Wolnoć Tomku w swoim domku

Budzę się powoli. Nie od razu rozumiem co się dzieje, gdzie jestem i kim jestem. Obrazy płowieją pod powiekami, rozmywają się tracąc sens i znaczenie, ale wciąż zaburzają moje poczucie czasu i miejsca. Nie od razu dociera do mnie, że to był sen, że to nie ja czułam się zaniepokojona i odrobinę rozczarowana. Wciąż dokucza mi wrażenie, że czegoś nie rozumiem. Nadal widzę Gabi stojącą tuż obok mnie i uśmiechającą się do kogoś innego. Dociera do mnie, że ją to wszystko nie dziwi. Nie rozumiem dlaczego? O co w tym wszystkim chodzi? Skąd wiedziała, że ta kobieta nie jest samotna? Przecież one właściwie się nie znają. No skąd Gabi może znać cudzą prawdę? Jak to możliwe… jak to możliwe… jak to możliwe…

Obrazy płowieją. Rozsądek wraca na swoje miejsce. Pan Podświadomość ustępuje miejsca panu Świadomości. Znowu przypominam sobie jak się nazywam, gdzie jestem i że sceny sprzed chwili to był zaledwie sen. Morfeuszowa iluzja. Wizja nie mojej przyszłości. Po kolejnej chwili dociera do mnie, jakie pytanie zadałam przed zaśnięciem. Niemal w tym samym momencie zrywam się na równe nogi i łapię za telefon. Jest jeszcze wcześnie, więc nie wybieram numeru. Messenger musi wystarczyć.

„Gabi, wiem już jak go spotkasz. To będzie dokładnie tak, jak Ci o tym wiele razy zapowiedziałam. To nie będzie przypadek. On dosłownie będzie wyglądał jak Rycerz Mieczy. Twój facet lubi machać żelastwem. Zadzwoń jak już będziesz miała czas, to opowiem Ci cały sen”.

Odkładam telefon i ziewając ruszam w stronę kuchni. Kocury już tam siedzą. Pietrucha wywalił obu ze swojego pokoju, bo mu pewnie spać nie dawały. Pan Feniks i Felek rozciągnięci na swoich poduszkach zerkają leniwie w moją stronę. Jeden nieco szarawy i idealnie okrągły. Drugi prawdziwie egipski, bardzo smukły i idealnie czarny. Feniks jako pierwszy przychodzi się upomnieć o głaskanie. Felek jedynie zerka w moją stronę. On nie przepada za miętoszeniem.

Nalewam sobie wody. Łykam pigułki i ruszam do łazienki. Długą chwilę tam spędzam. Myję zęby, wciskam korek i odkręcam kran. Pławiąc się w wodzie przez cały czas zastanawiam się nad tym jak to w ogóle możliwe, że aż tak dosłownie wszystko przechodzi z poziomu zapowiedzi na poziom faktów dokonanych. Wciąż mnie to fascynuje. Wiele z obecnie już dokonanych zdarzeń przyszło mi widzieć całe lata wcześniej. Dlaczego z aż tak dużym wyprzedzeniem  dane mi było przygotować się do tych zmian?

Mimo woli uśmiecham się. Na wykładach w Stupa House wiele razy słyszałam, że tak naprawdę przynosimy ze sobą na ten świat pewnego rodzaju pieczęć, coś przypominającego nasz własny kod nie tylko genetyczny. Głównie dlatego wróżby czy inne przepowiednie działają z czasami ogromnym wyprzedzeniem. Osoba przepowiadająca przyszłość jedynie posiada talent odszyfrowywania fragmentów tego kodu. To dar i jednocześnie przekleństwo.

Już mi się nie chce wyliczać skreślonych punktów i podpunktów na mojej liście tzw. „zapowiedzi zdarzeń”. Tyle tego było, że aż strach pomyśleć jak bardzo my wszyscy – ze mną na czele – bywamy oczywiści i przewidywalni. Na całe szczęście od zawsze wiadomo, że każdy z obrazów czy to serwowanych przez Morfeusza, czy to widzianych na tarotowych obrazach stanowi zaledwie zarys i wskazówkę, ale nic ponadto. Wolna wola nie przestaje istnieć. Nieustannie mamy prawo wyboru. Wróżby jedynie zapowiadają jaka oferta zostanie nam zaproponowana przez życie i tylko od nas będzie zależeć, czy z niej skorzystamy.

Z mokrymi włosami ukrytymi pod turbanem wychodzę z łazienki. Idę do pokoju, żeby naciągnąć bluzę bo w samej piżamie mi chłodno. Potem wracam do kuchni, żeby napić się nektaru bogów i móc wrócić pod ciepłą kołderkę. W dzisiejszych czasach biurka przestają być niezbędne. Równie dobrze wygodnie rozłożonym na łóżku można szusować po internetowych stokach przy użyciu np. laptopa.

Odpalam swój wirtualny pamiętnik i zaczynam klepać w klawiaturę. Lubię zapisywać swoje sny. Niestety nie zawsze mam na to czas, a wtedy dość szybko ulatują z pamięci. Trochę szkoda, bo bardzo często nabierają sensu po dziwnie długim czasie. Szybko przelewam więc na papier własne myśli i opisuję widziane sceny. Po skończeniu jeszcze raz czytam, żeby sprawdzić, czy tekst zachowuje spójność. Kiwając głową zabezpieczam i zamykam dokument. Odsuwam od siebie laptopa i wygodnie usadowiona na łóżku sięgam po mój wielki kubek z kawą. Delektując się zapachem jeszcze ciepłego napoju bogów odpływam myślami na swoją ulubioną wewnętrzną wyspę.

Na myśl wraca mi nagle obraz, który w 2010 wydał mi się dziwny. Dane mi było wtedy zobaczyć postać siedzącą na kanapie. Jasną blondynkę z włosami zaczesanymi za ucho, ubraną w niemal jaskrawo czerwony T-shiri i czarne spodnie, trzymającą na kolanach kota. Uśmiechniętą i spoglądającą w stronę okna, za którym panował mrok.

Znałam już wtedy tę osobę, ale w tamtym czasie wyglądała kompletnie inaczej. Pamiętam jak po przebudzeniu naprawdę długą chwilę zastanawiałam się nad sensem wg mnie bzdurnej sceny. Długo gapiłam się w sufit usiłując pod ten obraz podciągnąć jakiekolwiek logiczne uzasadnienie. Walcząc z własną logiką wszystko brałam pod uwagę oprócz… predykcji.

Mimo woli wzdycham. Przez naprawdę długie lata tego rodzaju dziwaczne obrazy prześladowały mnie wielokrotnie. Nijak się miały do ówczesnej rzeczywistości. Był nawet moment, kiedy zaczęłam się gubić pomiędzy jawą a snem. Dlatego zaczęłam uciekać przed tym tzw. wątkiem własnej powieści życiowej. Próbowałam schować się przed rzeczywistością noszącą konkretne imię i nazwisko. A mimo to, mimo iż nie bywałam na internetowych salonach i tak czułam się obserwowana. Zupełnie jakby ktoś od czasu do czasu wysyłał swoją własną sowę, żeby na parapecie mojego okna pozostawiła wirtualną pocztówkę.

Dźwięk telefonu przywołuje mnie do rzeczywistości. Na ekranie pojawia się uśmiechnięta twarz Gabi. Po krótkiej wymianie cześć pada – no co tam? – standardowe powiedzenie Gabola. Połączenie jest kiepskie. Zupełnie jakbyśmy chwilami w ogóle się nie słyszały.

– Gdzie ty jesteś? – ignorując jej pytanie dopominam się o wyjaśnienie.

– Jestem w pociągu. Jadę do domu – głos Gabi płynie jakby z oddali. Wciąż słabo ją słyszę. – Nasz ukochany sąsiad zmarł, muszę być na pogrzebie. Ale wrócę na niedzielny obiad. Postaram się dojechać. – Gabi prawie natychmiast usprawiedliwia się.

– To ten ksiądz umarł? – pytam jedynie chcąc się upewnić.

– Tak – Gabi odpowiada. Tak słabo ją słychać jakby była na drugim kontynencie.

– Bardzo mi przykro – rzucam odruchowo i nieco kurtuazyjnie.

– Mi też – Gabi równie szybko odpowiada.

– A widziałaś się już ze swoją psiapsiółą? Rozmawiałyście? – natychmiast zmieniam temat.

– Widziałyśmy się, ale ona też musiała wyjechać. A co?

– Nie rozmawiaj z nią o tym o co cię prosiłam – rzucam niemal odruchowo. Pada skrajny skrót myślowy zrozumiały jednak dla obu stron. – Spłoszysz ją tylko. Niech po prostu jedzie na obóz i tyle. Niech odstresuje się na łonie natury – uśmiecham się do własnych myśli.

– Co? Nie wszystko usłyszałam. Powtórz. Co mam zrobić?

– Czego masz nie robić – prawie odkrzykuję.

– Nie musisz się drzeć. Po prostu nie wszystko słyszę, bo przerywa, ale głośność jest dobra – Gabi rzuca z pretensją w głosie. – Dlaczego mam nie mówić? – sprawia wrażenie rozczarowanej.

– Śniło mi się, że kompletnie kto inny się tym zajmie. Zaufajmy mądrzejszym. Niech twoja psiapsióła sądzi, że to zwykła propozycja i nic ponadto. Jeśli usłyszy jako argument, że kiedyś ty sama przy Szefowej powiedziałaś, że od szarpaniny wolisz żelastwo, pewnie bez buntu łyknie ten argument. Sama mówiłaś, że w stajni okładałyście się kijami i że ci się to podobało. Skoro tak… możemy przyjąć, że tą wersję da się sprzedać. Byłabyś wtedy argumentem przetargowym. Obie nie byłybyście na zajęciach same, więc czułybyście się tam swobodnie. Co ty na to?

– Słabo cię słyszę, ale chyba załapałam – Gabi przytakuje nieco bez przekonania.

– To, że powiedziałaś, że takie rozwiązanie by ci odpowiadało, spokojnie dałoby się uznać za uczciwą półprawdę – uśmiecham się do własnych myśli – więc twoja osoba mogłaby zostać wykorzystana jako uzasadnienie i argument zaproszenia złożonego jej przez Szefową. Szefowa cię zna, więc ma prawo wiedzieć, że na takie zajęcia raczej chętnie byś przyszła. A do centrum miasta masz bliżej niż na ursynowskie antypody. To całkiem logiczny argument przetargowy. No i zawsze lepiej babom chodzić na zajęcia do kobiety. – Nadal uśmiecham się.

– No w sumie racja – Gabi wtrąca wciąż bez przekonania.

– No bo z nią byś poszła, tak?

– Tak – Gabi rzuca niemal odruchowo.

– Tylko nie mów jej o mnie. Nie mieszaj mnie do tego wątku, do tych całych waszych bojowych przygód. – Marszczę nos przymykając oczy. Półprawdy jednak czasami lubią trącać odrobiną kłamstwa. – Niespodzianka lepsza… – urywam nie do końca wiedząc jak sensownie uzasadnić to co mam na myśli.

– Chyba łapię. Nie do końca, ale skoro ci się śniło.

– …że tam go poznasz. Dokładnie tak jak nam już wiele razy w kartach wychodziło. Facet lubiący zakładać mundur lub uniform. Rycerz Mieczy, czyli lubiący żelastwo. Nawet żartowałam, że może koniec końców jednak zaczniesz chodzić z psiapiółą na zajęcia… – przymykam oczy hamując śmiech. – A teraz i tak nie masz nic więcej do roboty. Zero innych rozwiązań. Tylko tam najszybciej zderzysz się czołowo z wojakiem. Obrona doktoratu wisi. Zajęć nie prowadzisz. Pączka w maśle odstawiłaś na dobre od żłoba. To co ci zależy… – urywam.

– Dobra – nadal Gabi źle słychać. – Jak wrócę to pogadamy. A z piękną pominę temat. – Prawie parafraza jakby zamyka temat. – Ale co dokładnie ci się śniło? – Gabi jednak nie wytrzymuje.

– We śnie byłam nią. Razem z tobą byłam na sali gimnastycznej i widziałam Szefową. Przez długą chwilę interpretowałam jej zachowanie jako uwagę poświęcaną mi w odrobinę dwuznaczny sposób. A ty się ciągle uśmiechałaś i nie komentowałaś tego. Nagle kiedy już byłyśmy w szatni i ubierałyśmy się, żeby wyjść, padło, że Szefowa już kogoś ma. Tej osoby tam nie było. Ja jej nie widziałam. Nawet nie usłyszałam kto to jest. Jakoś tak dziwnie zrobiło mi się odrobinę przykro i poczułam się niezręcznie. Nagle stało się jasne, że Szefowa zapraszając mnie nie była do wzięcia, że o nic poza uczeniem mnie jej nie chodziło. Wciąż nie rozumiałam sensu tego zdarzenia i faktu, że po tobie kompletnie nie było widać zdziwienia. Bo ty Gabi jedynie uśmiechałaś się kiwając głową, jakby informacja dotycząca Szefowej stanowiła dla ciebie tzw. oczywistą oczywistość.

– No i… – Gabi rzuciła swój standardowy niemal znak zapytania.

– Przed zaśnięciem przyjęłam, że cokolwiek zobaczę, będzie dotyczyło tylko ciebie i twojego ktosia, dokładnie tego, którego wiecznie widziałam w kładzionych ci kartach. Gabi – robię pauzę – ty chyba naprawdę właśnie tam go poznasz. I to jest rzeczywiście ktoś, kogo już kiedyś widziałaś, ale nie zwróciłaś na niego uwagi. Tak nam wiele razy wychodziło. I było też, że dzięki parze kobiet z branży twoje drogi się z nim przetną. Dziś właśnie coś takiego mi się przyśniło. Absolutnie dosłownie – uśmiecham się do własnych myśli.

– Tak, pamiętam twoje karty – Gabi wciąż słabo słyszalna przytakuje. – Tak ci wychodziło.

– Olej więc mój temat. Nie wspominaj jej o mnie. Niech inni się zajmą tym wszystkim, jeśli chcą jej pomóc.

– Co? – Gabi rzuca zdziwiona. – Nie usłyszałam cię.

– Nic. Mówię, żebyś odpuściła sobie namawianie jej przed obozem do czegokolwiek. I żebyś wróciła do Warszawki przed niedzielą. – Dorzucam z naciskiem. – Wolałabym, żebyś przyszła na ten cholerny obiad z Fluentem. On się już chyba mocno napalił na te treningi. Konrad też. A tylko ty oficjalnie możesz im powiedzieć na czym to polega, więc mnie nie zostawiaj z tym – uśmiecham się – całym bałaganem.

– Dobra. Spróbuję. Coraz gorzej cię słyszę, więc spadam już. – Rzeczywiście dziwaczne przerwy w połączeniu zaczynają się robić coraz bardziej dokuczliwe.

– Pa.

– Pa.

Rozłączamy się. Odkładam telefon na bok. Wciąż uśmiecham się. Zawieszam wzrok jakby patrząc w jeden punkt. Znowu na myśl wracają do mnie sceny wyśnione siedem lat wcześniej. O mamuniu, szepczę mimo woli. Już wtedy widziałam jaskrawo czerwony podkoszulek z białym napisem. Nie widziałam liter, ale zapamiętałam, że były białe. Już siedem lat temu było wiadomo, że kiedyś tam taki ubiór będzie zakładany jako etykietka szkoły.

Z westchnieniem wracam myślami do teraźniejszości. Dawno już temu uczono mnie, że wszyscy rodzimy się ze swoją własną pieczęcią odbitą na dłoni. Mimo tzw. przeznaczenia dana nam jest również możliwość wyboru. Trochę jak w efekcie motyla. Zawsze w ostatniej chwili możemy posłuchać pana Intuicji i nie wsiąść do samolotu, który ma spaść do oceanu. Możemy sami sobie dać szansę na dalszą zabawę w tu i teraz, nadal pozostać osobą, którą w danym życiu jesteśmy. Możemy jako ciągle ten sam ktoś kontynuować nasze czyszczenie starej karmy, starej pieczęci, którą przynieśliśmy ze sobą.

Jedni uczą się szybciej, inni wolniej. A linie na dłoni, tej prawej, na której widać zwykle w jaki sposób realizujemy własne przeznaczenie, z czasem ulegają przekształceniu. Czasami linia życia się wydłuża bądź skraca. Tak samo linie serca i intelektu. Wybór od pradziejów należy tylko do nas, nie do Boga, ale właśnie do nas. Możemy ruszać za głosem serca, a możemy również inną ścieżkę obrać. Trochę jak z tym samolotem, choć w innym kontekście.

Ja nie mam już ochoty niczego zmieniać. Z żadnej imprezy organizowanej przez bohemę artystyczną uciekać nie planuję. A co inni postanowią zrobić z właśnie ujawnianą im predykcją, to już ich wybór. Każdy sobie rzepkę skrobie i ścieli jak wyspać się chce. Cudze postanowienia nie do mnie należą.

Jeśli padnie zaproszenie na zajęcia z sugestią, że obie panie tam znajdą dla siebie wygodne miejsce, zgodnie z zapowiedzią wiedźmy panie chyba jednak przyjdą. Bo Gabi rzeczywiście kiedyś powiedziała, że żelastwem chętnie by się zajęła, gdyby miała pewność, że ktoś znajomy uda się z nią tam.

_______________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner