Sentymentalny liryk

Wiatr szarpie gałęziami drzew. Wszystko wokół szumi. Słońce świeci. Jego blask poprawia nastrój. A mimo to chłód wciąż dokucza. Forsycje dodają światu piękna, sycą wzrok feerią cudownie ciepłych żółcieni. Jednak w sercu coraz silniej daje się we znaki dziwaczna tęsknota. Czas rocznic nieustannie dokucza. Wspomnienia dźgają ostrymi szpilkami prosto w serce. 

Inni widzą jedynie grymas smutku malujący się na cudzej twarzy. Nie potrafią wychwycić sensu tego obrazu. Dlaczego wyraz frustracji malujący się na czyjejś twarzy nie znika przez tak wiele godzin? Nie każdemu przychodzi do głowy, że to zaledwie sentyment dokucza rozsierdzonej istocie, skubie ją z każdej strony, kąsa od środka. Wspomnienie wyrazu cudzej twarzy, uśmiechu, wgłębień w policzkach wypływa z czeluści zapomnienia przywołując niechciane obrazy minionych zdarzeń.

To było wiele lat temu. Nie wróci. A nawet… Nigdy nie miało się zdarzyć. Mimo to dokonało się. Wgryzło się w pamięć. Zawładnęło każdym wątkiem i niuansem. Stało się jawą choć pisany był temu zaledwie sen. Nie da się już wyczyścić wewnętrznego dysku. Imię i nazwisko, kolejne pseudonimy, tembr głosu i gesty, wszystko to stało się częścią codzienności, czymś dobrze znanym i bliskim. Wgryzło się, wżarło, na dobre zapuściło korzenie w sercu. Nie dało się wyplenić.

Otworzyć dawno nie otwierany dziennik, zerknąć przez dziurkę od klucza, przyjrzeć się cudzej codzienności. Zintegrować z cudzym sentymentem. Mimowolnie mruknąć pod nosem: – Tak, wiem. Mogłam choćby i stracić przytomność, ale nie wychodzić, nie uciekać. Trwać na posterunku. Dać się zaprosić lub chociaż zagadnąć. Nie zrobiłam tego. I nigdy już nie zrobię, bo tych samych progów nigdy więcej nie przekroczę. – Po chwili z wciąż silnym smutkiem i nieco sztucznym poirytowaniem wrócić do wcześniejszych zajęć.

Przeszłość przyschła. Odpuściła. Przestała słać energię całe wieki temu. Jej miejsce zajęła Teraźniejszość. Nowa rzeczywistość. Nowe uczucie. Nowa codzienność. Nowe wiekopomne dzieło. A mimo to Przeszłość niczym wampir nocą ciemną podnosi się z trumny i w rytmicznych odstępach czasu dokucza. Szepcze scenicznie. Wiecznie to samo sugeruje: – Żebyś nie myślała, że na dobre się ulotniłam. Tak łatwo ze mną mieć nie będziesz. Skoro wiecznie powtarzasz, jak wiele mi zawdzięczasz, winnaś okazać większą wdzięczność. Domagam się… żądam… oczekuję.

Szept jedynie przez chwilę cichnie, by ze zdwojoną siłą ponownie o sobie przypomnieć: – Wspominać. Wzdychać. Oddawać hołd własnym dniom minionym. Wiele winnaś, ale ja, twoja Przeszłość, domagam się tylko jednego, abyś zawsze tak samo silnie czuła mój puls, szybkie bicie mojego serca. Bo ja wciąż żyję. Nie zapominaj o tym. Uszanuj moje trwanie na straży cudzego bezpieczeństwa. Bo ja o tobie nigdy już nie zapomnę. Nie jesteś już moja, ale… – zdanie urywa się w pół słowa głos milknie, topi się w powodzi cudzej melodii, tej teraźniejszej.

Po kilku godzinach szpaler skojarzeń odpuszcza. Dziwaczne wgłębienia w policzkach – jakby nie swoje, a mimo to dobrze znane – słabną by na dobre zniknąć. Piętno przeszłości odpuszcza. Stacja nadawcza wraca do teraźniejszych zajęć. Odkłada na bok romantyczne wspomnienia, więc i energia przestaje płynąć, mroczny wampirzy cień blaknie, Stacja Nadawcza na nowo zapada w sen, zapomina o Stacji Odbiorczej.

Na swoje miejsce powraca zaniepokojenie malujące się na twarzy Teraźniejszości, krzepi na duchu, poprawia samopoczucie. Znajoma myśl wysuwa się na plan pierwszy. Odruchowo wyszeptane słowa zawisają ponad głowami obojętnych przechodniów: – Tak, już tylko twojam ci ja niczym amen w pacierzu.