Pytajnikowy sztorm

Morfeusz nie odpuszcza. Jak już sobie kogoś upatrzy, to łatwo nie daje za wygraną. Ze złośliwym uporem maniaka wciąż tymi samymi skojarzeniami kąsa serce, przypomina o pradawnych postanowieniach ucieczki przed tracącymi na znaczeniu obrazami. Cudzy uśmiech koniec końców wraca jednak na swoje miejsce. 

Matrix wciąż rządzi się tymi samymi prawami. Główny programista swoje wie, więc białego królika lub czarnego kota śle, by zanieśli śniącej kolejne ostrzeżenie. By inaczej, innymi słowami, ale wciąż to samo zasugerowali…   

Szept uparcie ciśnie się na usta. – Czy wiesz staruszku, że Matrix coraz silniej podchodzi mi do gardła? Pcha w stronę szaleństwa? – Zaciśnięte powieki ilustrują tłumione zaniepokojenie.

– Jak mu się to udaje? – przyjemnie męski niski głos odpowiada pytaniem na pytanie. – I kim ów Matrix jest? Jakie imię nosi twój agent Smith?

– A co za różnica? – ona się dziwi. – Wirus to wirus. Nieistotne jakim imieniem go naznaczysz. Ten niewidoczny programista od zawsze mi daje do wiwatu. Upatrzył sobie mnie całe wieki temu, bo wie, że ja wiem, że on jest, że nigdy nie spoczywa, nieustannie czuwa, bawi się w te swoje déjà vu.

– Jak tym razem ci o sobie przypomniał? – pełen uśmiechu męski szept spytał w rozbawieniu.

– Mam swój ulubiony program na telefonie. Nic wielkiego. Odtwarza muzykę. Do niczego innego nie służy. – Równie spokojny kobiecy szept odpowiedział. – Nagle… parę tygodni temu system wykasował wszystkie zamieszczone tam ilustracje. Zniknęły zdjęcia przypisane do określonych utworów. Miejsce twarzy śpiewających zajęła nagle tylko jedna sugestia. Odległe i odrobinę wyblakłe wspomnienie bez zapowiedzi niczym wirus zajęło miejsce wszystkich innych obrazów. Drobna i zdecydowanie cudza fotografia całe wieki wcześniej umieszczona przeze mnie w pliku „Pobrane” nie pozwoliła, by ją wykasować. Zamiast zniknąć, rozpełzła się po całym telefonie.

– Czyżby zajęła miejsce wszystkich innych ilustracji? – cudownie niski głos zamanifestował zdziwienie.

– Przypomniała o sobie. Bez ostrzeżenia dopadła. Dobrą chwilę temu zamanifestowała swoje istnienie. – Kobiecy szept zadrżał niczym osika na wietrze. – Jedna mała fotografia sprzed lat, może z 2013 roku, może nawet wcześniej wykonana… statyczna scena walki na plaży; pod światło, kiedy w tle widać zachodzące już słońce. Dwa profile. Ona uśmiechnięta, on również. Skrzyżowane dłonie, uniesione stopy. Sprawny cios, równie skuteczna blokada kolanem. Stop klatka. Wirtualna fotograficzna rzeźba. Nic ponadto.

– Skąd? Dlaczego? W jakim celu ta fotografia zaczaiła się na twoim telefonie? – męski szept pozostał zdziwiony.

– Ot… wieki wcześniej ukradzione wspomnienie, które miało stać się ilustracją encyklopedycznego zapisu na własnej stronie. Nigdy nie użyty fragment cudzych reminiscencji, opisu walki z cieniem. Zapomniana ilustracja cudzego tam i wtedy. – Miękki kobiecy głos bez pośpiechu wyjaśnił. – Niezauważony. Zapomniany. Przyczajony.  Zacięty. Dziwacznie cierpliwy obraz cudzego sportu. Banalnie oczywisty plik.

– I co Matrix z nim zrobił?

– Do absolutnie każdej piosenki podłączył jako ilustrację. Niczym wirus z chwili na chwilę zwielokrotniał swoją liczbę z jednej do przeszło trzech tysięcy. Każda nuta, wyśpiewane słowo, wypowiedziany monodram zaczął błyszczeć, niemal krzyczeć tą samą ilustracją. Nic nie pomogło. W pierwszym odruchu panika podeszła mi do gardła przyspieszając bicie serca. Zaraz po niej na scenę wdarła się wściekłość. By na koniec głośny śmiech mógł zająć wszystkie miejsca na widowni i gromkimi oklaskami podsumować działania matrixowego programisty.

– No po prostu boki zrywać, czy tak? – męski głos z łagodnym spokojem postawił znak zapytania.

– Stałam, by po chwili usiąść i patrzeć, jak ów dziwaczny proces rozmnażania się jednego zdjęcia przybiera na sile. – Uśmiech stanowiący tło tych słów wydał się nie w pełni szczery. – O czym Matrix chciał mi w ten sposób powiedzieć? O czym przypomnieć? A może ostrzec? Wciąż zadaję sobie to pytanie.

– A może powinnaś zmienić sens sugestii? Inaczej postawić znak zapytania, np. co chciał Matrix zapowiedzieć? Zaanonsować…

– Może… morze od wieków głębokie i szerokie – kobiecy uśmiech wydał się szczery. – Nie udało się wykasować tej fotografii. Z pliku ów zapis został usunięty. Od wielu utworów odklejony, zastąpiony nowymi ilustracjami. Jednak jako główna okładka prawie każdego albumu nie dał się wykasować. Dlatego przy każdej zmianie określonej play listy ta sama ilustracja pojawia się na ekranie mojego telefonu.

– Ciekawe… – męski głos przybrał nieco niższy ton, na swój sposób bardziej głęboki.

– Nie wiem, co to znaczy. Wiem jednak, że nie ucieknę. Nie wykasuję minionych grzechów głównych. Jedno zdjęcie, wyblakłe wspomnienie, za sprawą którego nic już nie będzie takie, jak dawniej. – Kobiecy grymas symulujący uśmiech zaczął gasnąć. – Czego to jest zapowiedź? To pytanie nie daje mi spokoju od bardzo wielu dni.

– Przecież wiesz… – męski szept ledwie słyszalnie zasugerował.

NLP… – kobiece wahanie dołączyło do męskiej koncepcji.

– Już nie musisz niczego naprawiać, w niczym pomagać. Intencja powróciła do źródła. – Męski szept znów się uśmiechnął. – Posiałaś ziarno, nadchodzi czas, byś zebrała plon. Może pełnia księżyca rozjaśni niebo lub szkwał rozhuśta fale…

– O tym matrixowy programista chciał mi powiedzieć?

– Zapowiedzieć. A może ostrzec…

– Jedno zapomniane zdjęcie. Prastara fotografia… z którą nie da się już nic zrobić. Ona nie daje mi spokoju, nieustannie widnieje na ekranie mojego telefonu, nie pozwala się usunąć, wyplenić, wyrwać z korzeniami…

Męski szept przechodząc w głośny śmiech stał się odpowiedzią.

– Trudno – nadąsany kobiecy głos nie dołączył do zabawy w rozbawienie. – Przyzwyczaję się. Zobojętnieję… albo… odinstaluję ten program. Potem na wszelki wypadek usunę absolutnie wszystkie pliki ze zdjęciami, by znów zainstalować ulubiony odtwarzacz muzyki. Coś w końcu musi pomóc. Znajdę sposób na te przeklęte reminiscencje, cokolwiek one znaczą. Nie obchodzi mnie to już. Wyzbędę się tych dziwacznych dyrdymałów na dobre, wyplenię tą ikonę…

– W imieniu Matrixa będę trzymał za ciebie kciuki – śmiech wszedł jej w słowo – szepnę zdań kilka programiście prosto do ucha. Kto wie… może to pomoże…

– Dziękuję – nadąsany szept zabrzmiał zaczepnie.

– Nie obiecuję, że się uda, ale popytam tu i tam, może dobrzy znajomi pomogą zasięgnąć języka…

– Może… – kobiece nadąsanie trąciło kapitulacją. – Morze wciąż pozostaje głębokie i szerokie…

– Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Głowa do góry. Nieustannie trwam przy tobie. Zaufaj mi. Pomogę…

– Oby… – kobiecy szept zaczął przygasać. – Oby.