Jak nie kijem go, to pałką

Każdy ma swoje własne hobby. Takie czy inne. Ja uwielbiam snuć się po mieście. Czasami tędy, czasami owędy. Grunt aby gnać do przodu, a dokąd i po co to już zupełnie inna para kaloszy. Po prostu to kocham i tyle. Kiedy potrzebuję wymyślić jakiś tekst albo przepracować jakiś problem, ruszam w trasę. Bardzo często obojętne mi jest po co i dokąd, byleby przed siebie. A innym razem przez ułamek chwili zastanawiam się, co tym razem chciałabym zobaczyć płynąc przed siebie i prawie od razu łapię za plecak kierując się do wyjścia z mieszkania.

Obiad rodzinny dziś minął nam naprawdę przyjemnie. Awantur już nie było. Wszyscy dla wszystkich starali się był mili. Z pasierbem udało się ustalić jak, kiedy, gdzie i po co ma rozpocząć swoją pracę nad lepszą sylwetką i refleksem. Daleki Wschód chyba go zauroczył, więc – jak mawiali dziadowie – jesteśmy chyba już na dobrej drodze ku lepszemu jutru nas wszystkich.

Po wczorajszej rozmowie z potencjalnym wspólnikiem w lokalnym biznesie zaczęła mi czacha parować. Jemu pewnie też. Zaliczyliśmy długą dyskusję na temat zakrętów życiowych tak jego jak i moich. Zmagaliśmy się ze znakiem zapytania na czym polega męski i kobiecy punkt widzenia. Dlaczego kobiety widzą świat tak a faceci inaczej. Dziwacznie retoryczne zagwozdki padały co chwilę.

Jednak czerwona lampka w mojej głowie żarzyła się właściwie nieustannie. Pamiętałam o czym mi Gabi mówiła lata świetlne temu, sprawdzając jak potoczą się moje losy jako tzw. karierowiczki. Ten sam refren pojawiał się właściwie nieustannie. „Pomoże ci facet. On wniesie do twojego życia coś nowego. Ale uważaj… bo może się okazać, że…”.

Na samym końcu spotkania w moim pojęciu stało się jasne, że tak samo jak półtora roku wcześniej dla tego faceta dzieląca nas różnica wieku nie w pełni ma znaczenie. Stety bądź niestety takie sytuacje zaliczyłam już trzy razy, więc nie było sensu udawać, że problem nie istnieje. Gabi zdarzyło się już kilka razy z tego powodu zaszydzić, że mam w sobie coś z pedofila. I trochę było w tym racji. Moim niechlubnym rekordem prawie podrywu okazał się dwudziestojednoletni młodzian. Ja wtedy miałam czterdzieści sześć lat. Czy jest się czym chwalić? Kompletnie nie. Autentycznie nie.

Takie coś bywa nazywane skrzywieniem zawodowym. W moim przypadku tym zawodem jest umiejętność tworzenia tzw. opowieści różnej treści. A to za sprawą przypadku. Lata świetlne temu udało mi się w sposób nieplanowany zyskać tzw. korepetycje od osób w danym temacie wszechwiedzących. O jednej osobie już tu pisałam, a był nim Onanista, ale o drugiej jeszcze nigdy nie wspomniałam. Otóż… jeszcze w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku zaprzyjaźniłam się z seksoholiczką. Naprawdę… nie na niby.

Zabawne. Uwielbiam ten żart stanowiący pewnego rodzaju autosatyrę mojego życia. Otóż… to była pierwsza Ewa mojego życia. Śmieszne? Niekoniecznie. I absolutnie nie mam tu na myśli włażenia pod kołdrę tej pani, a raczej pobieranie u niej wirtualnych lekcji na czym dokładnie polega fach kurtyzany. Bo ta pani naprawdę szczerze kochała facetów i ich… męskość.

Ale wracając do tematu tzw. syndromu Kuguarzycy, czyli kobiety w średnim wieku lubiącej się zabawiać z bardzo młodymi kawalerami. Pamiętam swoje własne skrajne niemal zakłopotanie, kiedy dwudziestojednoletni młodzian, który w moim pojęciu był zabójczo wręcz przystojny, odchodząc z pracy podszedł do mnie i naprawdę szczerze powiedział: – To nie prawda, że jestem biedny. Nie z tego powodu tu pracowałem. Mam dzianych rodziców. Wyjechali. Będę przez kilka dni mieszkał sam. – Młody człowiek – metr osiemdziesiąt wzrostu, jasny blondyn, istny Brad Pitt za młodu – przywarł klatą do mojego ramienia, niemal mnie objął i szepnął do ucha – przemyśl to. – A potem odszedł.

Naprawdę nieistotne czy z jego strony był to żart, czy śmiertelnie poważna propozycja. To bez znaczenia. Sam fakt, że totalny małolat w ogóle z czymś takim wyskoczył do ryczącej czterdziechy już wiele mówiło o mnie samej. I to jest właśnie to skrzywienie zawodowe, o którym w kontekście mnie mało kto wie. Bo nie jedna osoba mogłaby spytać co ma wróżenie lub bankowość wspólnego z uwodzeniem oraz erotyką?

No właśnie, co?

Pies jest pogrzebany kompletnie gdzie indziej. Ani ja ekonomistka, ani jasnowidz, a przynajmniej nie na jasnym widzeniu przyszłości lubię się skupiać. Dużo lepiej czuję się na gruncie opisywania ludzkiej natury i potrzeb każdego z nas. Właśnie z tego powodu lata świetlne temu z wypiekami na twarzy pochłaniałam twory paraliterackie Onanisty, a potem również słuchałam na żywo opowieści Robiego Onanisty, bo on genialnie potrafił ilustrować własne poczynania i uzasadniać sens męskiego sposobu widzenia świata. Erotyka stanowiła podówczas jego własną idée fixe. Zaś wspomniana pierwsza Ewa mojego życia uwielbiała udzielać lekcji. jak najskuteczniej wprowadzić faceta w stan ekstazy. Niesamowita korepetytorka.

I tym szlakiem sunąc ku głównemu clue, czyli tropem najistotniejszego elementu mojego obecnego wywodu, rozmawiając z panem Fluent In English zapomniałam się. Dla mnie budowanie napięcia, splatanie andronów, z naprawdę dużą lekkością mówienie o erotyce, stanowi pewnego rodzaju odruch. To przypomina mimowolne rzucenie przez lekarza psychiatrę diagnozy dotyczącej powodów czyichś zachowań lub nawet zaburzeń. W moim przypadku zaś wystarczy, żeby facet grzmotnął czymś od tak, a ja niczym karabin maszynowy pojadę strzelając milionem pikantnych tekściorów lub chociaż sugestii, co najmniej jakbym opisywała sceny z filmu pornograficznego. I naprawdę dla mnie coś takiego jest łatwe jak splunął.

Jeżeli niefortunnie zdarzy mi się zapomnieć, bo np. daną osobę – w tym wypadku faceta – znam już od pewnego czasu i czuję się przy tym kimś swobodnie, to moja rubaszność staje się dla wielu czymś niemal szokująco Szwejkowatym. Ja po prostu umiem kichać takimi sformułowaniami. Aż boję się tu dać przykład, by nie zostać posądzoną o szerzenie treści pornograficznych.

No cóż, tak już mam. I tym razem również ten błąd popełniłam. Zapomniałam się. Choć Gabi słuchając mojej relacji z owego spotkania jedynie się roześmiała. „Ty i przypadek? Przecież to niemożliwe. Ty nawet przez przypadek wszystko robisz celowo”. I pewnie dziewczyna miała rację. Ja niekoniecznie bywam przewidywalna, za to z dużą swobodą można nazwać mnie boleśnie rozsądną.

Takie coś nazywa się wodzeniem Losu na pokuszenie. Dokładnie tą samą metodą – autentycznie na wpół świadomie – pobudziłam fantazję owego małolata i to do tego stopnia, że aż zapragnął zaprosić swoją prawie mamuśkę na tajemne tête-à-tête. Na własne szczęście posiadając umiejętność odbijania piłki udaje mi się czasami spłoszyć niechcianych gości. A robię to tak…

Inny małolat – w tym samym zakładzie pracy – zaledwie rok starszy od poprzedniego, czyli dwudziestodwuletni przystojniak, swego czasu również stanął wraz ze mną na scenie zwanej teatrem sugestii. Bawiliśmy się słowami przez dobry kawałek czasu. Ja jak to ja odruchowo wodziłam na pokuszenie. Mam swoją własną metodę, która zwalnia mnie z obowiązku kreowania się na Marilyn Monroe, za to wymaga ode mnie wykazania się niemałym intelektem. Wielu facetów to wbrew pozorom lubi.

Na jakimś tam etapie tej znajomości nastąpił tzw. moment przełomowy, czy też zwrot akcji, czyli naprawdę młody człowiek niby żartem zaczął mnie prowokować, by ostatecznie zadać pytanie, czy nie dałabym się zaprosić gdzieś tam na drobie tête-à-tête. Oczywiście ponieważ to niemal zabójczo inteligenty facet nie schodził z poziomu ironii opartej na bazie życzliwego poczucia humoru. A co zrobiłam ja…

Wiesz… nie dałabym rady dzisiaj. Idę do lekarza. On ma wolny termin tylko tego dnia. Muszę dostać receptę na mój lek. Pigułki mi się kończą, a bez nich zwykle zaczynam mieć te moje padaczkowe odloty. Tylko nie mów szefowej, że w ogóle coś takiego biorę, bo mnie zwolnią. W handlu z padaczką nie wolno pracować. Na szczęście w moich papierach nic o tym nie ma…”

Koleś zaczął się naprawdę gromko śmiać. Wszystko nadal utrzymywało się na poziomie żartu, ale sposób w jaki ja to zrobiłam, całkowicie go rozbroił. Palnął tylko równie uroczo, że ja to jednak umiem faceta zniechęcić i na tym sprawa się na dobre zatrzymała, nie mniej jednak…

Na bazie mijającego czasu – w moim przypadku coraz częstszych tego typu sytuacji – zaczęłam się ostatnio zastanawiać na czym dokładnie polega mój kłopot, dlaczego generuję tego rodzaju sytuacje i na ile rzeczywiście jest to jedynie mój kłopot, a na ile przez moich rozmówców błędnie interpretowana moja zaledwie rubaszność i swoboda w sposobie bawienia się słowami?

Z natury niemal chorobliwie wierna istota ze mnie. Jeśli wchodzę w jakąś relację głęboko, jeśli zanurzam się w konkretnej bliskości, nie w głowie mi skakanie z kwiatka na kwiatek. Jednocześnie jestem w pewnym sensie naturalistką. I nie mam tu na myśli chodzenia nago, ale raczej umiejętność opisywania ludzkich zachowań zabójczo niemal dosłownie. Stąd m.in. mój niekłamany talent w powoływaniu do życia opowiadań pełnych erotyki. (Dosłownie nie w przenośni).

Z tą częścią samej siebie – czyli z tzw. byciem grzecznie wierną – zderzyłam się ostatnio niemal czołowo. Zrobiłam bowiem coś, czym autentycznie zaskoczyłam samą siebie, szczególnie, że tym razem był to prawdziwie podświadomy odruch. Tyle tylko, że skrzynka odbiorcza nie należała już do faceta, czyli nie z powodu mężczyzny ów przekaz zawisł na fejsowym słupie ogłoszeń. Owym ogłoszeniem nie wprost dałam do zrozumienia, że jestem tak naprawdę do wzięcia.

W pracy zawrzało, kiedy znajomy gej przyuważył mnie na niekończących się dialogach na cztery nogi, które prowadziłam właściwie nieustannie z zadeklarowaną lesbijką. Pan gej nie wytrzymał i zaczął na mój temat mamrotać pod nosem. To z natury wiecznie roześmiany jegomość, z niego to dopiero Szwejk pełną gębą, więc nie potrafił się powstrzymać. Tamtej dziewczynie m.in. jego żarciki chyba nawet nie przeszkadzały do momentu…

I tu właśnie na scenę wszedł mój ukochany pan Podświadomość. Bo co zrobiłam ja… no co zrobiłam? Otóż kiedy fejs zaproponował mi umieszczenie na własnym słupie ogłoszeń starego wspomnienia, nie zawahałam się nawet przez chwilę i przycisnęłam guzik – udostępnij. Fotografia w moim pojęciu przedstawiała coś skrajnie niemal banalnego – mnie i Agatę, kiedy kupowałyśmy wspólnie wykładzinę do mojej nowo wyremontowanej kuchni. To wszystko. Nic dodać nic ująć.

Dopiero po kilku dniach dotarło do mnie, jak to zdjęcie zostało zinterpretowane przez ubranżowione istoty. Nie od razu, ale po chwil paru, zatkało mnie z wrażenia. Zupełnie jakby nagle czas się cofnął. Jakbym znowu pracowała na Krakowskim Przedmieściu w księgarni. Stała z młodą laską w niewielkim pomieszczeniu. Opowiadała o czymś tam i waląc nieco bez sensu imitację przekleństwa w formie – kurczaczki! – dodając, że tak mawiał mój pierwszy mąż, zobaczyła jak słuchająca mnie laska zaczyna się nagle niemal histerycznie śmiać. To wyglądało tak jakby moje wystąpienie ta pani uznała za mało udane kłamstwo. Nie umiem wyjaśnić dlaczego, ale po prostu wiedziałam, że ona nie uwierzyła w żadne z moich słów, wychodząc przy tym z założenia, że z przyczyn dla niej oczywistych nigdy nie mogłam być mężatką.

Wciąż pamiętam, jak tamtego dnia nie od razu pojęłam co się dzieje. Pod skórą czułam, że wiem, jednak wciąż brakowało mi na to dowodów; potwierdzenia, że się nie mylę. Na moje szczęście niemal w tym samym momencie do tegoż właśnie pomieszczenia weszła zupełnie inna pracownica księgarni. Młoda dziewczyna, która miewała kłopoty z byciem miłą dla ludzi. Znałam ją – jak również pozostałą grupę tamtejszych pracowników – zaledwie od kilku dni. Mimo to nawet mnie zaskoczył jej wygląd. Była ubrana w stylu nieco innym niż wcześniej, jakby nagle zapragnęła silniej niż dawniej podkreślić własną kobiecość. Ni z tego ni z owego miała zrobiony mocny makijaż, miała na sobie miniówkę i omiatała mnie dziwacznie pociągłym spojrzeniem.

Koleżanka, która chwilę wcześniej słysząc owe „kurczaczki” zaczęła się dziwacznie śmiać, w jednej chwili oprzytomniała. Właściwie odruchowo rzuciła w stronę nowo przybyłej dziewczyny: – A coś ty taka dzisiaj odpicowana jak stróż w Boże Ciało?

W tej samej chwili w moim pojęciu nareszcie padło zdanie, które stało się dla mnie cudownym światełkiem w tunelu, prawdziwym olśnieniem. Bowiem odpicowana młoda dama udzielając koleżance odpowiedzi swe posuwiste spojrzenie skierowała w moją stronę i niemal namiętnie wyszeptała: – Bo nigdy nie wiadomo kogo się spotka danego dnia i jakie się na nim zrobi wrażenie. Kto wie, może nawet coś z tego będzie. – Czy jakoś tak to zabrzmiało.

Słowo honoru, odebrało mi mowę z wrażenia. W życiu żaden facet nie grzmotnął mi takiego komplementu, jak tamta pani. Naprawdę. Biję się w piersi. Ani wcześniej ani później nie usłyszałam niczego równie zaskakującego w swoim wyrazie. Po dziś dzień aż mi ciarki spływają po plecach, kiedy przywołuję to wspomnienie.

Owego dnia po powrocie do domu, wciąż trwając w stanie tzw. osłupienia, niemal odruchowo opowiedziałam Jesterowi o tym dialogu. Niejeden psycholog grzmotnąłby teraz, że krył się za moim działaniem określony cel, ale ponieważ Jester to dwustuprocentowy facet nie wychwycił owego „kontekstu”. Ja zaś już w całkowitym milczeniu pozwoliłam by moje myśli zaczęły szaleńczo biegać w kółko. Jedno zdanie niczym mantra rozsadzało mi głowę: – Jezu, udało się.

Pamiętam również sen, który poprzedził owo zdarzenie. W Morfeuszowej wizji dane mi było zobaczyć samą siebie stojącą w piwnicy tamtej księgarni i patrzącą, jak zbliża się do mnie coś w rodzaju mrocznego tsunami. Wiedziałam w tym śnie, że mrok tego czegoś mnie zaraz zaleje i całkowicie pochłonie, czyli w pewnym sensie przemieni. Bałam się i jednocześnie wiedziałam, że nie jestem już w stanie uciec. Po chwili rzeczywiście ściana półmroku otuliła mnie, by niemal natychmiast popłynąć dalej. A ja w tym śnie wciąż stojąc wśród książek i skupiając się tylko na jednej myśli zaczęłam się uśmiechać. „Ojej, nic się nie zmieniło. Jest tak samo jak przedtem, mimo że to już nie ta sama ja”.

I właśnie tak się stało. Przyklejono mi do czoła etykietkę. Ludzie zaczęli postrzegać mnie kompletnie inaczej niż dawniej, a jednocześnie to byłam ciągle ta sama ja. Po pracy miałam wrócić do ciągle tego samego domu, w którym czekała na mnie nadal ta sama rzeczywistość. Mimo to jednak ów sen zapowiedział mi, że przemiana właśnie się dokonała i już kompletnie nic tego nie zmieni. Tama właśnie pękła.

To zdarzenie wiele mnie nauczyło. Życie podówczas udzieliło mi naprawdę cennej lekcji, której nie zbagatelizowałam.

Otóż nie zawiesiłabym zdjęcia z Agatą (made in Kodeń), gdyby nie drobne zdarzenie poprzedzające ten fakt. Przyczyną stał się banalny niuans jeszcze w grudniu na tym blogu opisany, który w mojej głowie stał się czymś przypominającym scenę z filmu. Na swój sposób coś niesamowitego.

Wciąż pamiętam jak Gabi spory kawałek wcześniej bawiąc się ze mną w przepowiadanie przyszłości cudownie celnie opisała tę sytuację, ale dopiero kiedy kolejne zdarzenia miały miejsce, w pełni pojęłam sens owej przepowiedni.

W pierwszych dniach stycznia zawiesiłam zdjęcie z Agatą. A właściwie nie zdjęcie, ale całą galerię zdjęć. Tzw. selfie we dwie, które to następujące po sobie selfie, bo było ich kilka, pokazywały nas w trakcie robienia wspólnych zakupów. Kilka dni później na profilu wspomnianej przeze mnie gadatliwej koleżanki z pracy pojawiło się coś podobnego. I tam właśnie w komentarzach zobaczyłam ostrą wycieczkę słowną pana Szwejka – mojego kolegi geja z pracy – dzięki czemu ostatecznie „załapałam” czym udało mi się spłoszyć młodą damę i przy tym zadziwiająco silnie przykuć do siebie uwagę fejsbukowych widzów tego zdarzenia.

Pan Szwejk puścił bowiem plotkę, że Agata to nie tylko moja była obecna psiapsióła, ale coś vel ktoś więcej… tym samym dał światu do zrozumienia, że wbrew pozorom do samotnych chyba nie należę. A nawet jeśli teraz jestem sama, to zdecydowanie nie szukam nowego męża… ale raczej żony.

Obie z Agatą umarłyśmy ze śmiechu. Agata powiedziała jedynie: „Stara, to ja cię kiedyś zapoznałam z Policjantką. To ja z nią i jej znajomymi lesbami za młodych lat snułam się po barach gejowskich. Przywykłam do pomówień. Jak trzeba to daję ci przyzwolenie. Możesz sugerować co dusza zapragnie. Jak zajdzie potrzeba nie zaprzeczę”.

Fuck! – tylko na tyle się zdobyłam kończąc rozmowę z Agatą. Dotarło do mnie, że znam nawet imię i nazwisko owego impulsu, który spowodował, że ustawiłam to zdjęcie i zdecydowanie to imię nie brzmi Agata. Nie byłam w stanie uwierzyć, że aż tak odruchowo umiem reagować w „trudnych sytuacjach”. To było coś… no po prostu niesamowitego.

Gabi przepowiednia była bowiem taka oto: To wszystko zadzieje się wtedy, kiedy nie będziesz już niczego szukać. Przestaniesz się spodziewać czegokolwiek, wręcz zaczniesz uciekać od wszelkich minionych achów i ochów. Kto inny stanie na twojej drodze. Ten ktoś spowoduje, że zacznie się wokół ciebie robić tak jakby poważnie i wtedy właśnie… – Gabi niczym prawdziwa wiedźma zrobiła aktorską przerwę na długi oddech – nie od razu jednak podejmiesz decyzję. Dwie opcje zaczną ze sobą walczyć. Totalny przypadek spowoduje, że pod wpływem impulsu obrócisz się na pięcie i ponownie ruszysz ku przeszłości.

Zdjęcie Agaty stało się swoistym anonsem prasowym. Siedząc na spotkaniu z panem Fluent In English przez chwilę zastanawiałam się jakim anonsem prasowym musiałabym się posłużyć, żeby również on odskoczył jak oparzony. Niestety faceci niekoniecznie łatwo dają się spłoszyć. Przyszły pan dyrektor rozmawiając ze swoją potencjalną wspólniczką – tzw. autorką tekstów pornograficznych – przez naprawdę długi czas może błędnie interpretować jej uwagi; jej czyli moje. Bywają bowiem i takie sytuacje, kiedy dziesięć lat różnicy wieku (na niekorzyść kobiety) przestaje stanowić przeszkodę…

Ostatecznie jedno przeszło mi przez myśl, kiedy siedząc przy jednym stole z własnym pasierbem widziałam jego minę. Mimo wszystko warto będzie zaryzykować. Konrad chyba na dobre i całkiem na poważnie podjarał się pomysłem szarpania za wszarz innych facetów, a to w tym wszystkim najważniejsze. Ufam, że szanowny pan Fluent In English poznając nowych ludzi spotka również swoją prawdziwą damę serca, dzięki czemu mnie przestanie w ogóle zauważać. Grunt to optymizm. Szklanka przecież zawsze musi być do połowy pełna.

__________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner