Wallenrod

Znać własny problem. Już wiedzieć, zdawać sobie z tego sprawę, że się przed nim, przed tym kłopotem, nie ucieknie. Być dotkniętą namolnym skrzywieniem zawodowym, a jednocześnie w oniemieniu przyjmować do wiadomości co od zawsze stanowiło problem, tylko się go nie chciało widzieć. To trochę jak odkryć, że jest się osobą silnie niedowidzącą, ale wciąż udawać się ma wzrok sokoła, czy innej sowy.

Rodzinna kłótnia, nagła i zabójczo niemal głośna, dla nikogo chyba nie stanowi przyjemnej formy spędzania urlopu. Wszystkie przeklęte regułki zapisane w podręcznikach do psychologii spadają na głowę i kąsają z każdej strony, jakby rozszarpują człowieka od środka, a jednocześnie wiadomo, że nie wolno będzie się nimi posłużyć, zacytować, zasłonić się cudzymi mądrościami. Przeklęta praca u podstaw, kiedy to trzeba innym tłumaczyć nieco naokoło co dokładnie ma się na myśli i z jakiego powodu dobrze się zna oraz rozumie schematy ludzkich zachowań.

Autyzm. Bardzo trudna dolegliwość. Tak naprawdę przybiera różną formę. Nie u każdego występuje z tym samym nasileniem. Tym właśnie jest Zespół Aspergera. Głównie faceci „zapadają na tę chorobę”. Kobietom stosunkowo rzadko się to przytrafia. U mojego syna wykryto to zaburzenie, czy też zdiagnozowano elementy autyzmu dopiero, kiedy skończył jedenaście lat. Ale bywają osoby, które na tyle słabo uzewnętrzniają własne niedomagania, że ich kłopot nigdy nie zostaje opisany przy użyciu konkretnej definicji. Wtedy tak naprawdę tylko osoby dość często stykające się z owym problemem są w stanie wychwycić szereg niuansów dotyczących podłoża zachowań konkretnego chłopaka bądź już całkiem dorosłego mężczyzny.

U mojego pasierba zaburzenia emocjonalne zauważyłam już kiedy miał zaledwie jedenaście lat – czyli nieco analogicznie do mojego własnego syna. Zdając sobie sprawę z tego, że nie mam prawa oceniać ani doradzać, zaniechałam podejmowania jakiejkolwiek dyskusji z mamą mojego ulubionego Wallenroda, czyli po prostu Konrada.

Z roku na rok coraz częściej zdarzało mi się widzieć, że ten chłopak jest bardzo delikatną osobą, ale jako zaledwie koleżanka jego mamy nie miałam prawa sugerować komukolwiek czegokolwiek w kontekście zajmowania się tym młodzieńcem. Kiedy w 2010 roku moje drogi życiowe ostatecznie bardzo silnie splotły się z codziennością jego babci, powoli zaczynało do mnie docierać, że losy tego młodzieńca stają się częścią mojego przeznaczenia, że jego babcia z chwili na chwilę zacznie tracić siły i niańczenie go przestanie być dla niej możliwe, więc na mnie spocznie obowiązek poświęcenia temu chłopakowi należnej mu uwagi.

Krzyk. Stosunkowo rzadko zdarza mi się podnosić głos. Kiedy jednak ma to już miejsce, przyczyna bywa realna. Oczywiście moja reakcja niekoniecznie miewa logiczne uzasadnienie, mimo to jednak stanowi bardzo konkretną ilustrację moich emocji, więc i bardzo często lęku przyjmującego formę nieposkromionego gniewu. I tak się stało tym razem. Konrad – już bardzo dorosły facet, bo trzydziestodwuletni – zawetował słuszność szukania dla siebie pracy. Skończył studia na UW. Obronił tytuł magistra, ale na tym postanowił zakończyć własną walkę o tzw. karierę życiową.

Nigdy tak naprawdę nie pracował. A przynajmniej brak mu dowodów na to, że w jakikolwiek sposób zarabiał, bo nigdy nie zatrudniono go na jakimkolwiek etacie. Chcąc więc znaleźć dla siebie tzw. godną pracę ograniczył prawdopodobieństwo pozyskania jakichkolwiek propozycji do zera. Wg każdego z potencjalnych pracodawców fakt jego ciągłego siedzenia w domu przed komputerem stanowiłby potwierdzenie, że ma styczność z osobą nie tylko skrajnie niekompetentną, ale również z natury leniwą bądź lękliwą.

Stając oko w oko z tym problemem, obrywając po oczach od pana Losu ostrym światłem prawdy, przed którą uciec się już nie da, z którą niemal natychmiast trzeba się pogodzić, poczułam coś w rodzaju bezsilności. Bo to jest od siedmiu już lat mój syn, pasierb, ale nadal syn. Nie ważne, że zaledwie piętnaście lat ode mnie młodszy, ale i tak zależny emocjonalnie m.in. ode mnie więc i za jakiś czas ekonomicznie również. Wychodząc z mieszkania cioci, wciąż dysząc pod naporem własnej irytacji, czułam jak moje szare komórki zaczynają coraz szybciej pracować. Spacer, tylko to mogło mi pomóc się wyciszyć. Nie był ważny mróz, utrudnienia na drogach nie stanowiły przeszkody, święty spokój i tzw. zziajanie było najważniejsze, bo dawało szansę na moje rozładowanie emocji.

Po doczłapaniu się do domu i czując wreszcie bardzo silne fizyczne zmęczenie powoli zaczynałam rozumieć sens własnych wcześniejszych działań. U mnie nic nigdy nie dzieje się bez powodu. Właśnie ten schemat lubię nazywać intuicją. Po prostu czuję, że w danej chwili obierany przeze mnie kierunek jest dobry, mimo iż w danym momencie jeszcze nie umiem wytłumaczyć dlaczego.

Tak było z książkami. Pracując przez chwilę w biurze księgarni, obserwując jak Jabu, czyli kolega zajmujący się literaturą wojenną i wojskową, sprawdza oferty rynkowe, jak prowadzi rozmowy z klientami, jak umie wchodzić w dyskusję i nawet nie znając zbyt dobrze danego tematu i tak podejmuje się polemiki przy tym obiecując, że w wolnym czasie przyjrzy się poruszanej tematyce, byłam nie tylko pod wrażeniem, ale również czułam się silnie zainspirowana. Ten facet ma prawdziwy talent – tylko taka myśl przychodziła mi do głowy.

To właśnie za sprawą Jarka wynalazłam książki – w pewnym sensie stare podręczniki – wiążące się z tematyką dalekowschodnich sztuk walki. Przyglądając się działaniom mojego pana kierownika wolno, ale konsekwentnie, tworzyłam własną wizję powołania do życia oddzielnego działu tematycznego. Ten pan nie tylko miał talent, on również miał łeb na karku, choć sam bodaj nie w pełni zdawał sobie z tego sprawę. To tzw. typ nawiedzonego oszołoma – trochę jak mój tata, którego zaraz po wojnie wcielono do armii, gdzie zakończył swoją karierę jako pułkownik. Ale nie chodzi mi tu o wyśmiewanie się z kogokolwiek w jakikolwiek sposób. Raczej mam tu na myśli realny podziw, jakim darzyłam i nadal darzę obu tych panów.

Zainspirowana tą myślą weszłam na chyba nieśmiertelnego już Facebooka i zaczęłam przedzierać się przez gąszcz kolejnych linków i haseł, żeby ostatecznie odszukać mojego ulubionego kolegę sprzed lat. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu odkryłam, że dział wojenna.pl już nie istnieje. W pierwszej chwili zrobiło mi się przykro, ale zaraz potem niczym Pomysłowy Dobromir doznałam olśnienia. Czyli bodaj nie bez powodu jakiś czas temu ten pan – Jarosław Jabłoński – nagle zaczął sprawdzać mnie na Facebook’u? Wow! Tylko tyle przyszło mi na myśl.

Pomysł mam dobry. Wiem o tym. Kilka pieczeni przy jednym ogniu. Pan Jarosław na nowo robi to co kocha. Ja bawię się w reklamowanie tego co niekoniecznie jest moim hobby, ale szanując cudzą pasję… A cała reszta świata dostaje to o czym marzy, choć jeszcze z tego marzenia nie w pełni zdaje sobie sprawę.

A gdzie w tym wszystkim miejsce dla mojego pasierba? Gdziekolwiek byleby tylko zaczął coś robić, np. żeby zaczął chodzić na zajęcia do Sifu Marka Mikulskiego. Na początek to by wystarczyło. Chłopak pozbawiony wzorców męskości, którego to młodzieńca od zawsze otaczały właściwie tylko kobiety, który przez chwilę miał ojczyma, ale z którym to ojczymem dość krótko miał styczność, niby jak miałby się nauczyć bycia prawdziwym facetem oraz umiejętności okazywania szacunku innym? Żadna terapia – czy to indywidualna, czy grupowa – nie jest w stanie takiemu facetowi pomóc. Tylko aktywne i praktyczne działanie jest w stanie Aspergerowca pobudzić do działania i nauczyć w jako tako płynny sposób radzić sobie z samodzielnością emocjonalną.

Wzorce. Silne archetypy. Ten schemat, który od dawien dawna lubiłam nazywać ikoną. Wszystko to w moim pojęciu stanowi tzw. podwaliny, czyli fundament działań każdego z nas. Jeśli nie bazujemy na czymś stałym i pewnym, nasza własna wieża Babel prędzej czy później musi runąć.

Tak jest ze wszystkim w naszym życiu. Każde małżeństwo się wtedy kończy, jeśli partnerzy zawieszają broń i nie podejmują ze sobą jawnego dialogu. Tak bywa z nauką. Można zacząć studia, ale ich nigdy nie uwieńczyć dyplomem, jeśli uprawiamy zaledwie sztukę dla sztuki. Podobnie bywa z zakładaniem firmy. Niemal każdy interes upadnie, jeśli już na wstępie nie stworzy się tzw. wyjść ewakuacyjnych. Jeśli pierwsza opcja nie zda egzaminu i ugrzęźniemy po uszy w kosztach a nie zyskach, to trzeba będzie zakasać rękawy i ruszyć w inną stronę. Oby do przodu. Choćby i pod górę, ale do przodu i bez zbędnego zatrzymywania się.

Konrad już dawno temu stał się dla mnie osobą ważną. Jako młodzieniec pozbawiony należnych mu wzorców wymaga z mojej strony silnego nakładu pracy i zaangażowania. Ale skoro z moim Bartkiem dawno temu się udało, to i z ukochanym pasierbem być może jakoś pójdzie. Tyle tylko – i tu jest pies pogrzebany – bez zewnętrznej pomocy mi się to nie uda. W przypadku Bartka pomógł mi Synapsis, czyli ludzie zajmujący się Aspergerowcami. Oni nauczyli mojego syna, jak najłatwiej mu będzie poruszać się wśród ludzi „normalnych”, żeby dać radę ich rozumieć i stać się zrozumiałym dla nich. Z Konradem to nie jest takie proste. Dlatego nie do Synapsisu z tą prośbą mogłabym się zwrócić.

To trochę jak w Stupa House. Wchodzi się do sali w celu medytacji i wykonuje się pokłon w stronę posągu Buddy – czyli tak naprawdę w tym wypadku obrazu Karmapy – po europejsku rzecz ujmując mistrza tej szkoły walki, z prośbą o pomoc w pracy nad naszym wyciszeniem wewnętrznym. W moim świecie wewnętrznym na fundamencie składającym się z tego rodzaju obrazów i skojarzeń opierają się wszystkie decyzje. Dlatego każdy element noszący w sobie nawet ciche nuty elementów dalekowschodniej kultury działa na mnie niczym magnez. Przyciąga nawet jeśli sama jeszcze nie w pełni zdaję sobie z tego sprawę.

Bardzo chciałabym móc czymś takim zarazić własnego pasierba. Pomóc mu w uwolnieniu się od dawnych potworów i demonów przeszłości. By nareszcie mógł zobaczyć, że nie ma konieczności naśladowania własnych rodziców. Można ruszyć w kompletnie innym kierunku, niż uczyli nas tego nasi bliscy. Mi co prawda praca nad tego rodzaju metamorfozą wewnętrzną, nad przebudowaniem własnych wartości i sposobu patrzenia na innych ludzi, zajęła szmat czasu, ale naprawdę warto było. Mam więc nadzieję, że Konrada też uda mi się koniec końców zmobilizować do ruszenia tyłka z wygodnej kanapy i wyjścia na zewnątrz do ludzi.

__________

 

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner