Mrużąc jedno oko

Lubię ludzi. Wysoko cenię znane mi osoby. Właściwie każdego bliźniego swego postrzegam jako ważną istotę. Oczywiście będąc po prostu człowiekiem często wkurzam się na innych, bywam niemiła lub opryskliwa, nie zmienia to jednak faktu, że te same cechy oraz zachowania staram się szanować u innych. Wielu jednak mi nie wierzy. Ponieważ sami nie wszystkich kochają, przyjmują założenie, że ja również nieustannie oszukuję.    

Nie istnieje obowiązek kochania wszystkich i wszędzie. Za to funkcjonuje słowo szacunek. I nie mam tu na myśli uniżoności lub ustępowania innym osobom tylko dlatego, że są naszymi bliźnimi, sugeruję jedynie istnienie swego rodzaju granicy dzielącej wspomniany szacunek z niechęcią, czy nawet silną antypatią okazywaną innym.

Wkurza mnie jednak, kiedy osoby darzone przeze mnie szczerą życzliwością zarzucają mi fałsz. Skąd pomysł, że czerpię przyjemność z wykazywania innym ich braku wiedzy lub tzw. obycia towarzyskiego? Ani ja arystokratka, ani tytułowana absolwentka wielu uczelni wyższych. Dlaczego więc moja szczerość bywa poddawana pod wątpliwość?

Mam pełną świadomość własnego skrzywienia zawodowego, czyli sięgania po tzw. niecodzienne słownictwo. Głównie z tego powodu coraz częściej zarzucane mi jest mądrzenie się. Staram się więc wszystkie moje żonglerki słowami rzadko przez innych używanymi – i mam tu na myśli głównie staropolszczyznę – przeistaczać w formę autosatyry. Wać pan i Wać pani zyskują zatem bezcenną okazję popukania się w czoło chłodnego upomnienia mnie: – A po nowo polsku to nie umiesz już mówić?

Lubię czerpać inspirację w oparciu o tzw. uliczne dialogi. Przypadkowi przechodnie potrafią serwować światu zewnętrznemu – w tym również mi – niesamowite niemal pomysły na słowne przeinaczenia. Sama nigdy nie wpadłabym na przeróbkę egocentryzmu na egocentryzowanie lub empatii na empatowanie. Genialne zabawy słowem. Idę o zakład, że Terry Pratchett zapożyczyłby te słowa.

I teraz pytanie. Na ile poprzedni akapit zawierał w sobie swego rodzaju ironię, a na ile był szczery, czy też szczerze opisywał sens wielu moich działań? No właśnie. Wychwycenie granicy bywa trudne, dlatego tak często lubię dodawać – to nie żart, mówię na serio – jeśli widzę na twarzy swoich rozmówców coraz silniejsze wahanie.

Jestem jaka jestem. Kocham ludzi. Nawet jeśli się śmieję z cudzych potknięć, to nie w ramach dziwacznego szyderstwa, ale raczej chęci w pełni szczerego podpisania się pod czyimś sposobem funkcjonowania. Nie jestem, a nawet nie bywam idealna. Wiecznie odwalam tzw. kaszanę. A przeinaczenia mnie kręcą dodając kolorytu naszej często nudnawej codzienności. Odnajduję się w tych zabawach słowami, bo w moim pojęciu cudownie opisują naszą ludzką naturę, wielobarwną i często niedookreśloną.

Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy zaczynam odczuwać swego rodzaju żal. Kiedy coraz silniej zależy mi na wniknięciu do jakiegoś kółka wzajemnej adoracji lub zainicjowania bliższej znajomości, a jednocześnie w pełni zdaję sobie sprawę z przypisywanego mi już całkiem realnego zarozumialstwa lub bicia innych o głowę wiedzą niekoniecznie wiadomego pochodzenia lub domniemanymi umiejętnościami czytania cudzych myśli.

Dziwaczny stres potrafi mi czasami niemal spędzać sen z powiek – oczywiście symbolicznie, bo tak naprawdę sypiam całkiem dobrze. Mój ulubiony pan Intuicja zaczyna wtedy dokuczliwie mruczeć mi prosto do ucha, że określona osoba – sztuk jeden lub więcej – na samą myśl o wyjściu na piwo ze mną czuje ucisk w żołądku i suchość w ustach. A przecież na coś takiego najskuteczniejszym lekarstwem bywa właśnie spora dawka promili. Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wystarczy tego diabła – lub diablicę – porządnie upić, a pokaże ona, że tak naprawdę kompletnie żadnych rogów i ogona nie ma.

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

Następny rozdział