Bo we mnie jest seks

Pięknouwodzi. Choć oczywiście każdy po swojemu postrzega temat urody. Mimo to bez względu na własny gust w podobnie silny sposób reaguje na bodźce zewnętrzne. Zmysły nigdy nie śpią i zwykle biorą górę nad obserwatorem. Jedni przykładają wagę do cudzego wyglądu, inni do formy ekspresji, a wielu silnie reaguje na dźwięki lub cudzy sposób eksponowania własnych atrybutów. Nie zmienia to jednak faktu, że istnieją pewne standardy, czyli swego rodzaju uśrednienie, tzw. kanony piękna.    

Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki kochać chcę… – ten refren lubił dawniej wyśpiewywać pewien mój znajomy podrywacz. Dla niego żadna forma selekcji kobiecego powabu nie istniała. Niestety wielu sukcesów na polu uwodzenia nie odniósł, niemniej jednak „dokładał wszelkich starań”, żeby ostatecznie przygruchać sobie jakąś mniej lub bardziej sensowną gołębicę, czyli gołąbeczkę, tj. gołą babeczkę.

Inspirowana jego pełnymi promili wywodami często zastanawiałam się nad tym, na co ja sama SWprzede wszystkim zwracam uwagę, co uważam za seksowne, więc czego życzliwie zazdroszczę własnym koleżankom. Wbrew pozorom temat ten nawet dla mnie nie należał do łatwych. Dopiero w drugiej połowie życia dookreśliłam własną stylizację, jak i ostatecznie ustaliłam, czym chętnie zaraziłabym się od innych, a czego zdecydowanie nie postrzegam u wielu pań za powabne.

Przez wszystkie te lata w kontekście tematu kobiecego piękna najsilniej fascynowało mnie nieco zaskakujące zjawisko tzw. oszpecania się. Nie dawało mi spokoju pytanie, dlaczego niektóre z naprawdę ładnych dziewczyn z zadziwiająco silnym uporem starają się ukryć własną atrakcyjność. Co tak naprawdę stanowi ów motor napędowy ich działania, owego chowania się za parawanem nijakości. Szczególnie, że nie wszystkim z tych pań w pełni się to udawało.

Naturalne piękno. Coś niezwykle trudnego do ukrycia. Idealnie harmonijne rysy twarzy lub sylwetki. Oczywiście przy użyciu rosnących fałdek miękkiego tłuszczyku naprawdę wiele da się schować, tyle tylko że nie wszystkie z pań akurat na to się decydują. Pozostając więc szczupłymi przy użyciu zupełnie innych narzędzi nakładają na siebie swego rodzaju retusz, który często przybiera kształt tzw. zaniedbania lub nie w pełni artystycznego bałaganu.

Zero makijażu. Fryzura trącająca albo powściągliwością, albo arogancją wobec tzw. standardów piękna. Silne i raczej świadome ukrywanie własnego seksapilu. W związku z tym najczęściej bardzo sportowy strój lub nieco za duże ubrania. Unikanie biżuterii. Gestykulacja sugerująca swego rodzaju powściągliwość, czy nawet niechęć do zbliżania się nie tylko do panów. Nieco ukryty uśmiech, który od wieków lubię nazywać stylizowanym na Monę Lisę.

Spotykając i obserwując takie osoby zwykle odruchowo starałam się wyobrazić sobie podłoże ich zachowań. Jakiego rodzaju manifestację miała stanowić w ich przypadku właśnie taka forma ekspresji. O czym próbują powiedzieć światu, co zasugerować.

Mojewnioski bywają różne. Począwszy od chęci tych pań wykrzyczenia z siebie poczucia odrzucenia, poprzez niechęć do siebie, skończywszy na jasnym komunikacie „a odwalcie wy się wszyscy ode mnie”. Jednak pełne ujednolicenie tak naprawdę nie istnieje. Każdy z nas jest inny, więc i nie w pełni te same potrzeby eksponuje. Dlatego też stykając się z jak najbardziej konkretnymi osobami niemal machinalnie zaczynam analizować kontekst ich zachowań.

To wręcz niesamowite widywać niemal codziennie kogoś, kto jak był, tak pozostaje łaskawie obdarowany przez naturę niekłamaną urodą. Seksapilem, czymś co wielu facetów lubi określać mianem „fajna dupa”. Życzliwie zazdrościć takiej osobie wspomnianych atrybutów urody jednocześnie analizując, jaką formę stylizacji by się przyjęło na miejscu tej osoby, czyli będąc równie hojnie wyposażoną przez naturę dajmy na to zgrabnymi nogami, sporym wzrostem, idealnie harmonijnymi rysami twarzy i delikatnymi dłoniami.

Czy ja sama aby na pewno nosiłabym obecnie bardzo modne spodnie z obniżonym krokiem skutecznie ukrywające zgrabny tyłek lub nieco zbyt dużymi T-shirtami równie skutecznie ukrywałabym nie tylko tzw. wcięcie w talii. Czy aby na pewno pod pozorem wygody rezygnowałabym z jakiejkolwiek biżuterii i w pełni swobodnej fryzury? Czy chorobliwe niemal unikałabym makijażu albo nieco sztucznie garbiłabym się ukrywając dzięki temu istnienie mojego biustu lub też nadawałabym własnej gestykulacji swoistą kanciastość?

No dobrze, przyznam się do tego publicznie. Bywały czasy, że też to robiłam, czyli używałam opisanej stylistyki w ramach pracy nad tzw. świętym spokojem. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Jeśli unika się manifestacji własnego seksapilu, zyskuje się pewność, że cudze niechciane spojrzenia nie zatrzymają się na nas na zbyt długo. Święty spokój bywa dużo wygodniejszy od konieczności wysłuchiwania komplementów.

Jednak co komu pisane i tak go nie minie. Jeśli w gwiazdach jest zapisane, że koniec końców ktoś nas pokocha, opisana forma ekspresji i tak nam tego nie jest w stanie odebrać. To prawda statystycznie udowodniona. Jak i ten banał, że każda potwora znajdzie własnego amatora. Dlatego bywają takie sytuacje, kiedy ani obniżony krok w spodniach niczego nie zmieni, również brak retuszu wykonanego przy użyciu cieni do powiek lub zbyt duża bluza nie pomoże uciec nam przed upartym i nieco namolnym fatygantem.

Jako zawodowa Wiedźma dość dobrze wiem, o czym mówię. A ponieważ w zapowiadaniu innym ich przyszłych przygód nie tylko miłosnych jestem naprawdę dobra, aż mnie czasami korci, żeby takiej osobie cichcem szepnąć do ucha: – Przyjdzie w twoim życiu taki czas, kiedy pogodzisz się z własną atrakcyjnością. Niemal odruchowo zmienisz styl nie tylko ubioru, ale też własnej ekspresji. Bez przesadnego wysiłku do swojego curriculum vitae dodasz nowy tytuł akademicki. Zaczniesz pełnić inne funkcje zawodowe niż dotychczas. Nieśmiałość stanie ci się obca. To będziesz ty i jednocześnie już nie taka sama ty. A wszystko za sprawą tylko jednego czynnika sprawczego, świadomości, że wreszcie jesteś darzona szczerym uczuciem.

Oczywiście to swego rodzaju uniwersalny przekaz. Wystarczyłoby zmienić jedno lub dwa zdania i tak singielka jak mężatka mogłaby je potraktować jako właśnie do niej kierowane. Nie przez przypadek wiem, w jaki sposób schemat działania tego rodzaju przekazów funkcjonuje. Lata temu wystarczyło, że tylko raz usłyszałam – uwielbiam cię słuchać, masz naprawdę piękny głos – a jeszcze tego samego dnia zaczęłam powoływać do życia własne liryki. Kilka z pozoru nieistotnych, a jednocześnie bardzo przychylnych uwag rzuconych w moją stronę sprowokowało mnie do działania, do tzw. wyjścia z cienia i pokazania światu prawdziwej siebie.

Lubię innych zarażać czymś podobnym, nie tylko banalnym optymizmem, ale przede wszystkim tzw. werwą i chęcią do życia. Całe mnóstwo ludzi nie zdaje sobie sprawy z własnego piękna, dopóki nie zyskają szansy przejrzenia się w cudzych oczach. Jednak nie wystarczy drobny banał zwany komplementem rzuconym w ich stronę od niechcenia. Ludzie potrzebują czegoś więcej niż drobne poklepanie ich po ramieniu. Bodaj każda przemiana wymaga czasu. Dlatego tak wielką przyjemność mi sprawia możliwość obserwowania, czasami z oddali a niekiedy z bliska, kiedy jakaś osoba zaczyna rozkwitać. Nagle na czyjejś twarzy coraz częściej zaczyna się pojawiać uśmiech, a oczy błyszczeć odbudowującą się chęcią działania. Luźne rozmowy dużo częściej stają się wtedy możliwe.

Na swój sposób nie istnieją rzeczy niemożliwe. Przeistoczenie Kopciuszka w Królewnę jak najbardziej również w naszym świecie się zdarza. Kilka słów potrafi czynić cuda, tyle tylko że z uporem konsekwentnie powtarzanych przez trudny do przewidzenia czas. Bywa, że zajmuje to chwilę, a nawet potrafi ograniczyć się dwóch czy nawet jednej rozmowy, ale bywa również, że przez okrągły rok przychodzi naszym słowom drążyć skałę cudzego powątpiewania we własną atrakcyjność. Ot, co człowiek to inna historia, grunt jednak, że cuda jak się zdarzały, tak nadal miewają miejsce.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

Następny rozdział