie kolega mógł mieć na myśli. Po prostu przy pierwszej nadarzającej się okazji sięgnęłam po najskuteczniejsze z istniejących narzędzi. Sugestię ujawnienia wiedzy dotyczącej cudzych preferencji.

Manipulacja. Praca nad budowaniem lub pobudzaniem wyobraźni czytelników lub widowni. Gra słów często używana w ramach blogowej pisaniny. Za przykład może posłużyć zaserwowane w jednej z poprzednich notek banalne:

„W innych odcinkach serialu banalna codzienność również się pojawia. Z rozmachem prawdziwego piłkarza kopie w kostkę. Kłuje lub dźga cytatem z Grodzkiej, że sęk w tym, iż na scenie wciąż króluje ten sam polski uśmiech. Z zegarkiem w reku domaga się punktualności zgodnej z hrabiowską etykietą”. – Gdzie gra słów opiera się na niemal dosłownych odnośnikach do tzw. nazw własnych, czyli ksyw lub nazwisk.

Za główny cel przyjęta została chęć pobudzania innych do zastanowienia i pracy nad samopoznaniem, więc i samoakceptacją. Brak chęci dokuczenia, a jedynie wymierzenia kilku dość lekkich klapsów słownych, w celu pobudzenia wyobraźni czytelników i czytelniczek. A jednocześnie pełna świadomość własnych upodobań, więc i braku chęci do wchodzenia w bliższą (intymną) zażyłość ze sporo od siebie młodszymi osobami.

Oczywiście baczne obserwatorki zyskawszy klucz do kodu, pewnego rodzaju słownej enigmy, mogły dość szybko wychwycić, że przyjęte wieki wcześniej motto przewodnie blogowych wpisów autorki nigdy nie umarło. Niczym bumerang ten sam wątek nieustannie powracał, co mogło znaczyć tylko jedno, że jak królowała, tak nadal króluje tu ta sama ikona. Śnieżna burza nieustannie trwa.

Stwierdzenie, że mnie w cudzych kartach nigdy nie było, a Tarot rzadko kłamie, stało się jednak konieczne. Również szepnięcie, że, jak już powiedziałam, mnie w tych kartach ni widu, ni słychu, za to całego stada giermków nie brak.

Wiedząc o tym długo czułam się bezkarna. Przyjęłam założenie, że jako ta niechciana mogę swobodnie udawać złamane serce i wynikającą z tego fascynację cudzą niedostępnością. Przepraszam. Mea culpa. Wprowadziłam w błąd wiele osób. Niczym prawdziwie galicyjski sarmata bawiłam się w hulaj dusza bez kontusza. Ups. Nie przypuszczałam, że moja fikcja literacka aż tak dalece będzie brana na serio. Ups.

Zżyłam się jednak z cudownie normalnymi ludźmi, których dane mi było spotkać, poznać w obecnym miejscu pracy. Po trzech latach również uświadomiłam sobie, że konieczność ciągłego uczenia się nowych nazw, dodawania i mnożenia w pamięci całej masy cyfr, analizowania konstrukcji brył, czyli ile klocków mieści się w danym sześcianie lub ostrosłupie, jeśli nie są one poukładane symetrycznie, spowodowała, że mój mózg wrócił do normy, zaczął lepiej funkcjonować.

Zabawne, bo po operacji szpitalna pani psycholog wręczyła mi całe tony materiałów do przepracowania. Były to wydruki pełne zadań do wykonania. Miałam siedzieć i do znudzenia często je rozwiązywać. Nie ważne, że było to wiecznie to samo, tylko w inny sposób zapisane, miałam się w to bawić do upadłego, aż moja głowa znowu zacznie działać. Zaniedbałam to. Papiery odłożyłam na półkę, złudnie sądząc, że konieczność liczenia słupków w banku mi wystarczy. Myliłam się.

Jako z natury leniwa osoba potrzebowałam dużej musztry, żeby wrócić do zabawy w ciągłe uczenie się nowych słów. Jak dziecko dostawałam obrazek i pytana „co to jest?” musiałam się zastanowić, zgadnąć, czy patrzę właśnie na karambolę, awokado, czy też mango lub jakiś tam melon, a do tego jeszcze, czy dany twór nazywa się bułką paryską czy może po prostu bagietką. Pamięciówka. Cudowna zabawa w pracę nad poprawnym działaniem własnego mózgu i jeszcze człowiekowi za to płacą.

Całe garście grzybów w jednym barszczu. Super ludzie. Kwintesencja prawdziwego człowieczeństwa. Nieustanne uczenie się cierpliwości, również miłości bliźniego i wyrozumiałości dla cudzych utrudnień, bo klienci bywają różni. Wspaniałość wszystkiego, co proste i w znikomym stopniu niewłaściwe. Fascynująca kolorystyka różnorodności, bo ludzie bywają zaledwie podobni do siebie, ale nigdy identyczni.

I spaprałam to. Hochsztaplerka wzięła górę. Zamiast zachować czystą fikcję literacką, sięgnęłam po tzw. wątki autobiograficzne. Szukając inspiracji wykorzystałam cudze rozedrganie. Zapomniałam się. Rozszerzyłam skalę własnej gry. Fikcję literacką przemieszałam z prozą dnia codziennego. Zakrzywione sugestie pozostawiłam nierozwiązanymi więc i otwartymi. Rzucając banalne – moja przyjaciółka, z którą zerwałam w zeszłym roku – nie dodawałam jednak oczywistego – po prostu koleżanka, która mi na siłę matkowała, zamiast poszukać sobie sensownego faceta, bo jak się urodziła czystą heteryczką, tak nią nadal pozostaje.

To jest właśnie manipulacja. Pobudzanie innych do myślenia, ale przy użyciu tematów, więc i sugestii, bliskich ich sercu. Granie na cudzych uczuciach.

Wiadomo jednak, że bez emocji mało komu chce się działać. Jako leń patentowany doskonale wiem, o czym piszę i mówię. A skoro mój syn nie wymaga już kontrolowania jego poczynań, bo jak na Aspergerowca niemal świetnie sobie radzi z własną codziennością – np. samodzielnie znalazł nową pracę, już nikt mu w tym nie musiał pomagać – jako podstarzała mamuśka zaczęłam szukać inspiracji poza własnym gospodarstwem domowym.

Z czasem jednak zabawa w blogowanie przestała wydawać się ciekawą. Poszukiwanie nowej pracy, dużo bardziej twórczej, czystego biznesu, nieco innego, niż dotychczasowe, bo wymagającego większych dawek myślenia, zaczęło całkiem na serio zaprzątać głowę. Po wejściu w dialog z wieloma osobami jasnym się stało, że pomysł na własny biznes ma sens.

Chęć opisywania fikcyjnej afektacji wymyślonych postaci książkowych przestała bawić. Banalne – znudziło mi się – przybrało na znaczeniu. Również świadomość, że chciałoby się podjąć zupełnie inną pracę, zaczęła spędzać sen z powiek. Wizje wyższe przestały się kojarzyć z predykcją. Przeistoczyły się w zaledwie przejaw podświadomej manifestacji własnych pragnień.

Ja już nie chcę śnić. Chcę urealnić dawne marzenia i postanowienia. W pewnym sensie silną grupę pod wezwaniem już zebrałam. A ten blog jak był, niech pozostanie warsztatem służącym do prezentacji tzw. wprawek literackich. Ładnie poproszę o nie branie już do siebie przesadnie na serio moich wywodów. Wszelkie domniemane personalne sugestie są przypadkowe. Zbieżność nazwisk i dat również.

Jednym słowem dwa słowa. Jakie motto przyświecało powyższemu zapisowi? Banalnie oczywiste stwierdzenie Toma Fishburne’a:

„Po najlepszym marketingu nie widać, że jest marketingiem”.

____________________