Epistoła

Siedzieli na trawie. Oboje lubili właśnie to miejsce w parku, te nie inne drzewo. Ona – zmęczona życiem czterdziecha, stara Raszpla – i on – wiecznie tak samo przystojny, choć już nie młody, pan wielkolud. Człowiek czynu. Pan Jan we własnej osobie.

– Kryzys twórczy daje mi się we znaki – urocza Raszpla mruknęła zmęczonym tonem, kiedy jej najlepszy przyjaciel właśnie rozkładał się na trawie. Wyciągnął długie nogi i obracając się na bok, by móc patrzeć w stronę swojej ulubionej przyjaciółki, rzucił w jej stronę uśmiech. – Mam oczywiście całą masę starych zapisków. Redaguję je. Przygotowuję do puszczenia w obieg i to mimo niezmiennego braku pewności co do sensu własnych działań. 

– Marudzisz – Jan obojętnie skomentował jej słowa. Podobnie do niej miał na sobie dres, tyle tylko, że w dużo lepszej wersji, bo markowy, czyli z tzw. wyższej półki.

Raszpla w ciemno brązowej rozciągniętej bluzie i podobnie zużytych spodniach siedziała opierając się plecami o drzewo. Podciągnięte do piersi nogi obejmowała rękami. Nie uśmiechała się, choć nie sprawiała też wrażenia przygnębionej.

Pan Jan za to jawił się jako odrobinę znudzony. Zupełnie jakby w jego codzienności od dawna trwała nijaka monotonia, coś na wzór zblazowania podszytego brakiem chęci dalszej walki o splendor i większą wygodę. Również nieco zmierzwione i silnie szpakowate włosy miał już zdecydowanie zbyt długie, by móc je nazwać gustownie wymodelowanymi.

– Wyszukałaś przecież całą masę własnych tekstów, tych sprzed wielu lat i nieco młodszych, masz więc co robić. Po co analizujesz sens tego, czym się teraz zajmujesz? Przyjmij, że to praca nad warsztatem, nad dookreśleniem własnego stylu. – Jan nieznacznie poruszył ramionami, jakby chciał w ten sposób okazać obojętność wobec poruszanego tematu. – Historia się już napisała, ty tylko segregujesz kolejne wątki. Co w tym trudnego? Jak dokończysz, kiedy dopniesz wszystko na ostatni guzik, zamieścisz odnośniki, linki naprowadzające,i to zamknie sprawę. Czas na automarketing i jego konsekwencje w skali własnego życia osobistego przyjdzie później.

– Wiem – Raszpla zmarszczyła nos. Zerknęła w stronę przyjaciela. – Mam czas do września. Potem pewnie będzie już pozamiatane. Mimo to nie do końca jestem przekonana, czy twój pomysł rzeczywiście okaże się sensowny. Skutki mogą być różne. – Raszpla patrzyła swojemu przyjacielowi w oczy, a mimo to sprawiała wrażenie zanurzonej w innym świecie, jakby nie do końca wyraźnie Jana widziała. – Ludzie wierzą, że każdy z tych tekstów oparty jest na faktach, a tak nie jest. Poza tym motto przewodnie posiadające bardzo ściśle dookreślone dane personalne stanowi dość ryzykowny pomysł.

– Jak zawsze pół na pół – Jan odrobinę skinął głową, jakby chciał okazać obojętne powątpiewanie. – To zaledwie jeden wątek. Alegoria romansu, niespełnionej miłości. Lekka fantasmagoria stanowiąca punt wypadowy, a nie ostateczny wniosek. W oparciu o odniesienie do cudzych zachowań opisujesz, jakby zarysowujesz czysto społeczny aspekt określonego zjawiska. Wszelkie sugestie wiążące się z tzw. uczuciowością wplatasz do tej historii, aby ją ubarwić, a nie dokonać dziwacznie sercowego coming outu. – Jan wykrzywił usta w nieco sztucznym uśmiechu, sprawiając przy tym wrażenie, jakby chciał skarykaturować cudzy wyraz twarzy. – Bez określonego odniesienia nie byłabyś w stanie zbudować przejrzystego porównania. To przypowieść, a nie opowieść. Pamiętaj o tym.

– Pewnie masz rację. Grzebiąc w swoich starych zapiskach dokonałam dziwacznego odkrycia. Wyszukałam materiały pozwalające na wybudowanie powieści, której akcja mogłaby się oprzeć na epistolografii. – Raszpla uśmiechnęła się nieznacznie. – Nie zgadniesz jaką ilość starych listów, które wyszukałam na własnym dysku, udało mi się namierzyć. Zawierają cała masę opisów mojego śnienia. Procentowa zgodność moich dawnych przypuszczeń co do znaczenia owych obrazów z realnymi zdarzeniami, które kawałek czasu miały miejsce, mnie samą przeszyła autentycznym dreszczem.

– Domyślam się, że chcesz przy tej okazji wyjaśnić, na czym polega twój talent pozwalający ci przy użyciu snów na podsłuchiwanie i podglądanie cudzego dialogu wewnętrznego? – Jan uśmiechnął się już nieco mniej sztucznie. – I nie jedną osobę mam tu na myśli.

– Wiesz co… – Raszpla zawahała się. – Nie wiem na co zgodzą się moi ówcześni korespondenci, czyli odbiorcy i nadawcy wspomnianych listów, bo różne wątki w tej zabawie słowami były poruszane. Jednak widać w nich, w owych listach daje się wychwycić, jaka metamorfoza dokonywała się przez te wszystkie lata nie tylko w moim życiu. A to bardzo ważne, żeby spójność opisów trzymała się kupy. Bez tego czytelnicy nie wychwycą głównego motto wspomnianego dialogu.

Jan kiwnął głową. W milczeniu wyciągną rękę na trawie i położył na niej głowę. Wyglądał na w pełni zrelaksowanego i nie przywiązującego wagi do obecności mijających ich ludzi. Zupełnie jakby fakt, że oboje z Raszplą siedzą pod parkowym drzewem, więc po wąskiej alejce ciągnącej się niedaleko od nich co i raz przejeżdżają rowery lub suną spacerowicze nie miał żadnego znaczenia.

Raszpla podobnie do swojego przyjaciela sprawiała wrażenie całkowicie obojętnej wobec otaczającego ją świata. Jakby zawieszona pomiędzy niedookreślonymi wymiarami udawała sama przed sobą, że przechodnie w ogóle nie istnieją, więc tak ona ich, jak i oni jej, nie mogą widzieć. W wyświechtanym pomiętym dresie, zmęczona po dość długim joggingu, przypominała nieco spowolnioną w ruchach, ale i podenerwowaną dziewczynkę wciąż niepewną, czy mama ją nie skrzyczy za tak długie przebywanie poza domem.

– Jeszcze sporo liter czeka na obróbkę. – Raszpla nieznacznie zacisnęła usta, jakby chciała w ten sposób zasygnalizować nawał pracy, z którym przyjdzie się jej uporać. – Tego jest naprawdę cała masa. Aż mi kiszki skręca na myśl o konieczności grzebania w sprawach minionych i na swój sposób trudnych. Nie wszystkie ze wspomnień należą do przyjemnych. Sporo rozczarowań zawiśnie na wirtualnym słupie ogłoszeń, kiedy wszystkie z tych tekstów trafią tam, gdzie być powinny.

– Od wieków zajmujesz się tym samym. Wykichasz to z siebie jedną dziurką od nosa. – Jan leniwie westchnął. – Tylko udajesz, że to trudne. A tak naprawdę nie tyle trudne, co po prostu nudne i monotonne. Jedna wielka i bardzo jałowa grzebanina w tzw. odgrzewanych kotletach. A przynajmniej przez ciebie te sprawy postrzegane są jako od dawien dawna nieaktualne. – Przewracając się na wznak Jan spojrzał w niebo. – Nowi ludzie, nowy afekt, inne niż dawniej sploty wydarzeń stanowi twoją teraźniejszość. Na starym chcesz oprzeć nowe. Rozumiem to, ale na ciężką cholerę nieco sztucznie tworzysz wokół tego atmosferę przerysowanej patetyczności?

– Sama nie wiem. – Raszpla westchnęła z rezygnacją. Podobnie do Jana uniosła głowę, by spojrzeć w niebo. – To chyba odruch, stare dobre przyzwyczajenie. Napawam się własnym talentem, a przynajmniej tym, że nowo poznawane osoby właśnie tak nazywają moją zabawę w tworzenie gry słów. – Wzruszyła ramionami. – Pewnie, jak wszystko inne, szybko znudzi mi się ta zabawa. Odhaczę, co odhaczone być musi, powołam do życia wspomniany przez ciebie fundament późniejszej gry słów i ruszę dalej. Obecna praca to zaledwie podstawa swoistego automarketingu. Nic ponadto. A przynajmniej póki co nie planuję tego wydać drukiem. Tylko internet mi w głowie.

– A co z potencjalnymi zmianami na poziomie formalnym? – Jan obrócił nieznacznie głowę, by móc spojrzeć na Raszplę. – Co z nową pracą? Wiesz już czym dokładnie chcesz się zawodowo zająć? Na czym zacząć już na serio zarabiać?

Raszpla również oderwała wzrok od chmur i nieco opuszczając głowę spojrzała w stronę przyjaciela. – I tak i nie, czyli połowicznie. Mój astrologiczny Księżyc w Bliźniaku swoje robi. Uwielbiam dwa w jednym. Począwszy od „żeby życie miało smaczek”, skończywszy na „ambaras dwie naraz”.

– Czyli chcesz jednak powołać do życia nieco silniejszą ironię? – Jan uśmiechnął się.

– Już ci powiedziałam. Pół na pół. Marchewka i kij. Drobna dawka peanów przemieszana z chłostą opartą na opisie bezmyślności głównych bohaterów. Przeuczuciowienie bohaterek zanurzone w okrucieństwie ciągłej odmowy serwowanej facetom. – Raszpla oderwała wzrok od twarzy swojego przyjaciela, by móc znów spojrzeć na chmury. – Zabawa w felietony coraz bardziej mnie kręci. Tylko tematów brakuje, więc czuję potrzebę ruszenia w odległy świat, mam na myśli nowe znajomości.

– Co dało się ostatnio bardzo silnie zauważyć. – Jan westchnął scenicznie, jakby chcąc okazać w ten sposób własną dezaprobatę dla poczynań przyjaciółki. – Marudzisz, że afekt coraz silniej ciągnie cię w określonym kierunku, a jednocześnie wypatrujesz nowych znajomości… niezdecydowana kobieta z ciebie.

– A z ciebie czepliwy stary kawaler… – Raszpla obojętnie wzruszyła ramionami. – Żeby życie miało smaczek… – wykrzywiła usta – i niech tak pozostanie.

– Jesteś oszustką, wiesz o tym? – Jan uniósł głowę, jakby w ten sposób chciał spojrzeć przyjaciółce prosto w oczy, żeby podkreślić wagę własnej sugestii. – Potem temu czy innemu robi się przykro…

Raszpla wzruszyła ramionami. – Kto mieczem walczy, od miecza ginie. Bawią się w gry słowne, dostają w rewanżu określony feedback. – Również opuściła głowę, by móc spojrzeć przyjacielowi w oczy. – To tylko gry słów i mało znaczące, bo upoetycznione sugestie. Znudzone czterdziechy obu płci szukają bodźców, by choć przez chwilę móc przerwać monotonię własnej boleśnie dookreślonej codzienności. Z młodymi jest inaczej, więc również mnie do nich ciągnie, jednocześnie wśród rówieśników czuję się nieco swobodniej. Takie same punkty odniesienia ułatwiają dialog, mimo iż nie inspirują. Ot, w tych samych czasach dorastaliśmy… – uśmiechnęła się.

– Też fakt – Jan westchnął. – Czas nie stoi w miejscu.

– Głównie z tego powodu wielu facetów na stare lata szuka młodych kochanek. Nie do końca tylko o seks chodzi. Również o zwiększoną dawkę chęci życia. Młodzieńcza ciekawość świata przyciąga staruszków do niemal licealistek. One jeszcze nie są rozczarowane życiem. Czego nie da się powiedzieć o ryczących czterdziechach. – Raszpla uśmiechnęła się nieco szerzej. – Banał. Nie sądzisz?

– A no banał. – Jan nieznacznie skinął głową. – Biorąc pod uwagę, że lata temu zrezygnowałaś z przywdziewania żakietów, że nosisz spodnie…

– Złośliwiec z ciebie. – Raszpla roześmiała się. – Naprawdę inteligentny, ale jednak parszywie czepliwy staruch.

– Na tym mój urok polega. – Jan westchnął nieco obojętnie.

– Wiem, panie Janie. Wiem. I za to cię kocham. – Raszpla skinęła głową.

– Wzajemnie. Idziemy już? – Jan dźwignął się z pozycji leżącej. Siedząc zaczął otrzepywać ubranie ze ździebeł trawy.

– Tak. Mam sporo pracy do odfajkowania. – Raszpla skinęła głową podnosząc się na równe nogi. – Czas goni nas – szepnęła.

– No to ruszajmy – Jan również wstał z trawy. – Też mam co nieco do zrobienia.

Odeszli od drzewa by stanąć na trotuarze. Bez pośpiechu ruszyli w stronę wyjścia z parku. przy tym pozostając obojętnymi na otaczający ich świat zewnętrzny.

____________________