Gwiazda rocka

Jakiś czas temu byłam w teatrze. Jak to się mawia – coś mnie naszło – czyli mądry człowiek zachęcił, żeby wybrać się na premierę sztuki opartej na książce napisanej przez jego faceta. Lubię Tomka Raczka, więc kupiłam wspomniane bilety. Dwie żony mężów na tę sztukę wybrały się wraz ze mną. Prawdziwa kolacja mistrzów w spódnicach, czy jakoś tak…   

Jedna z koleżanek jako pierwsza dotarła na miejsce. W holu pełna ekscytacji czekała na mnie. Wpadłam – jak to ja – z rozwianą grzywą i niemal z obłędem w oczach. Emocje opadły dopiero po jakimś czasie. Nasze płaszcze zawisły w szatni. Zaczęłyśmy snuć się po teatralnym holu. Rozglądać się – a przynajmniej ja to robiłam, bo moja koleżanka nieprzerwanie opowiadała o własnych dzieciach – czekając przy tym na jeszcze jedną amatorkę tego typu imprez przysiadłyśmy gdzieś na uboczu.

Spektakl miał dotyczyć książki Marcina Szczygielskiego znanej pod tytułem „Bierki”. Nie zastanawiałam się nad treścią tego przedstawienia, ani jego kontekstem. Dość bezmyślnie do sprawy podeszłam. Po prostu spodziewałam się publiczności głównie płci męskiej i tyle. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy do foyer zaczęły się schodzić głównie panie. W pierwszym odruchu nie zwróciłam na to uwagi wracając do plotkowania.

Po blisko kilkunastu minutach nasze spotkanie zaczęło zmieniać swój rytm. W ślad za swoją przyjaciółką ruszyłam do kafeterii, by móc później usiąść przy kawiarnianym stoliku i dalej słuchać jej zwierzeń. Zanim się to jednak stało z filiżankami w dłoniach musiałyśmy przebyć kilkanaście kroków. Jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle zdałam sobie sprawę z tego, że moja osoba zaczyna budzić coraz silniejsze zainteresowanie wśród siedzących tam pań.

Być rozkładaną na części pierwsze, na swój sposób rozbieraną wzrokiem – dziwne uczucie zwykle czemuś takiemu towarzyszy – mnie samej dawniej rzadko coś podobnego się przytrafiało. Umiejętnie konstruowany kamuflaż dość sprawnie mi w tym pomagał. Tamtego dnia stykając się z czymś podobnym poczułam się więcej nawet niż dziwnie. Na tzw. dyskotece owo „zjawisko” rzadko kiedy zaskakuje, jednak w teatralnym holu nie należy do częstych. I wbrew pozorom nie mam na myśli tzw. lubieżnego macania spojrzeniem, ale raczej bycie poddawaną cudzej analizie.

Kumpela paplała. Chwilę później dołączyła do nas kolejna kumpela. Mniej paplała, ale również miała co nieco do powiedzenia na temat własnego pożycia małżeńskiego. Półtora metra dalej przy sąsiednim stoliku siedziała para pań, do których z każdą chwilą dołączały kolejne pary pań. Niektóre z nich nosiły modnego prawie irokeza, inne chowały się pod osłoną znanej mi dobrze nijakości. Były i takie, które w pierwszym odruchu można byłoby pomylić z facetami.

Moje rozmówczynie siedziały bokiem do sąsiadek, ja za to en face, czyli twarzą do. Z każdą chwilą coraz szerzej zaczynałam się uśmiechać. Panie przy sąsiednim stoliku nie tylko przewiercały nas wzrokiem, ale również ostentacyjnie niemal przysłuchiwały się naszej rozmowie.

Budzić cudze zainteresowanie to jednak ciekawe doświadczenie. Dokładnie to zjawisko lubię nazywać pełnieniem roli gwiazdy rocka. W pierwszej chwili człowiek się zastanawia, czy nie jest brudny na twarzy, potem, czy z jego uczesaniem jest wszystko w porządku, a ubranie leży prawidłowo. Chwilę później zaczyna się taki ktoś już na serio zastanawiać, czy istnieją jacyś wspólni znajomi łączący go z obserwatorkami, czy ciekawskie sąsiadki nie widziały czasem gdzieś zdjęć lub innych anonsów prasowych dotyczących rockmeńskiej kariery scenicznej obserwowanej przez nie osoby. Ostatecznie wewnętrzny konsensus dokonuje się samoistnie. Słowo hasło spod znaku „bratnie dusze” zamyka sprawę.

Tamtego wieczora spektakl „Bierki” obu moim koleżankom przypadł do gustu. Po opuszczeniu teatru jedna z pań w pojedynkę ruszyła do domu, druga zadeklarowała, że podrzuci mnie samochodem pod samą klatkę schodową budynku, w którym mieszkam. Jak powiedziała, tak zrobiła. Całą drogę mogłyśmy więc dalej rozmawiać. Na moje pytanie, czy w ogóle zwróciła uwagę na nasze kawiarniane sąsiadki, przytaknęła. – Też poczułam się gwiazdą rocka. Zupełnie jakbym była sprawdzana – podsumowała – choć nie rozumiem dlaczego. – Dla mnie zaś to pytanie wydało się zaledwie retorycznym.

Stylistyka. Chyba tak się nazywa swego rodzaju typ aktorstwa przyjęty przez osobę parającą się tym zawodem. Istnieją komicy. Również aktorzy charakterystyczni. Nie wszyscy potrafią wcielać się w skrajnie różne postacie, więc poprzestają tylko na jednej stylistyce. Podobnie bywa w życiu. Na tzw. salonach towarzyskich lub po prostu ulicy można się zetknąć z dużą różnorodnością. Są smutasy lub wesołkowie, nie brakuje romantyczek, seksbomb spod znaku Marilyn Monroe lub gospodyń domowych, czy nawet histeryczek. Dla każdego coś jemu bliskiego.

Tak na scenie jak i w życiu codziennym można serwować publiczności najprzeróżniejsze wersje samego/samej siebie. Wybór należy i zależy tylko od nas. Jedni owego wyboru dokonują odruchowo, inni – jak np. ja – całkowicie świadomie. Po latach sztuczna maska przywiera do twarzy danej osoby tak silnie, że zdjęcie jej niemal przestaje być możliwe. Przyzwyczajenie przejmuje kontrolę nad codziennością. Im lepszy aktor lub aktorka tym więcej życiowych Oscarów zbiera.

Moja szafa od wieków niemal pękała w szwach od wspomnianych nagród. Po latach jednak coraz silniej zaczęło mi to utrudniać życie. Wygoda potrafi przeistoczyć się w pewnego rodzaju koszmar. Z czasem nawet alkohol nie jest w stanie takiemu czemuś zaradzić. Staje się więc na tzw. rozstań moście, bo jedno wielkie albo albo zmusza do trudnej decyzji: – „Przekroczyć czy nie przekraczać Rubikonu? Oto jest pytanie”.

Jak zmienić brzmienie głosu, przywrócić mu naturalną barwę? Z czym może się łączyć rezygnacja z aktorstwa i jak to osiągnąć? To nie takie łatwe zadanie. Podnoszenie tembru głosu wymaga dużo mniejszego wysiłku od obniżenia intonacji, chyba, że po prostu przywraca się własnemu głosowi jego naturalną intonację.

Zaciśnięta krtań bywa kojarzona z pewnego rodzaju blokadą, lękiem. Wiele osób w zdenerwowaniu zaczyna piszczeć. Nerwy robią swoje. Dlatego zniuniowacenie nie tylko dla kobiet zdaje się dużo łatwiejszym do osiągnięcia wyzwaniem niż symulacja istnego basowego wokalu. Inaczej jednak rzecz się ma w kontekście toporności ruchów. Tu zadanie przestaje być już takie łatwe. Przeistoczenie własnej ociężałości w skrajnie kobiecą lekkość okazuje się dla wielu niemożliwością wręcz graniczącą z cudem. Tyle tylko że nie każdej pani akurat ten problem dotyczy, choć jak najbardziej nawet kobietom się owa toporność ruchów przytrafia. Mi owo „coś” nie dotknęło chyba nigdy, więc temu problemowi nie przyszło mi stawić czoła.

Słuchając nagrania własnego głosu uśmiechnęłam się. Zupełnie jakbym znowu siedziała w teatralnym foyer i widziała ciekawskie spojrzenia pań zgromadzonych przy sąsiednim stoliku. – Upodobniłam się do własnego wzorca – właśnie ta myśl zaskoczyła mnie najsilniej. – Przez lata dostosowałam się do cudzego kanonu. Tak długo ćwiczyłam bawiąc się w swoje własne wychlapywanie wody z misy, że ostatecznie osiągnęłam pewnego rodzaju mistrzostwo w manifestowaniu osobistego poczucia nie tylko wartości, ale również nie przejawiania syndromu uniżoności. Chyba całkowicie uleczyłam się z odruchowego, więc nieplanowanego wcześniej trzepotu rzęs.

Na pewnym polu na swój własny sposób stałam się podobna do osobistej pani profesor. Sporo lat temu moja nauczycielka wypowiedziała bowiem bardzo istotną kwestię:

„Nigdy nie mów nie. To jest pierwszy zły komunikat. Bo sobie kodujesz w głowie, odcinasz. A skąd wiesz, że nie? I zawsze mówię taką rzecz, że zobacz – znów mówię o wodzie – jedna kropla nic nie zrobi, ale wiele kropel drąży skałę. Tak samo jeden krok może nic nie znaczyć, ale kilka kroków może również państwa doprowadzić do mistrzostwa”.*

Nie wiem jak inni widzowie i słuchacze tego wystąpienia, ale ja wzięłam sobie do serca ową dobrą radę. Po blisko czterech latach mogę powiedzieć, że warto było. Samoakceptacja to bardzo ważny element codzienności każdego z nas. Tylko tą drogą można odnieść sukces. Wielu takie coś lubi nazywać zacięciem lub uporem. Jednocześnie uporczywe trwanie w ciągle tym samym punkcie lub kurczowe trzymanie się starych przyzwyczajeń do niczego nie prowadzi. Lenistwo potrafi zabić naszą chęć do życia. Stara dobra prawda głosi – kto stoi w miejscu, ten się cofa. Warto o tym pamiętać i niczym woda konsekwentnie pracować nad własną wewnętrzną skałą, czyli niechcianymi przyzwyczajeniami, nieustannie drążąc ją za sprawą własnego uporu.

____________________

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner