Robota wre

Przeglądam stare notatki. Czas się wziąć do pracy, taka myśl bierze górę nad wszystkim innym. Rollmasaż musi poczekać, maszerowanie po mieście również. Zaszyta w kącie, opatulona kocykiem sięgam po laptopa i go odpalam. Wspomnienia coraz silniej nie dają mi spokoju, więc postanawiam je już na dobre przelać na papier. Ten wirtualny skrawek papirusu, który być może, zgodnie ze starymi przepowiedniami, stanie się dla wielu silną inspiracją, swoistą wskazówką, zachętą do nieco głośniejszego wypowiadania własnych oczekiwać i pragnień.   

Wspomnienia, czym tak naprawdę są i z jakich puzzli się składają? U mnie od zawsze fantazja miesza się z rzeczywistością, czyli faktami dokonanymi lub właśnie się dokonującymi. Kiedy opowiadam o czymś lub o kimś, gdy na swój własny sposób zdaję relację z wydarzeń minionych, lubię plątać ze sobą własne widzi mi się z informacjami realnie dostępnymi dla innych. Stąd moja chęć i odruch przeinaczania nazw, cudzego wyglądu lub cech charakteru głównych bohaterek tych historii, które powołuję do życia.

Niczym panowie z „Blues Brothers” mam misję od Boga. Uwielbiam cytować motto przewodnie z tego filmu. To coś w czym się odnajduję najlepiej – owo zbawianie świata. Dlatego nieustannie przesiaduję przed ekranem własnego laptopa i sklecam kolejne zdania faszerując je dziesiątkami nie zawsze subtelnych sugestii. Misja to misja, trzeba się trzymać obranego kierunku, by nie zostać pomówioną o tchórzostwo.

Bohaterowie „Tańcząc na linie” co i raz zyskują nowe imiona. Nie ma już Gabi, jej miejsce przejmuje właśnie Doronia. Zero Bartolomeo herbu Zielona Pietruszka. Ani jednej Ani – imię objęte ścisłym embargiem. Ci, którzy odmówili chęci wzięcia udziału w tym projekcie, także wyparowują na dobre. Główna bohaterka również nie jest już Katarzyną eS, coraz mniej kawałków mnie w sobie nosi.

Ma to swoje plusy i minusy. Szereg moich pomysłów powołanych do życia już w drugiej połowie tej dziesięciolatki tam będzie musiało trafić – do „Tańcząc na linie”. Jednym słowem Policjantek już nie będzie. Trochę szkoda, ale cóż, nie mam wyjścia, dlatego obsada aktorska dostała do rąk zupełnie nowy scenariusz.

Tylko jedna policyjna perełka ostała się na polu bitwy zwanej prozą literacką. Moja ulubiona scena. Ta najulubieńsza z ulubionych. Przesączona klimatem zapożyczonym z filmu „Constantine” z Keanu Reevesem w roli głównej. Odrobina grozy i jakby gotyckiej mroczności wraz z idealnie dobraną obsadą aktorską. Ktoś kto już mnie co nieco lepiej zna natychmiast uśmiechnie się słysząc to. – Ech, ta obsada aktorska – doda nie do końca złośliwie. Moja odpowiedź, czy nawet mimowolna reakcja, stanie się zaledwie potwierdzeniem. – Tak. Wiem. Przewidywalna ze mnie osoba. Ale Anioły to w moim życiu naprawdę ważne istoty. Czyż nie?

Gabi od zawsze się z tego śmieje. – Ty to tylko wysokie… na wysokie osoby zwracasz uwagę. Znaczy wyższe od ciebie. – Tak kwituje wszystkie z moich opowieści. – Żeby chociaż o pół głowy, ale… – Gabi lubi mi dokuczać, mścić się za moje ironiczne wstawki, którymi zwykle jej dokuczam – …przewidywalna jesteś. Ty i ten twój brunet wieczorową porą, co to nawet jakimś tam nim nie jest.

Dlatego w moich opowiastkach często pojawia się ten sam schemat. To silniejsze ode mnie. Ale co tam, grunt to umieć godzić się z samą sobą, w tym wypadku z własnym poczuciem piękna – żeby nie powiedzieć gustem. Bez schematów ludzie zatraciliby poczucie równowagi wewnętrznej i zewnętrznej. Przewidywalność to mimo wszystko podstawa. Gdyby nie to wyjątki potwierdzające regułę nie mogłyby mieć miejsca.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner