Zalać robala

Przyłapałam samą siebie na niechęci do dalszego przeglądania starych zapisów. A jednocześnie czytając je dookreśliłam schemat, jaki chciałabym przyjąć przy tworzeniu prawdziwej prozy, czegoś zgoła różnego od blogowych wprawek, uromantycznionych liryków. Nadal poetyka i pewna żartobliwość składać się będą na mój styl pisania, ale już dużo większa dosłowność zajmie miejsce zaledwie sugestii dotyczących wielu osób. Na scenę wejdzie realny żal i szereg rozczarowań ubranych w nieco mniej barokowe złocenia, niż to miało miejsce dotychczas. Raczej secesja wolno sunąca w stronę modernizmu zacznie dominować, choć oczywiście odległa od pełnej nowoczesności, by i tak na koniec przybrać kształt futuryzmu, czy nawet fantasmagorii. 

%%%

W telewizji trafiłam na film, w którym moja ulubiona Winona Ryder zagrała główną rolę. Był to obraz opowiadający o alkoholizmie. Chłonąc kolejne sceny uświadomiłam sobie, że tak naprawdę poruszany w nim temat znam bardzo dobrze, niemal od podszewki, choć nie w pełni od A do Z. Żadne z moich rodziców nie nadużywało czegokolwiek. Ich tzw. toksyczność kompletnie z czego innego wynikała i miała wiele wspólnego z czasami powojennymi, okresem szalejącego komunizmu oraz dzielącej ich różnicy wieku, ale z niczym innym.

W moim przypadku zacząć pić i skończyć pić nie stanowiło trudności, jak również pozostawać świadomą podstaw własnych zachowań. Problem stanowiło coś nieco odmiennego. Moja własna odziedziczona po rodzicach toksyczność polegała na braku umiejętności proszenia o pomoc. Manifestując własną ułomność poprzez podwojenie jej wyrazu – np. za sprawą nieustannego bywania na tzw. rauszu – starałam się przykuć do siebie cudzą uwagę, by w ten sposób móc zasygnalizować:

„Nie rozumiem znaczenia używanych przez ciebie słów, gubię więc sens twojej wypowiedzi; mam kłopot z tabliczką mnożenia, bo mózg odmawia mi posłuszeństwa; nie pamiętam, jak ci na imię; nie lubię, kiedy na mnie krzyczysz, zamiast powiedzieć, że nie jesteś w stanie tego załatwić sam lub wyjaśnić pełnego sensu własnej wypowiedzi; nie pojmuję sensu braku spójności używanych przez ciebie słów i towarzyszącej temu intonacji głosu lub wizualnej formy ekspresji, jaką przyjmujesz; stałam się autystyczna, ale nie potrafię tego wyjaśnić i opisać, więc i uzasadnić”.

Alkohol koi rany – stare dobre powiedzenie, które w życiu każdego alkoholika idealnie się sprawdza. Dlatego nie lubię pić. A nawet BARDZO nie lubię, bo promile kojarzą mi się z żalem. Wychylany kieliszek choćby nawet nisko promilowego likieru równa się z ukrytym w głębokiej podświadomości komunikatem, że czuję się nieszczęśliwa, wyobcowana i pozbawiona swobody wypowiedzi, bo trucizna, którą promile stanowią, jeszcze silniej uszkadza mój mózg, ów organ, który i bez tego nie do końca sprawnie działa.

Moja Szefowa, dziewczyna, którą uwielbiałam tak nazywać, bo mnie zatrudniła, jako własną podwładną, zawsze powtarzała, że nie sprawiam wrażenia alkoholiczki. I miała rację. Jako kobieta niemal do bólu świadoma siebie nie do końca miałam problem z odstawieniem kieliszka na bok. Po prostu przestał mi być potrzebny. Zapragnęłam przejrzeć na oczy, więc to uczyniłam. Niemniej jednak bez pomocy niepijącej alkoholiczki nie zyskałabym umiejętności stworzenia tzw. planu nowej gry, czyli przewartościowania własnych pragnień i postanowień.

Bardziej od bloga realna proza – „Tańcząc na linie” – taką opowieścią właśnie się staje, autobiograficznym repertorium. Kompendium wiedzy dla wielu zagubionych istot, ludzi niepotrafiących prosić o wsparcie lub tych, którym brakuje poprawnych wzorców do naśladowania. Szczególnie, że takie wzorce, dotyczące zdrowych standardów lgbt, wciąż nie istnieją. Reprezentanci określonej grupy społecznej nadal walczą o swoje prawa, więc brakuje im czasu na stworzenie pewnego rodzaju kanonu normalności wiążącej się z różnicami dzielącymi ich ze światem heteroseksualnym. Na coś takiego potrzeba lat, tradycji, więc i wzorców, których nie da się stworzyć w zaledwie kilka lat, na to potrzeba wielu dekad.

Bez wszystkich przykrości, których zdarzyło mi się doświadczyć, nie stałabym się osobą, którą teraz jestem. Nie posiadłabym wiedzy, którą operuję. Jednocześnie bez ludzi, z którymi dane mi było się poznać i zaprzyjaźnić, niewiele bym osiągnęła. Nawet przykre zdarzenia po pewnym czasie okazały się niezbędne, bo dały mi szansę zrozumienia, co mogą czuć ludzie słysząc serwowane im m.in. przeze mnie NIE, czyli odmowę.

Już jakiś czas temu za wzorzec przyjęłam książkę Akhara Jussufa Mustafy „Pamiętnik Jasnowidza”. Schemat, którym posłużył się autor, pasuje do tego, o czym chciałabym opowiedzieć. Tylko wyrywkowa chronologia. Podział na zdarzenia bez skupiania się na kolejności opisu upływającego czasu. Charakterystyka sensu określonych wątków, ale bez rozwodzenia się nad szczegółami danej znajomości lub tzw. wątków pobocznych.

Z pozoru banalna zabawa słowem – jak u pana Mustafy – pod przykrywką której chowa się głęboki przekaz. Historia przedstawiona w „Pamiętniku Jasnowidza” w zadziwiająco lekki sposób opisuje koszmar biedy, głodu i horroru, jakim była II Wojna Światowa. Ja co prawda na żadnym polu walki nie zagościłam, nawet tym z czasów poprzedzających Okrągły Stół, ale i tak mam o czym opowiadać, bo o bólu związanym z pożegnaniami co nieco wiem. Również częsta bytność w szpitalu nie jest mi obca.

Chwilę temu zastanawiałam się nad tzw. odcinkiem pilotażowym, czyli zajawką mającą na celu podkręcenie ciekawości stałych czytelniczek i być może też czytelników, co do mojej rezygnacji z poetyki. Przyszło mi na myśl, że kontekst psychoanalizy pasowałby chyba do tego najlepiej. Czyli dajmy na to:

Trwa właśnie rok 2010…

(…)

„Usiadłam na tym samym fotelu, co zawsze. Ona o dobrych kilka metrów ode mnie. Za plecami miała okno, więc nie w pełni dobrze widziałam jej twarz. Wszystko wokół wydawało się ciasne i nie do końca przytulne, wręcz szpitalnie hermetyczne. Niezbyt duże pomieszczenie. Ściany pomalowane na biało.  Podobnej barwy meble. Po prawej stronie niewielkie biurko, czy inny stolik, a przy nim taboret. Po lewej stronie jakiś niewielki regalik, nie pamiętam już, co na nim było położone, pamiętam jednak, że za oknem świeciło słońce.

Tego dnia wieczorem miałam się spotkać z dziewczynami poznanymi w Lambdzie. Jedno wielkie disco bandżo mające zakończyć czas zabawy w przygotowywanie wielkiej europejskiej parady równości. Miałam już na sobie odpowiedni strój. Marynarka w kolorze khaki. Obcisłe dżinsy. Jasną bluzkę z dużym dekoltem. Jak zawsze pełen make up i subtelną biżuterię. Sporo mniej ważyłam, niż na pierwszym spotkaniu z tą panią, więc zyskawszy większe poczucie pewności siebie nieco inaczej się zachowywałam, więcej niż odrobinę zaczepnie.

W moim pojęciu ta kobieta stanowiła swoistą oczywistość. Czysta branża. Trochę jak Robert Biedroń. Ten facet tak naprawdę nawet odzywać się nie musi, bo i bez tego wprost emanuje czystym gejostwem. Co prawda na naszym pierwszym spotkaniu ta pani była nieco inaczej ubrana, jakby bardziej po kobiecemu i siedziała grzecznie trzymając nogę założoną na nogę, ale ponieważ od owego spotkania minęło już trochę czasu, tamtego dnia zamanifestowała tzw. pełną swobodę obyczajów.

Miała na sobie luźną jasną koszulę. Obcisłe spodnie w takim samym kolorze. Ciemne rozpuszczone włosy do ramion. Nieco bardziej niż zwykle śniadą skórę. Dzięki bardzo szczupłej sylwetce sprawiała wrażenie zgrabnej, a jednocześnie niczym facet nogi trzymała rozstawione szeroko na boki, zupełnie jakby chciała podkreślić własną nieco męską chęć zasugerowania czegoś oczywistego. Głowę trzymała lekko pochylona do dołu przewiercając mnie przy tym swoim spojrzeniem. Delikatnie uśmiechała się. Jej z natury niski głos tamtego dnia chwilami wydawał się jeszcze silniej gardłowy.

A ja jak zawsze tak samo czułam się rozczłonkowana, jakby mnie było dwie, ta, która siedzi na tzw. kozetce i użala się nad własnym losem, oraz ta, która jakby z góry obserwuje całą sytuację i na chłodno analizuje zachowanie swojej interlokutorki. Lubię to zjawisko nazywać grą. Owo rozdwojenie stanowiące jakby mieszankę gracza i odgrywanej przez niego postaci. Powolne sunięcie w kierunku oświecenia, pojęcia na czym polega istota umysłu, o czym mówił Budda, skąd pomysł, że wszystko wokół, cały materialny świat, to zaledwie iluzja. Gracz, jego postać i wirtualna rzeczywistość, w której dana przygoda się toczy.

Ta popłakująca Katarzyna, jeszcze wtedy o dwóch nazwiskach, to była postać na dalekim wschodzie nazywana kolejnym wcieleniem, a ta obserwująca to gracz, który nie przynależąc do rzeczywistości owej gry nie ma płci ani rodzaju, który jest czystym umysłem, stwórcą, choć nie bogiem, po prostu kreatorem.

Oto wspomniany gracz używając swojego własnego systemu komunikacji – czegoś przez wielu nazywanego intuicją – przekazywał postaci komunikaty spod znaku „uważaj, ona cię podrywa”. Schemat wodzenia na pokuszenie przy użyciu tzw. ukrytych komunikatów z chwili na chwilę zaczynał się pogłębiać. Obie czułyśmy się uwodzone, więc w odpowiedzi również uwodziłyśmy.

W którymś momencie powiedziałam, że po wyjściu z sesji idę na spotkanie z kumpelami, że wybieramy się do Glam, by wspólnie móc przepić i z siebie wytańczyć wszystkie stresy. Kiedy więc na odchodnym usłyszałam życzenia udanego wieczoru, zaledwie podziękowałam i wyszłam. Nie sądziłam, że banalne „do miłego” stanie się zapowiedzią spotkania jeszcze tego samego dnia.

Jak zwykle pieszo dotarłam do centrum Warszawy. Jeszcze przed wejściem do klubu spotkałam kilka osób, z którymi byłam umówiona. Niewielki tłumek zaczynał się już zbierać. Głównie kobiety schodziły się ze wszystkich stron. Robiło się wesoło. Zeszłyśmy na dół. Jak w każdej tego rodzaju knajpie panował półmrok, grała muzyka, a ludzie przeciskali się pomiędzy sobą walcząc o wolne pufy lub inne fotele, na których mogliby się wygodnie rozgościć i obalić kieliszeczek, szklaneczkę, bądź kufel pełen promili.

Wszystkie ze wszystkimi się witały. Było przy tym dużo śmiechu. Ja szczebiotałam głupkowato, sprawiając wrażenie słodkiej idiotki. Nie byłam w stanie zapanować nad tym odruchem. Mało kto jednak wiedział, z panią psycholog na czele, że tego typu zachowanie zwykle równa się z naprawdę silnym napięciem nerwowym często wywołanym stresem lub blokadami wewnętrznymi, w moim przypadku spowodowanymi strachem przed nie pełnym rozumieniem tego, o czym inni do mnie mówią używając słów, których znaczenia nadal nie pamiętałam.

Disco bandżo ruszyło w najlepsze. Głośna muzyka zaczęła grać. Ja jako tzw. wolny strzelec oraz nieprzesadnie silnie zaprzyjaźniona z którąkolwiek z bawiących się tam pań po prostu snułam się po sali zagadując do wszystkich i nikogo. Minęło kilkadziesiąt minut. Już czułam, że promile zaczynają cudownie utrudniać mi myślenie, kiedy nagle zobaczyłam panią psycholog. Zgaduję, że zdziwienie malujące się na mojej twarzy było na tyle dobrze widoczne i wiele wyrażało, że bez „miło znowu panią widzieć” lub „co za wspaniała niespodzianka” mogło się obyć. Dlatego zaledwie kiwnęłyśmy w swoją stronę głowami i na tym się skończyło.

Jednocześnie w ułamku chwili moja dwoistość dała o sobie znać. Postać z gry – czyli Katarzyna eSeS – poczuła, jak krew w jej żyłach zaczyna żywiej krążyć. Oto stawało się jasnym, że tak dalece kogoś zainteresowałam swoją osobą, że ów ktoś pofatygował się w ślad za mną do określonego lokalu. Jednocześnie gracz zwany tu umysłem wydał wyrok na panią psycholog określając ją jako skrajnie niekompetentną terapeutkę łamiącą wszelkie prawa dotyczące zawodu, którym się para.

W mądrych książkach jest zapisane, że terapeuta bądź terapeutka nie powinna wchodzić w prywatną zażyłość ze swoją pacjentką. Jeśli ma to jednak miejsce, osoby te winny to między sobą w sposób jasny i jawny ustalić i dookreślić. Jednocześnie osoba zajmująca się prowadzeniem terapii zobligowana jest przekazać osobę dotychczas leczoną przez siebie innemu lub innej specjalistce. Na tym m.in. polega schemat tzw. miłości bliźniego, czyli chęci wsparcia osoby proszącej o pomoc, a nie żerowania na cudzych uczuciach oraz pogłębiania neurozy własnej pacjentki.

Ale jak to w życiu bywa, gracz sobie, a postać w grze sobie. Dlatego bawiąca się tamtej nocy Katarzyna eSeS nie posłuchała pana Intuicji, wychyliła jeszcze sporo głębszych, tj. więcej niż kilka butelek piwa, obserwując przy tym, jak jej terapeutka przez długi czas tańczy z kobietą w swoim wieku, która to pani od czasu do czasu z uśmiechem spogląda w stronę pacjentki swojej towarzyszki. Dziwaczna scena rodem z amerykańskiego filmu trącającego czymś dziwacznie psychodelicznym, niczym thriller Stevena Kinga lub coś równie poplątanego.

Miałam pełną świadomość, że ta pani właśnie chwali się mną. Oczywiście brałam pod uwagę, że równie dobrze tą metodą chce mi pokazać własną partnerkę, jednak żadna z tych opcji tak naprawdę nie miała zbyt wielkiego znaczenia. Nie w pełni świadomie po prostu szukałam uwagi, starałam się by świat poświęcił mi choć odrobinę zrozumienia i okazał troskę. Niczym dziecko próbujące sprowokować rodziców do działania, na wiele sposobów w nieco pokręcony sposób podejmowałam nieudane próby wymuszenia na świecie zewnętrznym, by okazał mi przychylność i zrozumienie.

Ta pani rozczarowała mnie bardzo. Nie pomogła, wykazała się za to własnym brakiem kompetencji, bo nieumiejętnością poradzenia sobie z emocjonalnym rozedrganiem pacjentki. Nie słuchała zbyt uważnie, o czym pacjentka do niej mówi, za to skupiała się na wszelkich komplementach, jakie pacjentka kierowała pod jej adresem. Prowadząc terapię starała się jedynie uszczknąć coś dla samej siebie, usłyszeć kolejne dawki pełnych pikanterii dwuznaczności lub wyznań opartych na domniemanym afekcie, jakim pacjentka twierdziła, że ją darzy, zamiast okazania jej uwagi i empatii. W efekcie tzw. zaburzenia emocjonalne, czyli neuroza i rozedrganie uczuciowe jej pacjentki skumulowało się zamiast zelżeć.

Tego typu zachowanie ciężko w przypadku psychologa nazwać kompetentnym. Trzeba umieć radzić sobie z problemami, choćby nawet za cenę głośnego powiedzenia: – Przepraszam, ale nie zdołam pani pomóc. – Poza tym posiadanie tzw. jaj na czym innym polega, nie na udawaniu, że się nie słyszy i nie widzi, więc i milczy niczym trzy małpy na sławetnym rysunku, gdzie jedna zakrywa uszy, druga oczy, a trzecia usta.

Po prostu siada się i podejmuje dojrzały dialog. Spokojnie tłumaczy się własny punkt widzenia i w pełni dyplomatycznie przeprasza za własny brak wiedzy na dany temat, bądź zainteresowania określonym zjawiskiem lub osobą. Przekierowuje się pacjentkę pod adres innego specjalisty bądź specjalistki w danej dziedzinie sugerując przy tym, że polecana osoba posiada na dany temat dużo większą wiedzę. I nie robi się tego mailem, ani SMS-em, ale osobiście, choćby i przez telefon, ale w oparciu o bezpośredni kontakt słowny. Wszystko inne bowiem na poziomie podświadomym postrzegane jest przez pacjentów, jako okazany im przejaw realnej pogardy oraz niechęci”.

(…)

Zaledwie zajawka. Kilkadziesiąt zdań stanowiących swoistą definicję toksyczności wypełniającej po brzegi tzw. branżę, czyli świat lgbt. Ludzi nieustannie uciekających przed niechcianą prawdą, czujących się wyklętymi i negowanymi przez większą część społeczeństwa, w tym własnych krewnych. Opowieść o polskim chrześcijaństwie, o wielowiekowej niby to miłości bliźniego, która swoją toksycznością rozbija rodziny i piętnuje niewinnych. Bo na temat innych krajów, niepolskich społeczeństw, zbyt wiele powiedzieć nie mogę. Tylko o własnych sąsiadach jestem w stanie wspomnieć słowo lub dwa.

Tak naprawdę już urodziłam się wiedźmą. Sporo zdarzeń udawało mi się przewidzieć lub wyczuć i to od zarania, czyli kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką. Wróżyć z kart nauczyłam się bardzo szybko i w dość młodym wieku. A mimo to przez wiele lat nie wierzyłam we własne umiejętności. Nawet teraz zdarza mi się powątpiewać. Jedno wielkie: – Co z tego, że kolorowe obrazki i senne majaki wyraźnie zapowiadają określone zdarzenia? Jaki jest cel miotania się od wewnątrz i podejmowania prób spłoszenia nowych znajomości, kiedy i tak koniec końców do wcześniej zapowiedzianej mety przyjdzie dobiec? – nieustannie dokuczają te same znaki zapytania. Cała seria irytujących nierozwiązywalnych zagadek stanowi przejaw wspomnianej szewskiej pasji.

W pewnym sensie o tym właśnie moja autorska książka ma być. Opowieść o miłości, co dokładnie różni ją od zaledwie podziwu i mimowolnego przywiązania. Jak można postrzegać tzw. prekognicję. Kiedy ona się rodzi nawet jeśli nie jest wypatrywana. Na czym polega pieczęć, którą ze sobą przynosimy na ten świat, a którą wiedźmy potrafią w znacznym stopniu odczytać z kart lub naszej dłoni. Dlaczego przepowiednie działają. Również o nieuniknionym finale, kiedy ostatecznie gra dobiega końca, postać wydaje z siebie ostatnie tchnienie, by gracz mógł wydostać się z dotychczasowych ram określonego życiorysu, wylosować nową figurę i swobodnie rozpocząć kolejną przygodę. Także o śnieniu, czyli poruszaniu się ludzkiej świadomości pomiędzy wymiarami; o miejscu, gdzie podświadomość, świadomość i nadświadomość mogą się spotkać i podjąć wspólny dialog.

Również o powodzie mojego uciekania przed uczuciem. O kunszcie w powoływaniu do życia paraliterackich kłamstewek, tzw. licentia poetica, by móc za sprawą swoistych przypowieści wpływać na cudze decyzje lub zachęcać określonych czytelników i czytelniczki do zastanowienia, do analizy sensu ich własnych poczynań oraz intencji. Bo szereg z tekstów zamieszczanych na tym blogu miało stanowić coś w rodzaju listu otwartego, prawdziwie biblijnej epistolografii mającej na celu pobudzenie wyobraźni czasami dokładnie określonych osób.

Małe, niemal miniaturowe kłamstewka, drobne przeinaczenia. Robienie z igły widły. Kiedy prawie nieistotna sprzeczka o niedobór monet w tajemnych skrzyniach pełnych skarbów na stronach tego bloga przeistacza się w karczemną awanturę na swój sposób zakończoną zerwaniem rodzącej się przyjaźni, jej przeistoczeniem się w tzw. zimną wojnę. Kiedy to pieniądze stają się zaledwie parawanem przesłaniającym prawdziwy przekaz, czymś nie w pełni widocznym gołym okiem.

Nadąsana i rozkrzyczana bardzo młoda istota dostaje klapsa otrzeźwiającego, reprymendę, że czas by zaczęła wreszcie słuchać innych, rozmawiać z nimi, a nie tylko w ramach ucieczki przed własnymi emocjami czepiać się o szczegóły nie słuchając tym samym, o czym ludzie starają się jej powiedzieć. Zaniechała powarkiwania, a w zamian za to przyznała się sama przed sobą do dawnych błędów, do lęku przed ujawnieniem własnych ciągot, bo czas na zabawę już minął. Wspólnych balang więcej nie będzie.

A ktoś z pozoru miły i przychylny całemu światu otrzymuje reprymendę za własny gejowski egocentryzm, za banalne kilka zdań rzuconych w złości: „Dlaczego wam wszystkim się udaje i coś się u was dzieje? Dlaczego u mnie wciąż króluje nuda? Czemu moja sypialnia pozostaje pusta? Ja nie mam, to i wam wszystkim się nie należy. Obyście się zarazili ode mnie nijakością. W niczym więcej nikomu nie pomogę. A ty, wiedźmo jedna, sama sobie radź. Również ta druga heteryczka niech się trzyma męża i cieszy się, że w ogóle go ma. Nie ważne jaki ten facet jest. Zresztą dobrze, że okropny. Ja nie mam, to i jej się nic nie należy. Tobie też, wiedźmo jedna, oby się nie poszczęściło w niczym więcej. Tamtej nie należy się jakiś tam nowy on, tobie jakakolwiek wygrana na polu podbojów sercowych. Poza tym moja kasetka jest pusta, nie mam groszy, więc ci ich nie wydam”.

„Ja nie mam, więc i tobie życzę samotności”.  -Magiczne zdanie w wielu podręcznikach nazywane zawiścią. – „Boże, żeby mi się chciało, jak mi się nie chce. Życie jest nudne. Nawet w telewizji nie puszczają już niczego ciekawego”. – Czysta polskość. – „Oby sąsiad połamał nogi i przez to przestał zarabiać pieniądze. Niech wreszcie straci możliwość przechwalania się tym, czego się dorobił”. – Banalne zdanie rzucone w złości. Manifest własnej nieudaczności i obwiniania innych za osobiste lenistwo. – „Nie mam, nie umiem wypracować, jestem zbyt ospały, więc nie zdobędę. A skoro tak, to tylko cudze nieszczęście i pech może wyrównać moje miejsce w tym rankingu. Dzięki czyjejś przegranej bez wysiłku osiągnę wyżyny, bo on straci, a ja wciąż będę miał, co już zdobyłem, a wtedy znowu stanę się lepszy, bo bogatszy od niego”.

Wczoraj znajoma spytała mnie, dlaczego nie chcę iść na firmową imprezę. Nie panując nad irytacją niemal warknęłam, że nie czuję takiej potrzeby. Unikam promili. Po osiemnastej staram się już nie jeść, poza tym firmowe wiktuały mi nie smakują. Tańczyć nie potrafię, depczę innym po palcach i nie trzymam rytmu, więc niczym ognia unikam sytuacji zmuszających mnie do bujania biodrami. A komu miałam powróżyć, już przyszłość przepowiedziałam, więc… nie wybieram się na to party i tyle.

Po wyjściu z pracy nie dawał mi jednak spokoju wątek tańców przytulańców. Głównie temat predykcji zaczął podchodzić mi do gardła. Zupełnie jakby tajemny zegar przyspieszył własne tykanie. Tego dnia bowiem ktoś wyposażony w spostrzegawczość mógł zobaczyć mnie blednącą niczym prześcieradło, sięgającą po krzesło i wolno opadającą na nie, uciekającą wzrokiem, nieco spiętą i nie w pełni szczerze uśmiechniętą.

Powód był banalny.

Ból w splocie słonecznym. Odwykłam od tego uczucia. Pierwszy raz takie coś zaczęło mi dokuczać, kiedy chodząc na opisaną wcześniej terapię na kilkadziesiąt minut przed umówionym spotkaniem czułam silny, więc bolesny ucisk w klatce piersiowej. Wtedy jeszcze kompletnie nie rozumiałam, co to może być. Podejrzewałam, że dokucza mi arytmia wynikająca z silnego stresu lub nieco przesadnej ekscytacji. Banalna neuroza. Kiedy zaś podobne zjawisko zaczęło dokuczać mi na treningach lub podczas wizyt w galerii fotografii lub malarstwa, przyjęłam podobną definicję: – Boję się nowego i tyle, przeraża mnie przynależność do tej nie innej grupy społecznej. – Więc po wielu miesiącach głównie z powodu owej dolegliwości wykasowałam swoje konto z Facebooka i na długi czas zeszłam z oczu branżowemu środowisku.

Teraz po latach już wiem – i dużą część tej wiedzy zawdzięczam Asi Pyrek – że stacje nadawcze owej energii, jak miały tak nadal posiadają dwie ręce, dwie nogi i każda własną głowę, co więcej, urodziły się kobietami.

I oto nagle po długim czasie tzw. świętego spokoju stojąc przy stanowisku pracy poczułam to samo coś, ową energię uderzającą w ściśle określony punkt na wysokości serca, co autentycznie mnie przeraziło. Poczucie bezradności niemal podeszło mi do gardła. Ja już niczego nie jestem w stanie zmienić, ani nawet zakrzywić, bo kompletnie nie ode mnie zależy, co bliżej nieokreślona stacja nadawcza zrobi, powie, więc i zadecyduje. Żadna zabawa słowami już nie pomoże. Niczym nie zdołam od siebie kogokolwiek odstraszyć. Ani prośbą o zgodę na umieszczenie artystycznych przeróbek zdjęć tej osoby na Instagramie lub Facebooku, ani unikaniem odpowiadania na cudze maile, pozornie zapominając o terminach wielu rocznic, imieninach, urodzinach, awansach, jak również wymówkami, że planuję zmienić pracę, więc i tak lada dzień zniknę, co za tym idzie, skupianie na mnie swojej uwagi mija się z celem.

Co z tego, że rzeczywiście koniec końców zmienię pracę? Nowe znajomości i tak prędzej czy później dopadną. Schemat się powtórzy. Po co więc uciekać? I dokąd pędzić? Ku czemu gnać? Przecież wbrew pozorom Walkower może okazać się zwycięstwem, a nie przegraną, Po blisko półrocznej walce z samą sobą dopada człowieka świadomość, że poddając się własnej słabości, przyznając się do przegranej, do powolnego tracenia siły na walkę z cudzym skrajnie młodzieńczym rozkapryszeniem, więcej się zyska niż straci, bo wygraną może okazać się powstała niczym Feniks z popiołów radość życia.

Skoro parady równości stają się już czymś niemal banalnie oczywistym. Skoro w wielu krajach legalizacja związków partnerskich staje się standardem; jeśli skala zjawiska tzw. coming outu zaczyna łamać wszelkie wcześniejsze przewidywania, chyba warto byłoby podjąć próbę wybudowania nowych zasad, pogodzenia się z istnieniem równoległych światów 69 oraz 96, dwóch stron lustra, gdzie w układzie 69 kobiety i mężczyźni pozostają zwróceni ku sobie głowami, a w 96 funkcjonują jako odwróceni do siebie plecami, osobami, które scala jedynie kręgosłup zwany człowieczeństwem i niewiele poza tym, bo nie towarzyszy temu wzajemne zainteresowanie.

Szczury Calhouna nie kłamały. Chyba więc nadszedł już czas, aby ktoś powtórzył jego badania, przeprowadził ten sam eksperyment. I  nie tyle że zaledwie planuję o tym pisać, tylko od lat właśnie to robię.

Specyficzna moda dominuje w naszym obecnym świecie. Pierwszy raz na to zjawisko zwróciłam uwagę oglądając kolejne odcinki Herculesa Poirot. Zaczęto realizować ten serial bodaj w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku. Ostatni odcinek powstał za to w drugiej dziesięciolatce dwudziestego pierwszego wieku. Przez cały ten czas widać było zmiany, którym na realnym poziomie ulegał wygląd aktorów odgrywających główne role.

O podobnym zjawisku przeczytałam, kiedy Patricia Arquette zgodziła się przez szereg lat nie zmieniać prawie nic w swoim wyglądzie – w tym schudnąć – ze względu na przyjętą rolę w określonym filmie. Co roku przez kilka tygodni były filmowane zdarzenia dotyczące matki i jej syna. Po chłopaku było widać jak dorasta, a po pani Arquette jak się starzeje. Niesamowity pomysł.

Wiele chwil temu odkryłam, że stworzyłam coś bardzo podobnego. Napisałam pamiętnik. Scenariusz oparty na prawdziwych zdarzeniach. Realne odczucia. Bolesne refleksje. Opis zdarzeń mających miejsce niemal wieki temu. Stopniowo notka po notce budowa określonego świata, nie tylko wewnętrznego, ale również ilustracja przebiegu zdarzeń w realnym świecie, rozwijała się nabierając siły. Plastyczna opowieść o kobiecych rozterkach. Nowe znajomości, które się pojawiały, żeby po jakimś czasie zniknąć, wyparować z poranną mgłą. Prawdziwy wieloodcinkowy serial.

Początkowo tylko się bawiłam. Przelewałam własne emocje na karty wirtualnego papieru, by po wielu latach odkryć, że to nie żarty, że to coś dużo poważniejszego, niż pierwotnie mi się wydawało. Całe lata dzielące mnie od powołania do życia pierwszego zdania tej historii okazały się prawdziwym skarbem kolejnych odkryć. Oto uświadomiłam sobie, że nie muszę już szukać tematu na książkę, bo ja ją dawno temu napisałam. Pozostało do zrobienia już tylko zredagowanie istniejących zapisów. Podsumowanie własnych wniosków i urealnienie szeregu z poruszanych w tej opowieści tematów. Ot, początek i koniec w jednym.

____________________