Surpriza

Nagle wszystko wokół jakby poważnieje. Zwykle taki stan określam nagłym zwrotem akcji. Najpierw Voy daje znać, że Onet likwiduje darmowe blogi. Szybko ruszam więc do akcji ściągania starych zapisów. A po chwili bawiąc się w to popadam w niechcianą zadumę.

Wspomnienia dopadają. Stare słowa atakują bez ostrzeżenia. Robi się smętnie. Nie wszystko brzmi optymistycznie. Zarys bardzo odległej predykcji zaskakuje. Cichy głosik w głowie zaczyna nagle stawać się głośniejszy, by stopniowo nabierać rozpędu i ostatecznie przejść do poziomu wrzasku. Zgodność przypuszczeń z późniejszą codziennością odbiera mowę. Miłe chwile niczym wizualne echo wracają. Stare postanowienia zrealizowane. Marzenia spełnione. Prawda niemal wyśpiewana. Cudzy uśmiech przyłapany na gorącym uczynku.

W trakcie pracy nad jednym przychodzi wiadomość o czymś kompletnie różnym. Lici składa ofertę i jednocześnie prośbę o przelanie na papier jej wspomnień. Patrząc na litery błyszczące na ekranie własnego telefonu nie mogę uwierzyć, że aż tak daleko posunięte sploty zdarzeń istnieją. Właśnie przepisuję własne opisy naszych dialogów – jej i moich – kiedy ona bez wcześniejszej zapowiedzi odzywa się do mnie.

Długą chwilę tracę poczucie rzeczywistości. Odpływam do własnej wewnętrznej krainy. Natrętne skojarzenia nie dają spokoju. Lici w 2010 roku widziana przeze mnie u boku faceta, którego miała poznać dopiero w 2015 roku. Obecnie matka dwojga dzieci, które jej przepowiedziałam. I wspomnienie mojego rozedrgania w 2011 roku, kiedy Lici prawie umarła na stole operacyjnym podczas rekonstrukcji jej piersi.

To właśnie wtedy dostałam napadu tak silnej paniki przesączonej prawie całkowitym brakiem kontaktu z rzeczywistością, że ostatecznie Lici uparła się, żebyśmy wspólnie odwiedziły moją panią doktor. A moja panika wiązała się jedynie z makabryczną przepowiednią, jakiej byłam mimowolną i na wpół świadomą autorką.

Trochę podobnie do ostrego „albo albo” dotyczącego naszego kolegi z działu – który z powodu silnego artretyzmu miał szereg zabiegów. Artur prawie umarł. Na szczęście prawie czyni dużą różnicę. Był w tak ciężkim stanie, że wg kart jego życie wisiało na bardzo delikatnym włosku. Miłość kobiety i jej nadzieje oraz namawianie Artura do przetrwania pomogło. Ale to był w pewnym sensie cud, to po prostu był cud. I po powrocie do normalności on sam to przyznał.

Tego było naprawdę sporo w moim życiu. Ale Lici od lat stanowiła moją wizytówkę. Była na swój sposób modelką pozującą do zdjęć wykonywanych przeze mnie słowami i wizjami a nie aparatem fotograficznym. Po chemii jakiej została w ramach terapii poddana wg lekarzy kompletnie nie było możliwe macierzyństwo w jej przypadku. A w swoich natrętnych niemal obrazach i w kartach zawsze widziałam coś zgoła odmiennego.

Pamiętam jak Lici mi opowiadała o swojej rozmowie z lekarzem, który przygotowywał ją do poprawy wyglądu. Kiedy powiedziała mu, że ostateczny zabieg operacyjny musi odłożyć w czasie, bo właśnie zaszła w ciążę, jej doktor przez naprawdę przez długą chwilę zaniemówił. To była jedna z przyjemniejszych niespodzianek w życiu Lici.

Lidia – moja najwspanialsza wizytówka. Cudowna istota, która mi po operacji usunięcia guza mózgu pomagała wrócić do normalności. Kobieta wspierająca wszystkich ludzi wokół siebie, którzy nie do końca potrafili się jej odwdzięczyć. Młoda i urocza kobieta, która bardzo długo czekała na swoje własne szczęście. Osoba, o której można byłoby pisać w nieskończoność i jeszcze dłużej. Właśnie ta osoba poprosiła mnie o wejście z nią we współpracę. Cudowna niespodzianka.

No po prostu… coś… sama nie wiem jak to nazwać.

_________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner