Głuchy telefon

Zdarza się, że przez cały dzień dokucza mi jakaś myśl, że nie daje spokoju ten sam wątek nieustannie powracający do mnie. Ale kiedy ostatecznie siadam już przy komputerze, pomysł nagle jakby ucieka, znika nie pozostawiając po sobie śladu. Zwykle wtedy długo trwam gapiąc się gdzieś bezmyślnie lub po prostu w sufit i zastanawiam od czego by tu zacząć… Czytaj dalej Głuchy telefon

Ta co zadziera nosa

Wytrwałość. Nie wszyscy rozumieją czym to coś jest. Zmaganie. Trudny do opisania termin. Cierpliwość. To już określenie bliższe niemal wszystkim. Ale każde z tych słów i określeń można wsadzić do jednej szuflady, a jest nią praca nad własnym sukcesem. Czytaj dalej Ta co zadziera nosa

Zafrapowana

Wyjątkowy dzień, bo wolny od pracy. Konieczność zaliczenia wizyty u lekarza. Nie z powodu własnego zdrowia, ale z tytułu załatwienia dla rodzonego syna papierów poświadczających niepełnosprawność. Brzydka pogoda zniechęca do maszerowania przez świat z uniesionym czołem. Dwa dni podrząd muszą wystarczyć. Zaledwie i aż po pięć kilometrów za każdym razem. Dlatego zapada decyzja o własnym lenistwie. Czytaj dalej Zafrapowana

Hodor! Hodor!

Dawno nie biegałam. Nie lubię tego robić, bo zbyt często się przewracam. Jeśli nawierzchnia jest dobra jakoś daję radę, ale jeśli przychodzi mi truchtać po starym trotuarze, bardzo często nie zauważam krzywizn, potykam się i z dzikim łomotem upadam. A to boli. Jak się więc okazuje lunetowate spojrzenie – jak to uroczo mój okulista nazwał patrząc na wyniki mojego badania pola widzenia – nieco utrudnia codzienne życie. Dlatego dziś bardzo szybko wdrapując się po schodach i przebiegając przez ulicę na skrzyżowaniu pod Rivierą Remont poczułam jak mi serce zaczyna łomotać w nieprzyjemnie szybkim tempie. Widząc swojego Pasierba poczułam jednak ulgę. Czytaj dalej Hodor! Hodor!

Oby do przodu

Zmęczenie materiału odrobinę dokucza, ale pomysł na nową formę działania zyskuje na rozmachu. Kiedy się człowiek przez całe lata parał czymś jasno określonym i dopowiedzianym prędzej czy później poddaje się rutynie. Po co się silić na zakuwanie czegoś nowego, jeśli można po prostu sięgnąć po dobrze znane sobie narzędzie pracy, zakasać rękawy i ruszyć do wirtualnego boju z monotonną codziennością. Cała paczka dziesiątek talii kart cieszy oczy. Projekt zajęć przygotowywany przez specjalistkę od nauczania inspiruje. Wzajemne ćwiczenia łączące się ze sztuką ekspresji trwają. Jednym słowem zero nudy. Czytaj dalej Oby do przodu

Refleksyjnie

Ile jest prawdy w tym o czym piszesz? Uporczywe echo nie swoich własnych pytań dokucza mi już od pewnego czasu. Bohaterowie pełniący rolę aktorów w moich miniaturach rzadko to komentują. Nie chce im się czytać. Znają fakty. Te wyzbyte poetyki reminiscencje. Nie czują potrzeby spoglądania na własne życie nie własnymi oczami. Zwykle jeśli ktoś jedynie zerka przez szybę ekranu komputera, widzi to co zobaczyć chce. Kiedy jednak jako realna znajoma wchodzi na scenę i sama się staje aktorką, dużo mniejszą przyjemność zaczyna sprawiać jej przyglądanie się samej sobie z bliskiej oddali. Czytaj dalej Refleksyjnie

Natrętna Migrena

Diabli nadali taki talent. W jednej chwili człowiek robi coś mało istotnego, piecze ciastka albo pizzę, w drugiej niemal traci przytomność od napadu dziwacznego „odlotu”. Szczęście, że nie dokucza żaden ucisk w klatce piersiowej. Super, że to tylko zawroty głowy i obrazy przypływające znikąd. Skoro już się wie, że to zaledwie stan około napadowy, strach się już nie pojawia, ani jakieś durne znaki zapytania. Po prostu siada się na kuchennym taborecie, żeby przeczekać cudzą ekscytację. Kiedy staje się jasne, że tym razem łatwo nie będzie, że ten „zawrót głowy” to bardzo uparty przekaz zewnętrzny, na wszelki wypadek wyłącza się prąd w kuchence, idzie się do pokoju, zalega na kanapie i pozwala, żeby te wszystkie cholerne obrazy sobie popłynęły donikąd dryfując po wirtualnym niebie, żeby cudze reminiscencje czy inne skojarzenia wróciły nareszcie na swoje miejsce, czyli odeszły do lamusa. Czytaj dalej Natrętna Migrena

Własne znaki zapytania

Gnam siedząc i siedzę maszerując. Już tak mam. Nigdy statyczna i nigdy rozbiegana. Takie ze mnie odrobinę pół na pół – fifty fifty – nie wiadomo co. Zwykle w ten sposób samą siebie lubię opisywać. Bo przecież tylko to mi wolno robić, czyli opisywać samą siebie, a o innych nawet nie wspominać. Nielzia (нельзя) – nie wolno. Nie nada (не надо) – nie trzeba, nie powinno się. Ludzie lubią tylko, żeby ich chwalić bez żadnych „ale” lub „czyżby”. Głównie dlatego na moim blogu brakuje czystego obgadywania innych. Czytaj dalej Własne znaki zapytania

Wielobarwna radocha

Nowa zabawka. Klika się po ekranie, by po chwili śmiejąc się głośno podsumować własną pracę głośnym – Wow! – i zacząć od nowa, ale przy użyciu już innych zdjęć. Ludzie w autobusie zerkają. Patrzą jak na idiotkę. Ale co tam – zabawa trwa dalej. Brakuje ochoty na udawanie grzecznej. Na stare lata przestają człowiekowi przeszkadzać etykietki, które ludziska przyklejają mu do pleców czy nawet do czoła. Wariatka to wariatka. Uroczo nawiedzona podstarzała niunia nieustannie mrucząca pod nosem:

Czytaj dalej Wielobarwna radocha

Prosząc o wyrozumiałość…

Stres. Z pozoru podenerwowanie spowodowane życiem osobistym czy nawet intymnym, a tak naprawdę lęk wynikający z konieczności wykonania serii badań w celu złożenia papierów do ZUSu. Kiepsko jest siedzieć w pracowni z panią pielęgniarką, która z widocznym zażenowaniem wręcza wydruk komputerowy, gdzie wołami stoi napisane, że pacjentka jest bardzo silnie niedowidzącą osobą. Czytaj dalej Prosząc o wyrozumiałość…