Fortuna czy fatum?

Pod wpływem dziwacznego impulsu nieco bezmyślnie sięgnęłam dziś po książkę Mustafy Jussufa Mustafy „Pamiętnik Jasnowidza”, czyli własną lekturę podstawową z dawnych lat. Otworzyłam na byle jakiej stronie i tak po prostu zaczęłam czytać. Już po kilku słowach, czyli w pierwszym akapicie, padło magiczne zdanie, które wyjaśniło sens moich działań.   

„(…) A jednak sny prorocze istnieją.

W 1941 r. w lipcu, znany mi dobrze, wybitnie prozaiczny, osobnik powiedział mi o dziwnym śnie, jaki go nawiedził. Sen był bardzo krótki. Jego najmłodszy syn, Jerzy, szedł przed siebie niosąc na plecach wielki drewniany krzyż. Taki jaki ogląda się na drodze pasyjnej. O trzy najwyżej kroki za Jurkiem szedł starszy syn Edward, również dźwigając podobny krzyż. A o dziesięć kroków zanim, szedł on, ojciec, też z krzyżem na ramieniu.

W miesiąc później Jurek utonął w Wiśle. W 1944 r. Edward padł w Powstaniu, a w dziesięć lat po nim, jako ostatni, zmarł ojciec. Wszyscy spoczywają w grobowcu rodzinnym na Bródnie. Żona jego i córki żyją do dziś.

Na wiosnę 1939 r. usłyszałem o śnie, w którym krzyż odgrywał dominującą rolę. Śniąca ujrzała go nad Warszawą. Ramionami obejmował całe miasto. Gorzał jak łuna. W blaskach tego gorejącego krzyża tysiące ludzi, z pochylonymi ku ziemi głowami, powoli, krok za krokiem opuszczało miasto zasnute dymem. Zewsząd wiała groza”.

Na tym fragment się kończył. Przez długą chwilę trwałam w milczeniu, by na koniec odłożyć książkę na bok, moją lekturę podstawową, na której się wychowałam, czyli uczyłam jak prawidłowo głosić proroctwa, nie bawić się przy tym w tzw. nowomodną telewizyjną Maciejadę lub Suligowskie opowiadanie o demonach i astralu.

Przepowiadanie zdarzeń przyszłych to nie zabawa. Zawsze trzeba uważać do kogo i o czym się mówi. Absolutnie nie wolno manipulować własnymi wizjami wyższymi, bo jeśli się to uczyni, tym samym odbiera się komuś sporą dawkę należnej mu wolnej woli. A jednocześnie zawsze za sprawą własnych zapowiedzi zdarzeń przyszłych ew. można starać się uświadamiać innym ich prawo wyboru.

Jeśli skręcisz w lewo zyskasz to i sio, Wiedźma stanie się twoją codziennością, ale za cenę głośnego przyznania się do słabości, jaką nią darzysz. Ruszając w prawo osiągniesz bogactwo, ale twoje serce nadal pozostanie przepełnione nigdy niezaspokojoną tęsknotą m.in. za Wiedźmą, która ułoży sobie życie już z zupełnie kim innym u boku. Decyzja należy do ciebie.  Brylowanie na salonach, czyli swoista duma i uprzedzenie, czy banalne dnie i noce u boku osoby, która ci kiedyś publicznie wytknęła egocentryzm, czyli swego rodzaju infantylność.

Wyjdziesz za Mariana, wtedy zamieszkasz w skromnym mieszkanku na poddaszu, urodzisz dwóch zdrowych synów, którym do końca życia będziesz poświęcać własną codzienność, więc nigdzie dalej niż brzegi Bałtyku nie wyruszysz. Jeśli wybierzesz Antoniego, dzieci nie będzie, ale za to zwiedzisz calutki świat i będziesz opływać we wszystko.

Tak zwykle postępuję w swoim własnym życiu prywatnym. Wyciszam zdolności predykcyjne. Nadal słyszę szept sławetnego pana Intuicji, często przelewam jego słowa na papier, ale nie ogłaszam ich światu. Jednym słowem, zdarza mi się podglądać inne osoby, widzieć samą siebie ich oczami, ale nie pisać o tym na tym blogu, czy nawet szeptać do ucha własnej kuzynce. Miło mi wiedzieć, że to czy tamto podoba się innym we mnie, że podziwiają jakieś tam elementy mojej codzienności lub co negują tym samym udzielając mi dobrych rad. Ale wszystko to objawiane mi bez użycia słów, a jedynie w oparciu o wyśnione obrazy i towarzyszące im uczucia, pozostaje swego rodzaju tajemnicą lub chociaż niedomówieniem.

Czasami obserwując cudze rozterki, niemal słysząc nieme krzyki dobiegające z dna czyjegoś świata wewnętrznego, miewam ochotę poklepać taką osobę po ramieniu i powiedzieć: – „Przecież podjęłaś decyzję już całe wieki temu. Nawet powiedziałaś o tym głośno niemal do rytmu syknięcia otwieranej właśnie puszki z piwem i zgrzytu autokarowych resorów. Powiedziałaś, że poderwiesz, no to poderwałaś. Krótko i na temat”. – Ale milczę. Nie wolno pouczać. Można zaczepiać lub prowokować, jednocześnie unikając przy tym nakazywania komukolwiek czegokolwiek.

Niezaprzeczalnie jestem człowiekiem – a nawet kobietą – więc podobnie do innych ulegam emocjom. Kiedy dany temat dotyczy mojej intymnej codzienności bardzo rzadko opieram się na tzw. „wizjach wyższych”, a jedynie paplam co mi ślina na język przyniesie, czy nawet milknę niczym mnich buddyjski zatopiony w głębokiej medytacji, bo nieśmiałość nie pozwala mi na nic więcej. Głównie z tego powodu zdarza się, że budząc się rano, wciąż czując przy tym jakby cudzy smutek i dziwaczną rezygnację podszytą powątpiewaniem we własne atuty, miewam ochotę złapać za telefon i zadzwonić lub chociaż wysłać entego smsa: „Wyluzuj Puchu Cenny. Jutro też będzie dzień. Skoro kocha, to za żadną inną lub innym oglądać się już nie będzie”.

Dlatego podobnie do Mustafy słuchając cudzych zwierzeń dotyczących snów czasami czuję dreszcz spływający mi po plecach. Jedno wielkie przygnębiające – śniła mi się ciężka choroba i szpital – przez chwilę przeszywa mnie dreszczem. Po kilku minutach jednak wraca zdrowy rozsądek. Toż to zaledwie ostrzeżenie, że trzeba się leczyć, że – a i owszem – nie uda się uciec przed chirurgicznym skalpelem, ale żyć się będzie dalej. Nie od razu po operacji zacznie się biegać, ale odszkodowanie za pradawną pomyłkę w sztuce lekarskiej bodaj wypłacą. Po co więc wpadać w panikę? Uśmiech potrafi zmienić świat, więc śmiejmy się panu Losowi prosto w twarz.

Ja sama rzadko kiedy pod wpływem emocji głupieję na dobre, raczej nie ulegam panice, tak dotyczącej zdrowia i kondycji, jak również relacji uczuciowych. Moją życiową mantrę stanowi proste hasło przewodnie – WOLNA WOLA. Cokolwiek wybiorą inni, uszanuję to. Jeśli ktoś zechce odwzajemnić mój afekt, będzie super, jeśli odwróci się na pięcie i odejdzie w siną dal, też będzie dobrze, widać tego druga strona dialogu sobie życzyła, czyli tzw. świętego spokoju. Jednocześnie oczekuję jednak od świata tzw. wzajemności. Jeśli ja mówię jakiemuś komuś ostateczne – NIE – domagam się uszanowania mojego wyboru.

Oczywiście rozmowa z panem Śmiercią nie należy do łatwych. Można jednak wynegocjować z nim wysyłanie do chorych telegramów ostrzegawczych i, w moim pojęciu, tym właśnie bywają sny, przekazami predykcyjnymi. Skoro na ileś tam dni lub miesięcy wcześniej dostajemy zapowiedź utrudnień zdrowotnych, może warto skupić swoją uwagę przede wszystkim na tym fragmencie naszej codzienności, czyli np. na zmianie diety, pracy nad własną sprawnością fizyczną, wykonaniu odpowiednich badań lub testów jakich domagają się od nas lekarze specjaliści.

Nie warto udawać ślepego lub niewidomej. Morfeusz niekoniecznie często w swojej łaskawości przynosi nam pocztówki od panów Losu i Śmierci. Władca snów bywa łaskawy tylko przez chwilę, potem milknie na długo. Czy nawet jeśli nadal przesyła nam rebusy, czyni je na tyle mało jasnymi, że niemal do ostatniej chwili nie rozumiemy, co poeta miał na myśli, kiedy pisał swój wiersz.

Mój zawód na tym właśnie polega, na przekładaniu Morfeuszowej poezji na prozę niekoniecznie literacką naszej przytomności umysłu. Klient przychodzi, opowiada, pyta, a ja staram się mu wyjaśnić owe wizje wyższe, którymi pan Intuicja go co i raz bombarduje. Niestety podobnie do pana Jasnowidza Mustafy nie zawsze moje tłumaczenie ma jeszcze jakiś sens. Dlaczego? Bo tzw. fatum nawet ja nie jestem w stanie oszukać. Co komu pisane i tak go nie minie. I tego w swoim zawodzie nie lubię najbardziej… poczucia bezsilności.

Na szczęście medycyna jak istniała tak nadal ma się całkiem dobrze. Dlatego odwieczna mantra – badania kontrolne – warta jest przestrzegania. Ten cud nowoczesnej techniki uratował Lici życie, a mojej Cioci Stasi mimo blisko ósmego krzyżyka wciąż przedłuża swobodę funkcjonowania. Za to mojej mamy brak szacunku dla owej nowoczesności drastycznie skrócił bytność na tym padole, bo z powodu odmowy leczenia przeżyła zaledwie 64 lata, a nie choćby kilkanaście dłużej.

Jak mawiają – serce nie sługa – dlatego warto o nie dbać. Darzyć uczuciem tych, którzy mogą i chcą to odwzajemnić, jak i od czasu do czasu robić sobie EKG na bazie rutynowej kontroli, łykać przepisane pigułki i nie szastać pieniędzorami na lewo lub prawo, ale poza internistami również dentystów odwiedzać, bo w zdrowym ciele zdrowy duch, a w chorym skołatane serce utrudnia wszystko, nawet swobodę myślenia.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner