Wprawka prawie literacka

Zwykłe spotkanie. Dwie kuzynki siedzą i plotkują. Rodzinny standard. Jest trochę o pracy jednej i urlopie tej drugiej. Wiele słów pada na temat ludzi. Pojawia się odrobina ploteczek z wielkiego świata. Wszystko hojnie okraszone soczystą polewą skrajnych emocji. Banalne jedno wielkie: Żyć nie umierać. Jednak kiedy najsilniejsze zrywy uczuć już wietrzeją, kiedy atmosfera nieco łagodnieje, odnośniki i sugestie zaczynają zmieniać swoją kolorystykę.

Jeden wątek – taki uparciuszek, który łatwo nie odpuszcza – zaczyna mi samej dokuczać. Gabi opowiada o jakiś tam zdarzeniach z przeszłości. Przez ułamek chwili na scenę wkracza jej tzw. ta pierwsza i nadal najlepsza przyjaciółka. A co tam u niej słychać. Jak się ma. Czy nadal z uporem maniaczki twierdzi, że obrana przez nią ścieżka życiowa jest jedynym z możliwych rozwiązań. Niby nic ważnego. Ni to przynudnawe love story ni nie wiadomo co. Jednak ze względu na pierwotny wstęp poprzedzający rozszerzenie cudzej opowieści w czasie słuchania zaczyna mi dokuczać coraz bardziej natrętna myśl.

– Gabi, powtórz proszę. Czyli została o to zapytana wprost? Czy dobrze zrozumiałam? Krótko i na temat? I bez użycia odnośników do twojej osoby? Zapytano ją o preferencje niekoniecznie żywieniowe?

Gabi słucha i przytakuje. Nic nie mówi. Zaledwie wzrusza ramionami i kiwa głową.

– A pamiętasz, kiedy ci o tym powiedziała? W zeszłym roku, czy jeszcze dawniej? – nie odpuszczam.

– Nie pamiętam. Spytam skoro się upierasz. Ale o co ci chodzi? Podobno palnęła w odpowiedzi, jak to ona z tym swoim fochem, że ona nie na baby tylko z babami lata i to tylko na facetów. Czy jakoś tak.

Chwilę się waham. Odpuszczam na moment. Gabi zaczyna mówić już zupełnie o czym innym, ale moje szare komórki nie rezygnują tak łatwo. – I nie ucieszyła się słysząc, że nie chodzisz już na treningi. Dobrze zrozumiałam?

– Chyba tak. – Gabi patrzy na mnie zaskoczona pytaniem. – Nic nie powiedziała, a to zwykle u niej znaczy, że się nie ucieszyła. – Gabi jakby odruchowo wzrusza ramionami. – Ale do czego właściwie pijesz?

– Ona dzięki tobie po jakimś czasie zyskałaby możliwość wejścia na tamtejsze salony. Bez ciebie przestało to być możliwe. Ona ma trochę tak jak ja. – Uśmiecham się. – Zbyt silne emocje się z tym łączą, żeby znalazła siłę na przyznanie się do powodów własnego chcenia zmiany towarzystwa. Stałaś się dla niej światełkiem w tunelu. Trochę jak w moim przypadku. Tyle tylko, że ja to robię w kompletnie inny sposób. Inną rolę przyjęłaś w mojej sztuce. Po prostu dostałam od ciebie zgodę na szczere cytowanie twoich życiowych wątków przewodnich. Ona nie ma nic. Kompletnie nic poza własnym wstydem… – robię pauzę – i onieśmieleniem. Dlatego nie zdobyła się na wykrztuszenie z siebie choćby jednego dzień dobry rzuconego w moim kierunku, kiedy ją filmowałam. Bo wtedy już dokładnie zobaczyła w moich oczach prawdę, przed którą ona we własnym życiu po dziś dzień ucieka.

– No i… – Gabi przygląda mi się jakby bez przekonania.

– Pozwól mi z nią porozmawiać. Jest coraz bardziej zagubiona. Wyjeżdża niebawem… – znowu robię pauzę. – Sama nie do końca wie, czego tam szuka, ale jedzie. Mówiłam ci już co jej wyszło w kartach… – odrobinę przekrzywiam głowę i uśmiechając się zdecydowanie poważnym tonem dodaję – ona miewa stany depresyjne. Dobrze wiem jak to jest… – udaję sztuczny uśmiech imitując przy tym smutek. – Są takie, które zaczynają wtedy pić… – znowu robię przerwę na sceniczny oddech – a są i takie, które chowają się za parawanem pracoholizmu. I tu patrz ona. Sama przyznałaś, że z powodu jej ciągłego odfajkowywania zleceń tylko telefonicznie możecie się kontaktować.

Gabi zaczyna kiwać głową. Również przestaje się uśmiechać.

– I co… dociera do ciebie, co dokładnie mam na myśli? – patrzę Gabi w oczy. – Ona tak może harować do samej śmierci, a i owszem. Ot, polska rzeczywistość. Ale może też pod jakimkolwiek innym byle pretekstem zacząć chodzić na zajęcia machania żelastwem do kogoś kompletnie innego niż pan Ursynów, czy inny jakiś tam pan. Tylko duma jej na to nie pozwala, żeby się zniżyć do poproszenia o przyjęcie na zajęcia. Żeby czasem nie wyszło na to, że coś poza sportem chce od tamtejszej szefowej dostać w zamian. Kumasz do czego piję?

– Kumam. – Gabi przytakuje. Nie uśmiecha się. Widać, że jej trybiki również zaczynają coraz szybciej pracować.

– Ona ogląda się tylko i wyłącznie za bardzo delikatnymi istotami. Patrz Gabriela H. Czystej krwi niunia. A takich to ze świecą szukać. Ot, faktyczny fakt. Dlatego ma nie do końca święty spokój. Ona to moje odbicie lustrzane, czyli przeciwieństwo. Ja tylko z matkami dzieci się zadawałam, więc… miałam święty spokój. – Patrzę Gabi prosto w oczy. – Ja zachowuję się jak ona, kiedy na mojej drodze stają zdecydowanie nie matki dzieciom. – Znowu uśmiecham się. – Ale ona ma inaczej. I zobacz… powiedziałaś, że te jej wyjątkowe studentki – sztucznie zniżam głos – te lewe zaczynają do niej ciągnąć niczym muchy do lepu. To o czymś świadczy. Setny banał dotyczący jej tzw, post czyli ukrytych komunikatów. Oczywista oczywistość. Ona gdzieś tam w środku swojej głowy cieszy się, że coś się wokół niej jednak dzieje, ale wciąż nie umie się sama sobie do tego przyznać, więc dziwacznie złości się lub udaje zdziwioną, kiedy te pannice ją zaczepiają.

– Masz rację. Powiem jej, żeby pogadała z tamtą szefową o tobie. O to ci chodzi? O tzw. byle pretekst do zagadania?

Tym razem to ja kiwam głową. – To nie będzie takie łatwe, bo przełamanie własnych hamulców nie przyjdzie jej tak łatwo, ale może się uda. – Cicho odpowiadam. – Zawsze warto spróbować. Ja sobie i tak jakoś tam bym poradziła, ale co dwie głowy to nie jedna. Ona będzie moim negocjatorem, a ja jej dobrą wiedźmą. A reszta niech się już zadzieje sama…

– Spróbuję ją dopaść jeszcze przed wyjazdem. Nie wiem czy mi się uda, ale jakby co dam ci znać, jak mi poszło.

– Super. – Uśmiecham się nieco sztucznie i bardziej do własnych myśli niż do Gabi.

Po chwili nasza rozmowa schodzi już na inne tematy. Po jakimś czasie razem wychodzimy na zewnątrz. Jedziemy do wielkiego centrum handlowego. Babski wieczór to i babskie zakupy. Wszystko szybko i na temat, bo żadna z nas nie lubi snuć się po sklepach całymi godzinami. Kiedy siaty stają się już pełne, a portfele puste, każda z nas rusza w swoją stronę. Ja zabieram ze sobą całą masę pomysłów na nowe teksty, a Gabol marszczy czoło zmęczona swoją własną burzą szarych komórek. Co prawda już nie ma to nic wspólnego z naszą rozmową o bliskiej dla niej osobie tylko z zawodowymi wyborami, przed którymi stoi, ale i tak sprawia wrażenie nieobecnej w tym wymiarze.

Dwa iście pani Dulskiej cmoknięcia powietrza na wysokości policzków ostatecznie kończą nasze spotkanie. Wygłupiamy się mówiąc: „Do zobaczenia kochanieńka. Pozdrów swojego mężusia i masę dzieciaczków. Pa, pa, pa”. W scenicznym geście machamy delikatnie dłońmi. Ostatecznie każda z nas rusza w swoją stronę.

___________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner