Władczyni Liter

 

2e

 

– Witam państwa. – Głos pani redaktor Jadwigi Maciaszczyk brzmi jak zawsze miło dla ucha. – Dziś spotykamy się już po raz dwusetny. Nie wiem jak państwo, ale ja wciąż nie mogę uwierzyć, że już od tak długiego czasu spotykamy się na antenie. Przygotowując się do dzisiejszego programu zastanawiałam się, jaki temat w najlepszy sposób mógłby się zgrać z tą rocznicą. Ostatecznie doszłam do wniosku, że rozmowa dotycząca sukcesu, tego, w jak różny sposób każdy z nas postrzega to zjawisko, dobrze oddałaby znaczenie, jakie często mają dla nas wszelkie rocznice. Dlatego naszym dzisiejszym gościem jest osoba o wielu twarzach. Po części pisarka. Czasami satyryk, której hobby to fotografia i analiza cudzych zachowań. Pani Nina Trewin.

Przez chwilę nieco głośniej w tle daje się słyszeć muzykę.

– Witam panią, pani Nino.

– Ja również się cieszę, że mogę gościć na antenie Radia Allegro. – Niski głos pani Trewin przyjemnie współgra z rytmem muzyki płynącej w tle. – To co prawda dla mnie dość duże wyzwanie, stawić czoła być może trudnym pytaniom, ale ufam, że uda mi się jakoś stawić temu czoła. – Choć twarzy pani Trewin nie widać i tak słychać wyraźnie, że pisarka się uśmiecha.

– Rozumiem, że to pani pierwsze wystąpienie na antenie radia?

– Tak. Rzeczywiście nigdy wcześniej nie miałam okazji gościć w żadnej z rozgłośni. – Nadal w brzmieniu głosu pani Trawin daje się wyczuć, że jest w dobrym nastroju.

– Cieszę się więc, że ten pani pierwszy raz ma miejsce właśnie tu, w naszej obecności. – Słychać, że pani redaktor subtelnie ironizuje. – Proszę mi powiedzieć, pani Nino, dlaczego pani pisze? Co spowodowało, że właśnie tę drogę pani obrała? – słychać, że głos pani redaktor zaczyna nabierać nieco innego brzmienia, jakby odrobinę bardziej poważnego.

– Dobre pytanie. A odpowiedź jest trudna i jednocześnie banalnie prosta. Nie wiem. To trochę jakby spytać kogoś, czy mu się udało zrealizować marzenia z dzieciństwa. Często taka osoba wzrusza ramionami i mówi, że nie pamięta o czym marzyła w tamtym czasie, albo, że tak wiele swoistych zwrotów akcji ją w życiu spotkało, że ostatecznie zaczęła marzyć o czymś innym, czy też uznała, że realizacja dawniejszych marzeń po prostu przestała być możliwa. – Głos Niny Trewin staje się jeszcze niższy, niż na wstępie, nabiera coraz silniejszej głębi. Czuć pewnego rodzaju narastającą powagę. Intonacja sugerująca drwinę całkowicie gaśnie. – U mnie było nieco inaczej. Jako dzieciak marzyłam o pisaniu bajek i żartobliwych opowiastek. Niestety codzienność mi to całkowicie uniemożliwiła. Dopiero po bardzo wielu latach przypadek zrządził, że wróciłam do tzw. podstaw, do własnych wspomnień i na bazie aktywnej styczności z tematem terapii poznawczo-behawioralnej wygrzebałam ze starych szuflad własne, niemal dziecięce zapiski.

– Czyli taki był początek? – pani redaktor delikatnie wchodzi w słowo pani Trewin.

– Kolejne i tak, i nie. Bo w tych szufladach sporo wspominek czekało na odkurzenie. Dlatego nie tylko na pisaniu się skończyło. Do tego dołączyła fotografia. – Głos pani Niny ponownie zaczyna pobrzmiewać radością. – Również praca nad przebudową rytmu własnej codzienności. Poznawanie nowych ludzi miało z tym silny związek. A nie od dziś wiadomo, że im więcej nowych czynników pojawia się na naszej drodze życiowej, czyli również ile dostajemy nowych propozycji lub sugestii co do naszych dalszych poczynań, tym więcej pomysłów rodzi się w naszych głowach. A nowe znajomości to również nowe sugestie i podpowiedzi.

– Rozumiem więc, że nie była to w pełni pani samodzielna decyzja. Mam na myśli pisanie. Że w pewnym sensie życie panią do tego zmusiło? – intonacja głosu pani redaktor sugeruje, że dziennikarka się uśmiecha.

– Tak naprawdę zaczęło się trochę od zakładu, a trochę od zamówienia. – Pani Nina się śmieje. – Moja dobra znajoma zażyczyła sobie udowodnienia jej, że posiadam łatwość opisu. W pewnym sensie rzuciła mi wyzwanie. Chciała, abym jej udowodniła własną lekkość pióra, jak to nazwała. Ustaliłyśmy z jaką tematyką ma się wiązać moje opowiadanie. Dostałam w punktach wyznaczone przedmioty, które miały się w tym opowiadaniu znaleźć. Trochę na wzór wielu sztuk teatralnych – pani Nina znowu się śmieje – kiedy to broń wisząca w pierwszym akcie nad łóżkiem głównego bohatera, w trzecim akcie zostaje użyta przez aktora odgrywającego zły charakter lub też odwrotnie. – Głos pisarki nadal pobrzmiewa silnym rozbawieniem. – Dla mnie to była jedynie zabawa. Ale jak się potem okazało dla mojej zleceniodawczyni nie. Bo po ostatecznym przeczytaniu mojej noweli, zaproponowała mi wydanie całego zbioru tego typu opowiadań. Niewiele myśląc podniosłam rzuconą mi rękawicę i… – pisarka ponownie się śmieje – tak właśnie się to zaczęło. To całe moje gryzmolenie.

– Z tego, co wiem, w przygotowaniu jest pani kolejna książka. Ma wyjść drukiem za kilka miesięcy. Proszę nam powiedzieć o czym tym razem będzie to opowieść? – głos pani redaktor jakby odrobinę poważnieje.

– „Daleko od brzegu”, bo taki tytuł będzie nosić moja powieść, zawiera w sobie kilka wątków. Będzie tam o poznawaniu siebie, dookreślaniu przez bohaterkę jej własnych potrzeb. O nałogach i tzw. syndromie współuzależnienia. Dlaczego weszła w relację, z której nie umie się wyswobodzić. Dlaczego z powodu osoby sobie bliskiej samą siebie szpeci poprzez objadanie się. Drugim z głównych bohaterów będzie młody chłopak, który jest bardzo otyły. Również i jego rozterki stanowić będą jeden z głównych wątków. Jednak od razu przyznam szczerze, że jest to książka całkowicie już wyczyszczona z jakichkolwiek elementów mojej biografii, o co byłam często oskarżana przy poprzednich tytułach.

2f

Zarzucano mi, że bohaterowie bez względu na swoją płeć głoszą jedynie twierdzenia, czy nawet tezy, którym od zawsze ja sama oddawałam hołd. Tym razem temat poruszany w „Daleko od brzegu” nie będzie miał kompletnie nic wspólnego z moją przeszłością, czy teraźniejszością. – Pani Nina wzdycha. – Wcześniejsi bohaterowie zapadli w pamięć czytelnikom, czy też przede wszystkim czytelniczkom, jako osoby ilustrujące moje własne, prywatne przeżycia. Stąd częste sugestie kierowane pod moim adresem, że o czymkolwiek piszę, ma to związek tylko i wyłącznie z moją własną codziennością lub minionymi zdarzeniami. I żadna forma przeczenia serwowana światu przeze mnie nie zdawała egzaminu. Bo jeśli w tekście jeden z bohaterów właśnie się umawiał z miss polonia na randkę, znaczy, że ja na pewno spotykam się królem polskiej kulturystyki, czy innego sportu. A tak nie było.  – W głosie pisarki czuć rozbawienie. – Będąc osobą naprawdę zapracowaną, nie miałam czasu na zabawy towarzyskie lub bieganie po kawiarniach w ramach spotkań z całym otaczającym mnie światem, czyli oczywiście kulturystami, aktorami, modelami, czy innymi sportowcami. I muszę przyznać, że konieczność tłumaczenia się dlaczego akurat taka, nie inna parabola została zastosowana w danym opowiadaniu, nieco mnie męczyła.

– A które z opowiadań największe emocje wzbudziły? – pani redaktor sprawia wrażenie zaciekawionej.

– O randkowiczu. – Pisarka się śmieje. – Tam była parabola. Skoro główny przekaz zaczynał się od kontekstu wiążącego się z podejściem bohatera do tematu umawiania się z dziewczynami, tak się musiał skończyć. To logiczna forma. Jedno wynika z drugiego, z początku, wynika koniec, a tzw. środek zawiera w sobie jedynie opis zdarzeń lub zjawiska uzasadniającego takie właśnie domino następujących po sobie zdarzeń. Dziś powiedziałeś jedno. Jutro zrobisz drugie. A pojutrze dostaniesz od życia trzecie. Ale sam sobie na to zapracowałeś. Ot, akcja równa reakcji. Jednak w moim przypadku wiele z osób czytających tekst o randkowiczu, jeszcze przed wydaniem go drukiem, zadawało mi to samo pytanie. Z kim obecnie się spotykam, czyli kolokwialnie rzecz ujmując, z kim obecnie randkuję. – Słychać po brzmieniu oddechu pisarki, że pani Nina się śmieje. – A ja, Bogu ducha winna zabiegana istota, nawet nie miałam czasu pomyśleć o tonięciu w ramionach kulturysty, czy innego amanta filmowego. – Nadal słychać rozbawienie pisarki. – A proszę mi wierzyć, długo nie dawano wiary temu, że jakiekolwiek zawarte w tym opowiadaniu wątki nie miały pełnego i bezpośredniego, czy też dosłownego przełożenia na moje życie osobiste.

– Właśnie. A co z innymi opowiadaniami. Na ile zostały one przez panią powołane do życia w ramach zabawy słowami, a na ile mimo wszystko zawierały w sobie elementy pani własnej przeszłości lub nawet teraźniejszości.

– Dobre pytanie. I tym razem odpowiedź jest banalnie prosta. Bardzo wiele. Teksty te aż tonęły od nawału starych, nie zawsze mile kojarzonych przeze mnie reminiscencji. Ale tak naprawdę moja zabawa w klecenie kolejnych zdań na tym właśnie się oparła. Od tego się zaczęło. Bo opowiadanie napisane na zamówienie to był zaledwie epizod, tzw. iskra zapalna, ale późniejszy potok słów wynikał już z kompletnie czego innego. I jak się pani zapewne domyśla miał wiele wspólnego z szeregiem epizodów, w których współuczestniczyłam.

– Czy może nam pani podać jakiś przykład? – pani redaktor sprawia wrażenie coraz bardziej zainteresowanej tematem.

2g

– Prosi pani o dokładny opis konkretnych wątków? – w głosie pisarki nie słychać już rozbawienia, a raczej zdziwienie.

– Myślę, że wszyscy słuchacze, więc i pani czytelnicy, bardzo chcieliby poznać panią nieco lepiej, jakby odrobinę od bardziej prywatnej strony. Na ile ich wyobrażenie o pani życiu, oparte na wspomnianych nowelach, jest zgodne z tzw. pani realną codziennością i pani sposobem na życie. – Głos pani redaktor zaczyna trącać delikatną kokieterią.

Pisarka zaczyna się śmiać. Niezbyt głośno. Czuć w jej głosie radość.

– W „Ślepym szczęściu” taki element stanowił wątek wiążący się z szantażem emocjonalnym i pewną formą zaburzeń relacyjnych. Ponieważ jako dziecko miałam częstą styczność z tego rodzaju zachowaniami, tj. stałam się światkiem tego, kiedy osoba nieletnia bywała w pewien sposób molestowana, mogłam ten temat przedstawić w pewnym sensie od środka, czyli jako zdarzenie widziane oczami dziecka.

– A mniej formalnie? Jak opisałaby pani poruszany temat, ten kontekst tematyczny? – w głosie pani redaktor coraz silniej daje się słyszeć zaciekawienie, czy wręcz ekscytację.

– Nie rozumiem pytania. Czy chciałaby pani usłyszeć opis zdarzeń, których byłam świadkiem? Bo aż tak daleko posunąć się nie mogę. Nie podam więc ani imion, ani dat.

– Moje pytanie wiążące się z tzw. uszczegółowieniem tematu nie dotyczyło podania przez panią czyichkolwiek danych osobowych, ale raczej z zarysowaniem nam, na ile dobrze znała pani tę osobę. Czyli czy była pani słuchaczką opowieści osoby poszkodowanej, czy też osobistym świadkiem tego typu zdarzeń. – Pani redaktor nie ustępuje tak łatwo.

– I jedno, i drugie. I na tym zakończmy ten temat. – Pisarka delikatnie odchrząkuje. – Może teraz o „Podróży donikąd”. Wiele tam się znalazło informacji wiążących się z podróżami po Skandynawii. Wiązało się to m.in. z opisami przyrody, geografii oraz osób spotykanych przez głównego bohatera. Nie muszę oczywiście dodawać, że w kontekście Skandynawów pewien określony typ urody jest dość łatwy do przewidzenia.

– Brak różnorodności. Ten element miała pani na myśli w kontekście skandynawskiego typu urody? – pani redaktor jakby odruchowo zaczyna się śmiać.

– Ładnie to pani ujęła. – Pani Nina również zaczyna się śmiać. – Mówiąc wprost, chyba każdy Szwed, czy Norweg to blondyn.

– Lub blondynka – redaktorka wtrąca ze śmiechem.

– A tak… tak… przepraszam – daje się słyszeć, że pisarka inscenizuje zmieszanie, choć tak naprawdę również się śmieje. – W tym opowiadaniu rzeczywiście głównym bohaterem jest mężczyzna, więc osoby, na które zwraca uwagę, czyli, których opisów w tym opowiadaniu nie brakuje, to kobiety. I to jest właśnie ów element biograficzny. Dwa lata w ramach praktyk spędziłam w Trondheim. Wiele moich wspomnień niemal pęka w szwach od bardzo określonych obrazów, więc i od skojarzeń w kontekście wyglądu tamtejszych mieszkańców. Co więcej, tam przeżyłam największą miłość swojego życia. Nie w pełni  młodzieńczą. – Pani Nina inscenizuje głębokie westchnienie, a zaraz później zaczyna się cicho śmiać. – Sentyment to bardzo silny motor napędowy do pisania. A co za tym idzie, bohaterowie opisywanych zdarzeń bardzo często wyglądają dokładnie tak, jak osoby zasiedlające naszą pamięć, czy też… – pisarka delikatnie odchrząkuje – podświadomość.

2h

– Archetypy? – pani redaktor jakby odruchowo pyta.

– Dokładnie. Między innymi z tego powodu we „Wraku” poruszyłam temat snów i obrazów dręczących główną bohaterkę. Wszystko oparte na bazie moich własnych wspomnień. Kilka lat wcześniej miałam przyjemność uczestniczyć w projekcie śnienia. Opierało się na jungowskim nurcie pracy nad tym stanem świadomości, jakim jest sen oraz wykorzystywaniem go nie tylko do lepszego poznania własnych przekazów podświadomych, czyli cienia, ale również do testowania potencjalnej predykcji. Czy w ogóle jest ona możliwa przy użyciu narzędzia, jakim miałby się stać sen.

– Na czym dokładnie polegało pani uczestniczenie w projekcie?

– Na zasypianiu – autorka zaczyna się już dość głośno śmiać. – I nie w przenośni, ale całkowicie dosłownie. Rzeczywiście do uczestników projektu należało zapisywanie wyśnionych obrazów oraz ich analiza po upływie określonego odcinka czasu.

– I projekt ten został już zamknięty? – w głosie pani redaktor czuć niepewność.

– Niektórzy już temat zamknęli, czyli wszystkie z ich snów zostały dawno temu przeanalizowane. Ale są też osoby, w tym ja, które od niedawna mogą z całą pewnością potwierdzić, że widywane obrazy nie tylko odwzorowują elementy podświadomego postrzegania własnej rzeczywistości, ale również niosą ze sobą przekazy dotyczące czystej predykcji.

– Tzw. wizje? – pani redaktor upewnia się.

– Dokładnie tak. I ten wątek zawarłam właśnie we „Wraku”. To opowiadanie chyba głównie z powodu opisu śnienia zostało kilkukrotnie nagrodzone. Wielu czytelników poruszany w nim temat tak dalece zaciekawił, że domagali się i nadal domagają, abym pociągnęła ten wątek dużo dalej. I być może tak zrobię w niedalekiej przyszłości. Oczywiście po zakończeniu pracy nad „Daleko od brzegu”.

– Na zakończenie, pani Nino, proszę mi jeszcze powiedzieć, który z wątków biograficznych zawartych przez panią we wszystkich tych opowiadaniach lubi pani najbardziej i być może nadal przywiązuje do tego tematu wagę? – pani redaktor wydaje się szczerze zaciekawiona.

– Ale wątek, czy postać? – pisarka pyta, a w jej głosie daje się słyszeć z trudem tłumione rozbawienie.

– To już od pani zależy, pani Nino. Który z elementów, czy to miejsce, zdarzenie, czy też opisywana postać, nadal niemal namolnie pani o sobie przypomina? Mam na myśli pani chęć ponownego ujęcia tego wątku w swoich kolejnych powieściach lub etiudach.

– Myślę, że Astrid i Kerstin, które w „Podróży donikąd” odegrały znaczącą rolę. Ich przyjaźń co prawda stanowiła pewnego rodzaju tło dla poczynań głównego bohatera, ale zdecydowanie właśnie dzięki Astrid odnalazł zagubione kawałki samego siebie. I podobne wspomnienia mam i ja w odniesieniu do własnego życia prywatnego. Przyjaźń, jaką lata temu ze sobą przywiozłam ze Skandynawii, po dziś dzień ma dla mnie ogromne znaczenie. Gdyby nie moja własne osobista Astrid, wielu z późniejszych decyzji nigdy bym nie podjęła. A co ważniejsze jeszcze, zapewne nigdy nie zaczęłabym pisać na serio.

2i

– Czyli Astrid stała się w pewnym sensie pani muzą?

– Zdecydowanie tak. – Pisarka mówi to z silnym przekonaniem.

– Bardzo dziękujemy pani Nino, że zechciała się pani z nami dzisiaj spotkać. Mam nadzieję, że pani powieść w naprawdę niedługim czasie trafi na półki księgarskie. Z niepokojem będziemy też czekać na kolejne pani opowiadania.

– Dziękuję.

– Dziękuję. Gościem naszym była pani Nina Trewin. – Przez chwilę nieco głośniej słychać muzykę. – A ja zapraszam państwa już za tydzień na rozmowę z panem Antonim Pawlickim. Aktorem, który m.in. opowie nam, jak to się stało, że wybrał właśnie ten zawód. Do usłyszenia.

___________________________________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

____________________________________________________________

Nieudane Post Scriptum, czyli:

Magia niższego rzędu

______________________________________

Stanczyk

Słońce gaśnie za oknem. Wiatr wciąż szumi w gałęziach pobliskich drzew. Sąsiad słucha dziwacznej muzyki. Nuty słabo słychać. Melodia nie przeszkadza. Księżyc schowany za chmurami nie burzy spokoju. Choć… skoro wyobraźnia nie śpi, to być może i wampiry grasują po okolicy. Kto je tam wie. Umieją zapadać w letarg, udawać manekiny. Lubią zaskakiwać pełną życia martwotą. Łypać jeden na drugiego pod pozorem swobodnych i nic nie mówiących spojrzeń. Kłamią. Każdy por na ich skórze emanuje pożądaniem. Tęsknotą za akceptacją.

Powolne przygotowania odciągają uwagę od spraw zewnętrznych. Manekiny niech stoją, gdzie stać powinny. Wara im od cudzych spraw. Poza ich wzrokiem porządki trwać muszą. Zabiorą trochę czasu. Niech więc wiatr sobie szumi, a wampiry zaglądają przez okno. Stół przygotować trzeba. Przyrządy posegregować. Wszystko prawidłowo poukładać. Czas nagli.

Kupka zdjęć pada na stół. Nie trzeba ich nawet przeglądać. Wiadomo kto jest kim. Daty dobrze znane. Zdarzenia również. Stos starych zapisków ląduje na blacie. Brak konieczności czytania tego wszystkiego jeszcze raz. Każde słowo wywalone ad acta. Po co więc grzebać w starej brei, jeśli przestała budzić entuzjazm i zainteresowanie. Każda bajka ma swój koniec. Czasami wesoły, innym razem bardzo dziewczyński, bo z zapałkami.

Wielka misa staje na stole. Metalowa, czy nawet żeliwna. Czort ją tam wie. Ale jakie to ma znaczenie. Jeszcze babcia coś tam w niej czasami robiła. Co dokładnie? Tę tajemnicę zabrała ze sobą do grobu. Na szczęście innej magii nie zapomniała przekazać swoim córkom, a one jej wnuczkom.

Kilka flakoników staje blisko misy. Będą potrzebne. Pierwsza zapałka z trzaskiem eksploduje płomieniem. Pierwsze zdjęcie zaczyna się żarzyć. Papier skwierczy. Zamienia się w czarny pył. Resztki wspomnień lądują w misie. Fotografia za fotografią. Portret za portretem. Parę widoków. Kilka starych grupówek. Cudze uśmiechy i żale. Pełne fałszu miny. Wszystko wolno spala się, ginie. Teraźniejszość bombardowana przyszłością rozdeptuje przeszłość.

Ostatnia czarnobiała karteluszka przestaje istnieć. Zapałki lądują na blacie stołu. Buteleczki z płynami idą w ruch. Najpierw mocznik. Spora dawka obrzydlistwa zalewa popiół. Potem kilka kropel Amola, żeby ziołowy zapach stłumił ten poprzedni. Na to odrobina sody kaustycznej. A na koniec niewielka dawka wody święconej. Cudza kultura, ale co tam. Umierające wspomnienia i tym trącają, tęsknotą za wszystkimi świętymi.

Wszystko zaczyna się mieszać. Niedopalone fragmenty papieru, a na nich resztki oczu, uszu, uśmiechów. Wszystko topi się w mieszance nie do końca chemicznych płynów. Jedno wielkie „leję na to” ostatecznie dokonuje się. Nowe zabija stare. Wspomnienia umierają nie do końca własną śmiercią. Wymuszoną. Przyspieszoną. Konieczną. Oczywistą. Nakazaną. Oczekiwaną i logiczną.

Ulga króluje. Nic już nie jest konieczne. Żadne peany nie muszą już wisieć poprzyklejane do słupów ogłoszeniowych. Mętna dosłowność rozdeptuje iluzję. Miażdży ciche kłamstewko, które rozrosło się do potęgi entej. Achy i ochy wyssane z prawie literackiego palca straciły na znaczeniu. Powinności wyparowały. Ulotniły się. Brudna breja spłynęła wraz z wodą klozetu. Smród mocznika przemieszanego z Amolem przestał dokuczać. Blat stołu opustoszał. Wampiry wróciły do swoich trumien. I dobrze im tak. Zapragnęły wiecznej ciemności, nurzania się w filmowej sławie, ich wybór.

Jutro wstanie słońce, a wraz z nim zadzwoni budzik. Poszukiwania dobiegły końca. Cel osiągnięty. Wiadomo kto, z kim i ile razy. Reszta nie ważna.

Smok

***

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner