Słoneczna proza

Cudownie kolorowa jesień cieszy oko. Promienie słońca swoim ciepłem niemal pieszczą skórę. Aż chce się siedzieć w ogrodzie i czytać książkę, najlepiej jakąś romantyczną i pełną miłych sercu słów, słuchając przy tym kojącej muzyki. Niestety brak na to czasu. Dodatkowe powinności pozostają do odhaczenia. Również przyjęte terminy wiążące się pisaniem stają się coraz krótsze. Jeden wielki deadline – granica czasowa – zaciska się wokół gardła. Coraz głośniej zegar tyka, ten wirtualny, więc niemożliwy do wyłączenia.   

Kolejne sceny snutej opowieści eksplodują pod powiekami. Oto główna bohaterka wraz z innymi osobami maluje plakaty. Cieszy się możliwością robienia zdjęć. Słucha muzyki innej niż dawniej. Widzi ludzi żonglujących i bawiących się własną wolnością słowa. Poznaje ciekawe osobowości i wraz z nimi bawi się w pseudo terapię grupową. Jeden wielki Gestalt odhaczany raz w tygodniu. Nowe twarze więc i nowe wyzwania.

Nieplanowany splot wypadków. Z parkietów przedwojennej kamienicy przejście na deski sali gimnastycznej. Nauka nowej siebie. Analiza obcych zachowań. Szukanie punktów stycznych. Pławienie się w całym oceanie niespodzianek. Potem dalsza podróż w głąb siebie. Transformacja nie do końca wewnętrzna. Budowanie fundamentów własnego zdrowego egocentryzmu.

Palce swędzą, ale rozsądek hamuje działanie. – Najpierw przemyśl, a dopiero potem naciskaj guzik „opublikuj”. – Rozsądek wygrywa więc. Marketing to w handlu podstawa, szczególnie jeśli towarem staje się własne imię i nazwisko. Nauka rozdzielania spraw prywatnych od zawodowych. Pisarskie love story kontra żywe z krwi i kości amore mio. Dwie rzeczywistości nijak mające się do siebie.

Rozmowy z Gabi ciągną się bez końca. Ulubiona kuzynka pomaga i doradza. Dobrym słowem wspiera. Już nie gnębi własnym „zastanów się” albo „przemyśl”, a jedynie dodaje otuchy cichym „dobry pomysł” lub „masz rację”. Odważna kobieta lubiąca na gruncie własnej pracy zawodowej nie tylko siarczyście przekląć, ale również ryknąć na studentów lub młodej i jakże poplątanej Weronie powiedzieć: „O! Ocknęło się dziewczę po roku i postanowiło jednak wrócić na zajęcia swojej ulubionej wykładowczyni? Witamy więc po przerwie. Wszyscy tęsknili za panią. Zgaduję, że pani rozstała się z tamtą panią, która mnie bardzo nie lubiła, w wyrazie czego rzuciła groźne „ja albo ona”. Czy dobrze zgaduję?” – i nie czekając na odpowiedź krnąbrnego dziewczęcia rozpocząć prowadzone przez siebie zajęcia.

Tak się ciągnie przyjemna codzienność. Brak potrzeby pędu donikąd. Wewnętrzne wyciszenie. Z coraz większą łatwością pracuje się nad zespoleniem własnego z cudzym sposobem patrzenia na świat. Ulubione hobby i sport w jednym z powodu kontuzji staje się niemożliwe. Nie ma już snucia się po mieście. Bieganie chwilowo nie wchodzi w grę. Pozostaje dźwiganie ciężarów przemieszane z ćwiczeniami symetrycznymi.

Jednak bez względu na jakiekolwiek „przeciwności losu” zabawa w życie wciąż pozostaje tak samo przyjemna. Ludzie i plastyczność ich zachowań przywraca sens wszystkiemu dokoła. Nuda nie istnieje. Świat żyje. Głęboko oddycha. Ma swój własny sens. Wielobarwna historia, która nie ma początku ani końca, przez wielu nazywana nieskończonością.

____________________

____________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner