Dżamprezowanie

Przypadek. Niespodziewane lub nieprzewidziane zdarzenie, czy nawet splot wypadków. W odpowiedzi na jakieś tam zapotrzebowanie – swoje własne, a nie cudze – sięga się po telefon, włącza dyktafon, czyta tekst, przygotowuje do obróbki, i wtedy, i nagle, i absolutnie bez ostrzeżenia, i… słyszy się swój własnych głos. Już w pierwszej sekundzie dreszcz spływa po plecach. – To aby na pewno jestem ja? – niczym halogen rozbłyskuje w głowie niechciane pytanie. – Zmienił mi się głos? – kolejny znak zapytanie dopada. – Aż tak bardzo…    

Ale po zaledwie kilku uderzeniach serca chaos myśli słabnie. – I czemu tu się dziwić? – westchnienie staje się podsumowaniem. – Po przeszło trzech latach ciężkiej pracy upodobniłam się. Kiedy się ma naprawdę świetną nauczycielkę, człowiek przejmuje cechy tej osoby. Nie tylko po mnie to widać, po innych uczennicach również. One to nawet czasami ubierają się i czeszą podobnie do swojej wzorcodawczyni. Mnie ten grzech – czyli zmiana stylu wyglądu – już nie grozi, ale ja ogólnie jestem dziwna i odmienna we własnej odmienności.

Kiedy wraca się z całonocnej firmowej imprezy, niewiele myśli się o ważnych sprawach, jedynie ciepła kąpiel i miękka pościel człowiekowi w głowie. Szczególnie jeśli tak naprawdę było się w pracy, a nie na zabawie, choć niewiele osób to wychwyciło. To co w pojęciu jednych stanowi zabawę, dla innych bywa pracą i to niekoniecznie łatwą oraz przyjemną.

Wiedźmą się urodziłam. Ot, po pradziadku moja mama odziedziczyła owo magiczne „spojrzenie”, a ja po niej. Wiedźmińskie talenty również. Chyba z tego właśnie powodu odwieczne – jeśli nie zaczniesz się gorliwie modlić, spłoniesz na stosie – stało się moim motto życiowym. Koleżanka w liceum – po dziś dzień żarliwa katoliczka – z dużą ekspresją dała mi swego czasu upomnienie dotyczące charakteryzacji, jaką dla własnego dobra winnam przyjąć najlepiej na resztę życia. Stąd w moim zachowaniu tak silne podkreślanie – zwielokrotnianie – wyrazu ekspresji własnej kobiecości.

Na wstępie swego wyczekiwanego odpoczywania – czyli odpracowywania bardzo ważnych rozmów z ważnymi dla mnie osobami – refleksje dotyczące firmowej bibki odłożyłam na później; jednak kolega dość szybko przywołał mnie do porządku. Słysząc jak zostałam odebrana przez wiele osób zaniemówiłam na długo.

Ciesząc się myślą o własnym dwutygodniowym urlopie postanowiłam jednak analizę tego zdarzenia odłożyć na później. Na bliżej nieokreślone kiedyś. Czyli po prostu uciekłam od myśli niechcianych, tych dotyczących moich własnych – dość świeżych – postanowień opartych na zdrowej ambicji.

Dziś na Facebooku na stronie Fundacji Shalom dane mi było przeczytać o Bruno Schulzu. Przez ułamek chwili poczułam jedność z tym twórcą. Moje swego rodzaju rozdwojenie jaźni od zawsze trącało czymś podobnym. Już jako dzieciak powoływałam do życia wielobarwne fantasmagorie. Niebo do mnie mówiło. Krzewy szeptały. Deszcz przynosił zapowiedź nowego. Nawet gwiazdy śpiewały, a ptaki trzepotem własnych skrzydeł przepowiadały nadchodzące zmiany. Cały świat nieustannie o czymś mi opowiadał, czy nawet zapowiadał moją wewnętrzną rewolucję.

Bruno Schulz nigdy nie skończył studiów. Powoływał do życia swój własny artyzm, swoistą sztukę ni to ludową ni uniwersytecką, nie wspierając się na przekazie najmądrzejszych z mądrych artystów. Po prostu po swojemu splatał androny, a ludzie to czytali, cieszyli się jego słowami oraz inną formą ekspresji. Bruno po prostu żył, trwał, sunął pozostawiając po sobie ślady, za co ludzie po dziś dzień bywają mu wdzięczni.

Czuję się podobnie. Nigdzie nie przynależę, w niczym nie zatapiam się bez reszty. Wiedźma z urodzenia unikająca parania się własnym fachem. Nie do końca artystka jedynie mijająca czasami mury ASP lub Uniwersytetu Warszawskiego – polonistyki i dziennikarstwa. Żydówka z pochodzenia, ale jeszcze za czasów pradziada przechrzta, więc w czasie wojny nikt z rodziny nie nosił na ramieniu gwiazdy Dawida. Córka pułkownika, który nigdy nie prowadził musztry, całe życie spędził w laboratorium lub na poligonie prowadząc badania, wykładowcy z Wojskowej Akademii nie nękającego innych nakazami i zakazami.

Ot, kobieta odmieniec ze mnie i to na bardzo wielu poziomach, w tym również czasami łamiąca twarde prawo tzw. dobrych obyczajów. Komuś takiemu z autentycznie dużym trudem przychodzi odnajdywanie swoich własnych ściśle przylegających do skóry wzorców, czy też twardego gruntu, na którym można byłoby oprzeć swój prywatny wewnętrzny świat zwany samoakceptacją.

Na szczęście dzięki wielu osobom udało mi się dookreślić samą siebie. Pewnie z tego właśnie powodu bawiąc się na firmowej dżamprezie, z pozoru przypominającej wypasione weselisko, poczułam moc własnej integracji z otoczeniem, z jego wielobarwną różnorodnością i swoistą egzotyką.

Bo moja własna prawda nie tylko wewnętrzna ma się tak oto:

Tolerancja – głównie z tym w swojej obecnej pracy na co dzień się stykam oko w oko. Szeptane ploteczki niekoniecznie przybierają skrajnie zjadliwą formę. A przynajmniej, jak to się mawia, w moim dziale póki co rzadko coś takiego ma miejsce. Zdrowa selekcja grupowa. Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. Twoja koleżanka nie ma męża i mieć go nie planuje? A co cię to obchodzi, przecież ty się za nią nie uganiasz, więc nie strzęp języka po próżnicy. O cudzych zamążpójściach lub staropanieństwie ludziom się paplać nie chce, mają ważniejsze sprawy na głowie i tyle.

Pierwsza rocznica naszej zabawy we wspólną pracę wydała mi się więc naprawdę ciekawa. Szkoda tylko, że przez kilka godzin nie zdążyłam niczego poza sałatą tam zjeść, wypić czterech filiżanek czarnej kawy, półtorej szklanki Coca Coli z cukrem i sześciu kieliszków mszalnego sikacza. Ale jak już wspomniałam, nie byłam tam, żeby się bawić, ale pracować. Głównie z tego powodu na koniec zasnęłam więc niczym dziecko jeszcze przed opuszczeniem sali balowej. Zmęczenie wzięło nade mną górę.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner