Książka

Porządkowanie starych zapisków niczym segregowanie starych szpargałów. Dotarcie do punktu, w którym ręce mimo woli zaczynają drżeć, głos więźnie w krtani, a łzy bez ostrzeżenia napływają do oczu. Serce wali jak oszalałe. Nie zdjęcia stanowią przyczynę, bo tym razem ani jedno nie pozostało niby przez przypadek upchane pomiędzy katalogami pełnymi śmieci. Nie filmy takie lub inne na YouTube’ie. Nawet nie własne monologi pełne liter. Emocje stają się przyczyną. Nowe sprawy tak spójnie korespondujące z przeszłością, że aż niemożliwe do oddzielenia od dawnego rozwoju wypadków.    

Niemal banalne deja vu. Najpierw śnienie na jawie, a potem po prostu słowa płynące z cudzych ust stanowiące cytat innych cudzych wypowiedzi; nawet nie parafraza, ale cytat. I na tym tle eksplodujące olśnienie, pełne zrozumienie i akceptacja dla własnych uczuć oraz odczuć, więc i skojarzeń. Spektakularny i ostateczny koniec takiego bądź innego szoku pourazowego. Stres na dobre rozpuszczony i strawiony. Brak żalu do kogokolwiek o cokolwiek. Widać tak miało być. Mama samowolnie odeszła z tego padołu, bo miała do tego prawo. Kasia, Cioci Mamy córka, nie dożyła sędziwego wieku, bo przyszła na ten świat z takim właśnie kodem Matrix wytłoczonym na własnej dłoni. Jakkolwiek chciałoby się to nazwać, wolą Boga lub bogów wszelakich, efekt ten sam – śmierć, czyli koniec przygody zwanej życiem.

Motto pozostaje niezmienne. Każdy z wymienionych smutków wyparował na dobre. Nic nie wymaga już wyjaśnienia lub wybaczenia. Czucie w palcach pojawiło się na nowo – tych wirtualnych, owych symbolicznych kończynach podświadomości – teraz każdy wdech i wydech stanowi świadomą manifestację chęci życia, potrzeby cieszenia się własnym dniem codziennym.

Sięgając w stronę zdarzeń minionych, topiąc się w powodzi wielu obrazów nareszcie pojawia się świadomość znaczenia cudzych i własnych zachowań. To coś więcej niż tylko podsumowanie zamkniętego już rozdziału. To na swój sposób rzadka możliwość spojrzenia na samą siebie jakby nie własnymi oczami. Pozwolenie sobie na komfort ponownego zanurzenia się w szczerym uczuciu, swego rodzaju oddaniu i tęsknocie oraz podziwie. Stanięcie na tej samej linii startowej, którą się przekroczyło równo osiem lat wcześniej.

Nie bez powodu jest o czym pisać. Drobne upoetycznienie snutej opowieści rzeczywiście trąca dookreśloną tematycznie angielską prozą. Mimo wszystko to nie opera mydlana lub Harlequin. Głębia doznań, tło społeczne, autentyczna psychoanaliza, nieco magii serwowanej słowem, zjawisko warte nie tylko przeczytania, ale również doświadczenia. A na koniec świadomość potencjalnego żalu Kreona do samego siebie o spowodowanie śmierci Antygony, czyli jego własne umorusanie się emocjonalnym błotem ulepionym z osobistej pogardy do cudzego zagubienia i poszukiwania miłości.

A ja? Jak moje tu i teraz koresponduje z tą historią?

W nowym wcieleniu bodaj nie odrodziłam się jako Antygona. We własnym codziennym bycie wszystko co dawniej wydawało się nowe, po równo okrągłym roku stało się przyjemnie statyczną codziennością. Stare zapiski zgrabnie to opisują. W trakcie czytania daje się wychwycić kontekst kilku niepospłacanych długów emocjonalnych, jeszcze przez chwilę dokuczających autorce, które ostatecznie w pierwszej połowie roku gasną na dobre. Przeszłość dopięta na ostatni guzik. Z poziomu własnego Ja tak właśnie to widzę i odczuwam.

Skojarzenia z Kreonem nie dają mi jednak spokoju. Twardy symbol ślepej dumy. Król, który skazał na śmierć cudze w pełni szczere, choć nie do końca świadome uczucia, więc i pobożne życzenia, ten sam król, który w antycznym dramacie na koniec, po samobójczej śmierci najbliższych sobie osób, boleśnie odczuł własną samotność, smak porzucenia, czyli przeistoczenia się w zamknięty rozdział w cudzym życiu. Tak odczuwam swój własny taniec na literackiej linie.

I z tego też powodu od kilku dni wzorzec Kreona nie daje mi spokoju. Moja własna potrzeba i chęć pomagania innym w poznawaniu samych siebie pobudza do działania, zachęca do nauczania, szeptania czytelniczkom na ucho, jak najsprawniej mogłyby poradzić sobie z własnym kłamstwem i lękiem wewnętrznym, w książkach Junga nazywanym wstydem. Bo o to w moim „Tańcząc na linie” ma chodzić, to ma owo romansidło głosić, że światełko w każdym tunelu od zawsze istnieje.

Chciałoby się coś z cudzą nostalgią, pozornie niezrozumiałym smutkiem i rozczarowaniem zrobić, zaradzić obcej abnegacji. Miłość bliźniego nakazuje mi rzucenie kilku słów dość konkretnej Muzie:

„Ta książka przyjmie formę trybutu. Odda hołd temu, co w realnym świecie na dobre umarło, ale w głowach wielu czytelniczek wciąż pozostaje żywe. Ta opowieść nadal trwa, bo spleciona jest z liter. Los kołem się toczy. W świecie fikcyjnym główne bohaterki odnajdą konsensus, mimo że w realnym świecie dokonają żywota z dala od siebie”.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner