Żałoba

 

Keanu_Reeves

– Aleś ostatnio zarobiony, stary. Tysiąc lat śmy się nie widzieli. Jacek, kiedy ostatni raz zapuściłeś się do centrum miasta? – Marcin uniósł się nad krzesłem, wyciągnął rękę do kolegi i z uśmiechem wymienił uściski. Wysoki brunet o masywnej budowie ciała siadając odpowiedział równie szerokim uśmiechem.

– Jak się mieszka na zadupiu, to się nie bywa w Galerii Centrum, bo za daleko. – Jacek przyznał nadal się śmiejąc. – A co tam u was? U ciebie i Magdy.

– Stara bida. Dzieciaki podorastały… ale zaraz ci wszystko opowiem, tylko choć najpierw coś zamówimy. Ty samochodem, czy nie? Walimy po piwku, czy po babsku woda z cytrynką i słomką? – Marcin sięgnął po menu i otworzył na pierwszej z brzegu stronie. Zaczął powoli kartkować i wodzić wzrokiem po tekście. Gęste i nieco przydługie włosy opadały mu na czoło. Siwe kosmyki mieszały się z kruczo czarnymi i lekko kręconymi pasmami. Miał pulchne policzki i bardzo szerokie ramiona. Po dłoniach było widać, że nie tylko do przekładania papierów mu służą.

– Już nie piję – Jacek wolno i cicho odpowiedział po dość długiej przerwie. – Przestałem dwa lata temu. – Zamilkł.

– Czyli woda z cytrynką – odpowiedział Marcin nie podnosząc głowy znad listy napoi. – A będziesz miał coś przeciw temu, że ja sobie jednak golnę trochę promili? – wolno uniósł głowę i spojrzał przyjacielowi w oczy.

– Nie. Nie będę miał. Przywykłem. Zawodowo mam ciągle styczność z alkoholem. Nie robi to na mnie chyba już żadnego wrażenia. – W głosie Jacka dawało się wyczuć swoistą rezygnację i przygnębienie.

– Patrz… – Marcin wolno odłożył kartę i przechylając się nieco do tyłu założył ręce na piersiach. – No popatrz, a tak bardzo lubiliśmy kiedyś balować. Ty to ostry zawodnik byłeś. Potrafiłeś w dwie godziny obalić sam całą flachę i jeszcze trochę, a nadal nie było po tobie widać, że jesteś nachlany w sztok. Laski to w tobie lubiły. No i… nadal nie rzuca się w oczy, żeby ci wątroba odmówiła posłuszeństwa. Nie widać u ciebie zmian na twarzy.

– Że nie mam czerwonego ryja, do tego pilisz… – Jacek zaczął się śmiać. – To już taka nasza rodzinna uroda. Promili sporo, a znaków szczególnych zero.

– A z Krychą nadal mieszkasz? – Marcin zapytał już nieco bardziej poważnie.

– I tak, i nie.

– To znaczy? – Marcin ściągnął brwi.

– Nie jesteśmy razem od dobrych… nawet liczyć mi się nie chce. Od bardzo wielu miesięcy. Nie mieszkamy i nie zamieszkamy już razem. Ale jak najbardziej nadal się znamy. Mówimy sobie dzień dobry i nie mamy na papierze zapisanego rozwodu, bo ani jej, ani mi się nie chce bawić w snucie się po sądach. Ale umowa jest jasna. Jeśli któreś z nas jednak zacznie z kim innym żyć na tzw. pewniaka, ta osoba sama się pofatyguje do odpowiedniego okienka i złoży pozew z dopiskiem za obopólną zgodą.

– Rozumiem. – Marcin kiwnął głową.

– A ty i twoja Madzia? – Jacek uśmiechnął się jakby połową ust.

kominek

– Wiesz… nasze dzieciaki już dorosły. Jarek jest na drugim roku zarządzania. Sylwunia zdała maturę i dostała się na lingwistykę stosowaną. Oboje są zajęci. Córa już z nami nie mieszka, bo studiuje w innym mieście. Wiesz, Jagielonka, te sprawy. A Jarek ma dziewuchę od wielu lat tę samą. Przebąkują coś o ślubie. Mieszkają razem od wielu miesięcy, więc tak naprawdę jego też nie ma. – Marcin westchnął. – Stare chłopy z nas, to i dzieci mamy dorosłe. A jak tam twój Maciek?

– On to już stary dziad. Przecież myśmy z Krychą dzieciakami byli, kiedy on się urodził. No ile ja tam wtedy miałem… no ile lat? Dwadzieścia trzy? A Krycha dwadzieścia jeden? Facet, mój synalek to teraz pan dyrektor przez wielkie de pisany. On to dwadzieścia pięć lat skończył dwa miesiące temu.

– Dyrektor?

– A żebyś wiedział. W jednej z tych budowlanych firm, które w całej Europie się plenią.

– Jak grzyby po deszczu? – Marcin się zaśmiał.

– Coś w tym guście. Wiesz… burżuazyjne coś tam.

Marcin jeszcze głośniej się zaśmiał.

– Ty i te twoje makaronizmy, angloizmy i francuszczyzna od siedmiu boleści.

Jacek też się zaczął nieco głośniej śmiać. – Na tym mój urok polega. Słaby przystojniak ze mnie, to chociaż na gadane laski biorę od zawsze.

– Słaby przystojniak? – Marcin pokiwał głową imitując przy tym wyraz politowania. – Metr dziewięćdziesiąt, brunet, zero brzucha, prawie brak siwizny i ty mówisz, że słaby…? Taaaa… – Marcin westchnął. – Fałszywa skromność to twoja specjalność.

– Słuchaj – Jacek mu przerwał, jakby chciał urwać temat. – A jak tobie się układa z Madzią. Pamiętam, jak narzekałeś te przeszło dwa lata temu, że nie macie ze sobą już o czym gadać. Poprawiło się coś między wami?

Marcin pokręcił głową. Niemal bezgłośnie westchnął. – Dawniej były dzieci. – Przyznał cicho. – Teraz jesteśmy już tylko we dwoje. Ona ma swoje szalone hobby. Wiecznie gdzieś jeździ. Spotyka się z ludźmi, których kręci ta jej cała psychoanaliza. A mnie to męczy. Z roboty wracam zmęczony. Nie chce mi się gadać o przemianie wewnętrznej, transformacji, emocjach, marketingu szeptanym, terapii ruchem i nie wiem czym tam jeszcze. Ma te swoje wszystkie fakultety. Prowadzi szkolenia. A ja nie. Mam swój zakład. Zarabiam sporo. Robię to, co lubię, ale po pracy wracam zmęczony i mam ochotę odpocząć, a nie snuć się w ślad za gwiazdą nowej ery, czyli za panią terapeutką sławnych ludzi.

dziura

– Czyli pruje się w szwach to wasze małżeństwo? – Jacek wtrącił cicho.

– Jak i u ciebie. Tak i nie. Tyle tylko, że my się rozchodzić nie planujemy. Po prostu… białe małżeństwo i tyle. Ale czemu się dziwić? Większość ludzi w pewnym wieku dochodzi właśnie do tego punktu.

– Piąty krzyżyk głęboko patrzy nam w oczy. – Jacek uśmiechnął się, ale nie wyrażając tym radości, ale raczej gorycz.

– Jacek, dlaczego wyprowadziłeś się od Kryśki? – Marcin zawiesił spojrzenie na twarzy kolegi. W jego głosie dawało się wyczuć zaniepokojenie.

– Czyli pytasz dlaczego piłem? – Jacek zmarszczył nos. – Bo tak naprawdę tylko promile mi pomagały tyle lat przy niej wytrzymać. Sam nie wiem co ci odpowiedzieć. Może przyzwyczajenie? – westchnął. – Na spotkaniach AA kilka fajnych rzeczy usłyszałem. Na kroki się nie załapałem, bo praca mi to uniemożliwiła. Albo zarabia się na życie, albo się przesiaduje w kółeczku i gada wiecznie o tym samym. Ale parę razy byłem. To co było najfajniejsze, bo gorzka prawda dotycząca codzienności każdego alkoholika.

– Czyli? – Marcin wtrącił.

– Pierwszy kieliszek bywa jakoś tam uzasadniony. Drugi jest dla wyluzowania. Ale trzeci i czwarty przestaje mieć jakiekolwiek uzasadnienie, to już tylko nałóg pomagający w uciekaniu od prawdy o sobie. A moją prawdą było, że nigdy Kryśki nie chciałem. Po prostu układ z nią był wygodny. Do tego moje skakanie na boki dawało radę uzasadnić promilami. No bo wiesz… człowiek się zapomina, kiedy wóda mu we łbie zakręci, więc nie może ponosić odpowiedzialności za każdy ze swoich grzechów. Dobrze gadam? – Jacek uśmiechnął się krzywo. Marcin pokiwał głową nie siląc się nawet na podjęcie tematu. Sarkazm przyjaciela był w tym przypadku jak najbardziej uzasadniony. – No i… na tych całych zlotach AA dowiedziałem się bardzo ważnej rzeczy. W sumie to zawsze o tym wiedziałem, ale tamte spotkania pomogły mi utwierdzić się w przekonaniu, że tak naprawdę każdy człowiek rzucając jeden nałóg, sięga po jakieś tam równie nałogowe zastępstwo. Spryt polega na tym, żeby ten kolejny nałóg stał się nie tylko zdrowy w skutkach, ale czasami też przydatny dla innych.

– No, powiem ci stary, że tym mnie zaskoczyłeś – Marcin uśmiechnął się tym razem szczerze. – O takim podejściu jeszcze nie słyszałem.

– Dlatego rzuciłem wódkę, więc i Kryśkę, a zamiast tej pary związałem się ze sportem.

– Sportem? – Marcin wydał się więcej niż zdziwiony. – A jakim? – Jednak zawahał się po chwili. – Czy może żartujesz sobie ze mnie?

– Nie, całkiem serio mówię. Zapisałem się do klubu seniorów piłki ręcznej. Ale nie takiej standardowej, tylko w basenie, w wodzie. Nawet zawody miewamy. – Uśmiechnął się. W jego głosie nie dawało się usłyszeć nawet cienia ironii. – Zainicjował to facet po przejściach podobnych do mnie. Tyle tylko, że on jest od kilku lat wdowcem. Jego Mania, jak ją nazywa, zmarła mu na raka i to w jego obecności.

– Brzmi melodramatycznie – Marcin szepnął z pewnym niedowierzaniem. – Sorry stary, ale to trochę operą mydlaną powiało.

– No właśnie – Jacek westchnął. – Facetom coś takiego nie uchodzi, za to popijanie gorzały jak najbardziej tak.

– A co z Kryśką? Znalazła sobie kogoś? – Marcin bez zająknięcia zmienił temat.

– Powiedziała, że z nikim nie planuje się już wiązać, ale ktoś za to zaplanował związać się z nią.

piweczko

– Inny alkoholik?

– Skąd wiesz? – Jacek wydał się bardzo zaskoczony tak szybką odpowiedzią przyjaciela.

– Przypominam. Moja żona jest psychologiem. Prowadzi szkolenia, terapię grupową i wiecznie z ludźmi gada przez telefon, a ja słyszę o czym. Wiem co to współuzależnienie i że osoba pijąca zawsze jest z kimś takim w związku. Kiedy przestaje ten ktoś pić, małżeństwo się rozpada, bo okazuje się, że tych ludzi już nic nie łączy. No to ten, kto jest współuzależniony, wynajduje sobie następnego kata lub ofiarę, bo alkoholicy albo sami biją, albo lubią być gnębieni.

– No brawo, stary. Na AA mówili dokładnie o tym samym.

Obaj panowie zaczynają się śmiać.

– A ty, czy kogoś masz? – Marcin spytał po chwili.

– Nie! – dość stanowczo Jacek zaprzeczył. – I nie szukam. Mam dość zabawy z babami w kotka i myszkę. To mnie ani kręci, ani cieszy.

– Ale przecież te przeszło dwa, czy więcej lat temu, miałeś jakąś tam kochanicę. I co, przeszło ci na dobre? – Marcin zmarszczył brwi w wyrazie niedowierzania.

– Mówisz o pani dyrektor?

Marcin skinął głową w odpowiedzi.

– Właśnie z powodu mojego picia nam nie wyszło. Nie szło się wtedy ze mną dogadać. A to całkiem sensowna laska była.

– Pamiętam, że już wtedy zacząłeś mówić o rozwodzie z Krychą, bo tak bardzo zabujałeś się w tamtej ekscentryczce.

Jacek skinął głową i przez chwilę milczał, jakby myślał o czym innym.

– Wiesz co… nie umiem tego nazwać. Ja się w życiu to chyba tylko ten jeden raz naprawdę zakochałem. I co prawda od picia odwiodła mnie kompletnie inna kobieta. Taka tam znajoma w ówczesnej pracy. Ale lubiłem sobie wmawiać, że robię to tylko dla tamtej z przeszłości. – Westchnął z rezygnacją. – Podobno każdy z nas, czy to alkoholik, czy niepijący alkoholik, czy totalny abstynent, po prostu każdy potrzebuje swojej bajki, która go będzie zachęcać do działania. Jak się nie ma własnego kuku na muniu, to się nie ma po co żyć.

– Prawda – Marcin wtrącił.

– Dlatego, jak już postanowiłem wyjść ze swojego totalnego doła i przestać się oszukiwać promilami, wymyśliłem sobie ją na nowo. Wiesz, tak całkiem od nowa, od początku do końca. Mój dobry sąsiad często mi powtarzał, tylko nie popłyń za daleko, nie popłyń za daleko. A ja głupi popłynąłem.

2a

– Nie kumam – Marcin zmarszczył czoło i pokręcił głową. – Czyli co zrobiłeś?

– Uwierzyłem w tę bajkę, że umieram z miłości.

– Że co…? – Marcin wyglądał na nie tylko zdziwionego, ale też mocno zaskoczonego.

– Słuchaj, jak ta laska w końcu zgodziła się na spotkanie, to stchórzyłem i nie poszedłem wymawiając się grypą. I tak co najmniej kilka razy. Aż wreszcie pani dyrektor się na mnie poznała i pogoniła na cztery strony świata. – Jacek uśmiechnął się. – To się właśnie nazywa iluzja, jakiej prawie każdy alkoholik potrzebuje, żeby uciec od prawdy o swojej codzienności, swoich słabościach i lękach. I to by było na tyle, jeśli chodzi o tamtą panią.

– Ale masz z nią jakiś jeszcze kontakt, choćby zawodowy?

– Nie. Przebranżowiłem się, więc nie miewamy okazji spotykać się na jakichkolwiek konferencjach, czy szkoleniach.

– W sumie trochę szkoda.

– No… i to cholerna. Ona była bardzo w moim typie.

Marcin uśmiechnął się pod nosem i pokiwał głową. – Miała w sobie to coś? – dodał z lekkim przekąsem.

– Facet… – Jacek rozmarzył się. – Wysoka. Postawna. Biło od niech nie tylko jakąś tam asertywnością, ale przede wszystkim czuć było silne skłonności despotyczne. A ja uwielbiam takie wyzwania. To jak u facetów tzw. sparing na gołe klaty.

– No! W układzie babskiego boksu to dużo lepiej wygląda – Marcin zaczął się naprawdę głośno śmiać.

– I to jeszcze w budyniu, czy innej galarecie – Jacek dołączył się do śmiechu kumpla. Po chwili jednak nieco przygasł i dodał. – Ale wszyscy się zmieniamy. Ona też. Kumpel z jej firmy  mówił, że zmiękła. Nie jest już taka cięta na facetów, jak dawniej. No i zaczyna sobie powoli odpuszczać wyścig szczurów. Zmieniła wygląd. Już nie nosi się biurokratycznie, czyli zero minióweczek i garniturków prosto od Diora, tylko trochę swobodniej. Inna fryzura. Słabiej widoczny makijaż.

– Lepiej, czy gorzej?

– Bo ja wiem. Ja nie umiem być krytyczny. Jak się ma do kogoś słabość, to traci się obiektywizm. Ale oczywiście ponarzekać bym mógł. Jestem facetem, wiem co lubię. Nie kręciła mnie nigdy Marilyn Monroe. Nie pociąga mnie Scarlett Johansson, chyba, że w wersji Ghost in the shell. Ale za to imponuje Tilda w wielu ze swoich ról…

– Szczególnie tej ostatniej – Marcin przerywa Jackowi i zaczyna się śmiać. – Ten film to nawet jeszcze nie wyszedł do kin. Ale stara mi mówiła, że ma być za niedługo, bo jej uczestniczki szkoleń ciągle tylko o tym ćwierkają… Cumberbatch to, Cumberbatch tamto. To i o tej całej Tildzie gadają i o sławnym Duńczyku. A jak ja tę całą blendynę – Marcin z przekąsem zniżył głos przeinaczając dźwięk słowa – widzę, to zawsze o tobie myślę. Tylko ty ją lubisz, ze wszystkich facetów, jakich znam.

– No widzisz… grunt to wiedzieć, jak się stać oryginalnym. A przyznam, że w tej ostatniej swojej wersji Tilda pobiła nawet własną postać z Constantina. Tam robiła za Anioła.

Panowie znowu zaczynają się śmiać. W tym samym momencie do ich stolika podchodzi drobna, szczupła kelnerka o blond włosach i cicho odchrząkując uśmiecha się.

– Zdecydowali się panowie, co zamówić?

Marcin z uśmiechem zerka na swojego kolegę, który natychmiast zmienia się na twarzy i nieznacznie się prostuje. Potem dość niskim głosem, bardzo wolno odpowiada patrząc przy tym dziewczynie prosto w oczy.

– A co pani chciałaby nam zaproponować?

Pada kilka sugestii co do menu. Panowie inscenizują wahanie. Na koniec padają dwa hasła: woda niegazowana z cytryną oraz Żywiec w butelce. Pani odchodzi, a Marcin zaczyna się cicho śmiać.

– Kogucik stroszy piórka i wypina klatę, kiedy widzi fajną dupencję, tak? Nic się nie zmieniłeś.

– Bo taki już jestem, zimny drań. I dobrze mi z tym, bez dwóch zdań – Jacek nuci pod nosem. Obaj panowie znowu zaczynają się śmiać.

_____________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner