Po Trzykroć

     Po_Trzykroc_5

Prolog

Otyłość. Nadwaga. Przesada. Czy aby na pewno wszystkim to dokucza i utrudnia życie? Czy rzeczywiście stanowi istotny problem? Z pozoru tak mogłoby się wydawać. Jednak nie zawsze i nie u wszystkich w tym samym stopniu męczący.

Wyobraźmy sobie kogoś przy kości siedzącego obok nas w autobusie lub stojącego na przejściu dla pieszych. Dowolną osobę przy kości. Według wielu podręczników taki ktoś z całych sił stara się coś ukryć własne rozterki. Zajada swoje problemy. Tym sposobem również ratuje się przed nudą lub przygnębieniem.

Magia prawdy o ludzkiej naturze. Coś mniej lub bardziej zaskakującego. Często mało przewidywalnego. Ludzie lubią podejmować decyzje pod wpływem nagłych zwrotów akcji, tzw. impulsów, miłości lub czegoś dużo mniej przyjemnego. Bywa, że wystarczy z pozoru mało istotne zdarzenie, by ktoś niespodziewanie zapragnął zmienić w swoim życiu niemal wszystko. A czasami wręcz przeciwnie. Bo tak naprawdę nie każdy i nie zawsze chce zmienić w sobie i wokół siebie czegokolwiek. Mimo cudzych uszczypliwości, czy namowy do nagłej rewolucji we własnym życiu, nie ma ów ktoś ochoty na jakąkolwiek rewolucję.

Spora grupa osób lubi za to trwać w tym, co ciepłe, wygodne i pewne. Wbrew pozorom nie marzą te osoby o wielkim przewrocie we własnym życiu. Na swój własny sposób są szczęśliwi i wcale nie pragną, więc i boją się tego stracić.

***

 

On

Tego dnia świeciło słońce. A przecież jeszcze wczoraj całe masy chmur zasłaniały niebo. Mdławo szare kołtuny nadawały wszystkiemu wokoło przygnębiająco smutnawy wyraz. A teraz nagle Paweł mógł przyglądać się nielicznym obłokom sunącym po idealnie błękitnym niebie i zastanawiać się dlaczego wszystko wokół niego tak dziwnie szybko się zmienia. Nawet pogoda. Dlaczego w jego życiu nie. Dlaczego od wieków wszystko pozostaje takie samo. Wiecznie ten sam rytm dnia. Ta sama praca. Ci sami ludzie. Podobne do siebie zdarzenia. Całkowity brak nagłych zwrotów akcji.

Znowu siedział w biurze. Znowu na biurku przed nim stał włączony laptop. Obok stał kubek pełen świeżo zaparzonej kawy z mlekiem. Na kubku widniał od zawsze ten sam napis: „Pamiętaj, że Cię kocham”.

Tym razem jednak Paweł nie uśmiechał się patrząc na sławetne motto życiowe jego żony. Dziś czuł się zmęczony nawałem pracy. Nawet te stare i dobre achy i ochy w niczym nie mogły mu poprawić humoru.

Po_Trzykroc_11Do tego jeszcze szanowny braciszek lada dzień miał wziąć ślub ze swoją dopiero co poznaną naciągaczką. No bo jak można to było inaczej nazwać? Szczęściem w miłości? Nagłym afektem? Zauroczeniem? Niby czym?

Larysa potrzebowała obywatelstwa polskiego i tyle. A że była piękna i chętna do szybkiego zakochania się w jego bracie, Marcin właściwie od razu i bez jakiegokolwiek zastanowienia zgodził się nią ożenić. Bo przecież lepiej mieć jakąkolwiek żonę zapisaną w papierach, niż nie mieć jej wcale. Na szczęście pan Zakochany był na tyle przezorny i rozsądny, że planował na papierze zapisać podzielność majątku. Przy rozwodzie szanowna Litwinka nie dostałaby nawet jednego złamanego polskiego grosza, czy innego euro. Chociaż tyle rozsądku zachował jego brat.

Ani Paweł, ani Marcin nie należeli do pięknych. I nie chodziło o rysy ich twarzy, czy o wzrost lub jakiekolwiek kalectwo, ale o ich wielkie brzuszyska. Bo co z tego, że obaj byli wysocy. Marcin miał 186 cm wzrostu, a Paweł 182 cm. No co z tego, kiedy sadło i tak wylewało się znad pasków spodni i sięgało rozporka. Obaj mieli szerokie karki i okrągłe ramiona. Wielkie szerokie uda i fałdy na plecach. Nie należeli do pięknych.

Oczywiście obu zdarzało się, że panie nie uciekały przed nimi, że zadziwiająco często się z nimi spotykały. Wzrost robił swoje. Laski uwielbiały wielkich facetów. Ich tzw. urok osobisty też robił swoje. A przynajmniej dawna dziewczyna Marcina lubiła to powtarzać. A Pawła żona zawsze mawiała, że takiego misia, jakim on jest, to ze świecą szukać.

I rzeczywiście w jej oczach można było zobaczyć uczucie. Aneta, czy też Anecia, jak lubił ją nazywać, od pierwszego dzień dobry stała się jego ukochanym skarbeńkiem. A on jej Misiem Pysiem, jej największym fartem jego życia. Tak lubiła to nazywać. A on podobnym stwierdzeniem lubił się jej rewanżować. Jak mawiali jego ojciec i brat, do wyrzygania wielkie ilości słodyczy.

Ale Marcin? On nigdy nie miał szczęścia do kobiet. I według Pawła tym samym pechem mogła się w każdej chwili okazać Larisa. Bo już od samego początku widać było, jak owija go sobie wokół palca. Zaczął się dla niej odchudzać. Razem chodzili do fitness clubu. Razem trzymali się tej samej diety. On uczył się litewskiego, żeby móc się w przyszłości dogadać z jej rodzicami, a ona szlifowała swój polski. Studiowała na Uniwerku. Była dobra w tym, czego się tam uczyła. Anglistyka stanowiła jej drugie ja. Było jej czego pozazdrościć, nie tylko pod względem wyglądu.

Anecia nie była równie ładna i tak samo wysportowana, co Larysa. Anecia od zawsze powtarzała, że jest obciążona genem kury domowej. Uwielbiała kręcić się po mieszkaniu. Kochała gotować. Wynajdywać co i raz nowe przepisy. Umiała szyć. Prucie i przerabianie nie tylko ciuchów stanowiło jej hobby. A jednocześnie nie brakowało jej ciałka tu i tam. Czy nawet miała go sporo za wiele nie tylko tu i tam, ale wszędzie.

Paweł namawiał ją, żeby razem przeszli na jakąś dietę. Może żeby wynaleźli dla siebie nowy sposób na utrzymanie zgrabnych sylwetek. Czy też postawili weto rodzinnym tradycjom objadania się kotletami schabowymi i boczkiem. Zrezygnowali ze skwarek i bardzo słodkich deserów. Ale ona tylko pukała się w czoło. Powtarzała zawsze to samo. Zmiany według niej jakiekolwiek zmiany nie potrwałyby zbyt długo. Prędzej czy później na rodzinnych obiadkach zaczęliby sięgać po te same tradycyjne potrawy. Najpierw powtarzaliby, że odrobina serniczka nie zaszkodzi, że kieliszeczek likieru poprawi ich przemianę materii, a po miesiącu, czy dwóch powróciłyby ich stare nawyki. Nagle odkryliby, że znowu ważą tyle samo, co przed dietą. Po co więc walczyć z wiatrakami? Jaki to ma sens?

Nawet szaleństwo Larysy nie robiło na Anecie przesadnie dużego wrażenia. Olać to. Tyle tylko potrafiła powiedzieć na temat wyglądu swojej przyszłej szwagierki.

Po_TrzykrocZ zamyślenia wybił Pawła dźwięk telefonu. Na komórce miał ustawioną swoją ulubioną piosenkę Rolling Stonesów. Sympathy For A Devil. Uwielbiał ten rytm, a tekst go kręcił dosłownie jak diabli. Jednak tym razem już po drugim akordzie odebrał. Na ekranie wyświetlało się zdjęcie jego brata. Marcin musiał mieć naprawdę jakiś ważny powód, skoro dzwonił o zaskakująco wczesnej porze.

– Tak? – Paweł pytaniem powitał brata.

– Larysa jest w szpitalu – Marcin rzucił w ramach dzień dobry.

– A co się stało? – Paweł spytał spokojnym, prawie obojętnym tonem.

– Zatruła się czymś i karetka zabrała ją nieprzytomną. To sąsiad znalazł ją leżącą koło naszego śmietnika. Była w kapciach, pewnie wynosiła puste butelki po Oshee. – Głos Marcina coraz wyraźniej drżał.

– Jesteś teraz w szpitalu?

– Nie wiem do którego ją zabrali. Sąsiad nie spytał, a ja nie wiem, co zrobić, jak się tego dowiedzieć. – Marcin mówił coraz szybciej. Czuć było, że narasta jego zdenerwowanie.

– Podzwonić najpierw podzwonić po najbliższych szpitalach. To zrobić. – Paweł skwitował stanowczym tonem. – Co ty baba jesteś, czy facet? I to pan dyrektor.

– Dobra. Dobra. – Marcin nerwowo przytaknął. – Pomożesz? Ja jestem za bardzo zdenerwowany.

– Chyba żarty sobie ze mnie stroisz… – Paweł rzucił niemal odruchowo, ale zaraz się poprawił. – No dobra. Jeszcze powiedz, który ona jest rocznik.

Marcin podał wszystkie niezbędne dane i po jeszcze kilku słowach rozłączył się z bratem. Paweł odpalił internet i zaczął szukać numerów do najbliższych trzech szpitali.

Dzwoniąc przez cały czas zastanawiał się dlaczego właściwie jego przyszła szwagierka tak nagle zasłabła. Może była w ciąży albo, jeszcze gorzej, miała bulimię. Penie właśnie z tego powodu wszystkie kości jej sterczały. Czy nawet anoreksję, którą przed wszystkimi ukrywała.

Po kilku próbach Pawłowi udało się namierzyć szpital, w którym Larisa wylądowała. Przyszła żona brata leżała na oddziale reanimacyjnym dwie przecznice od jego własnego domu. Nawet na piechotę Marcin mógł się tam dostać w zaledwie kilkanaście minut.

– Skoro tak uwielbia teraz uprawiać jogging, to niech leci. – Paweł mruknął pod nosem wysyłając smsa do brata. – Ciekawe co mu tam powiedzą. Drobna dawka prawdy o jego młodej żonce, przeszło dziesięć lat od niego młodszej, może otworzy mu oczy. Laska jak nic coś ukrywała przed swoim przyszłym mężulkiem.

W Pawle zaczynała rodzić się złość i to nie byle jaka, bo zaczynająca trącać wściekłością. Gdzieś tam, jakby pod skórą, czuł, że Larysa o czymś jego bratu nie powiedziała, że nie przyznała się do jakiegoś nałogu, czy innego popaprania. Do czegoś naprawdę mogącego spowodować, że Marcin przestanie chcieć się z nią ożenić. I nawet jeśli nie było to coś groźnego, handel narkotykami, czy innymi przemycanymi do Polski ikonami, mogło zniechęcić Marcina do niej.

Jako coacher znał się na ludziach. Na ich nawykach. Na sposobie, w jaki ludziska radzili sobie z własnymi bolączkami, ze stresem nie tylko zawodowym. A Larisa przejawiała właśnie takie zachowania. Zbyt wielką wagę przykładała do zdrowia, do swojego sposobu odżywiana, do sportu, do dbania nie tylko o sylwetkę, ale wyglądu w ogólnym pojęciu.

W przypadku każdej pasji łatwo popaść w przesadę. Można przegiąć w tą, czy inną stronę. Równowaga to w życiu najważniejsza sprawa. Dobrze wiedział na czym to polega, bo sam uwielbiał ulegać przesadzie, np. sporym ilościom wypijanego piwa przy okazji oglądania meczy piłki nożnej.

Paweł westchnął cicho. Przerwał we własnym mniemaniu bezsensowne kręcenie się w kółko. Uznał temat za zamknięty. Jednym ruchem myszy uaktywnił ekran laptopa i jednym kliknięciem otworzył maila. Sporo spraw czekało na tzw. odhaczenie. To było teraz najważniejsze. A nie jakieś durne dywagacje na temat wychudzonej Larysy.

W gabinecie zaczynało się robić ciemno, kiedy Paweł skończył zamykać ostatnią ze spraw. O tej porze roku, szybko zapadał zmrok. Paweł włączył górne światło. Świetlówki nadały pomieszczeniu nieco zimniejszy odcień, niż gasnące za oknem słońce.

Po_Trzykroc_12Paweł miał jeszcze sporo innych zaległych spraw służbowych, więc postanowił zostać w pracy dłużej niż zwykle. Za nadgodziny mu płacili. A poza tym lubił długo przesiadywać w biurze. Delikatnie trącało to pracoholizmem, ale nad tym uzależnieniem Paweł starał się nieco skuteczniej panować, niż nad podjadaniem przez cały dzień orzeszków ziemnych i wielkiej ilości batoników kupowanych w najbliższym automacie.

Jego gabinet nie należał do ogromnych i przestronnych. To był mały, dziesięciometrowy pokoik. Ściany były szarawe. Meble były w kolorze grafitu. Suwane krzesło popielate. W ogóle wszystko wokół emanowało przygnębiającą nijakością. Ale ponieważ logo firmy było w takich, nie innych barwach, to i wszystko wokół musiało być pod to podciągnięte.

Paweł na chwilę przerwał klikanie w klawiaturę. Wyprostował plecy. Odgiął się do tyłu i wznosząc ręce do góry naciągnął mięśnie wzdłuż kręgosłupa. Chwilę trwał w bezruchu, by ostatecznie opuścić ramiona. Może jednak siłownia lub chociaż basen dobrze by mu zrobiły. Przeszło mu to przez myśl, ale zaraz odgonił ten pomysł. W pojedynkę nie chciało mu się chodzić na żadne ambitne zajęcia. Nie miał też kogo wyciągnąć na siłownię. Nawet na Marcina nie mógł liczyć, bo ten wszędzie latał tylko z tą swoją Larysą.

A właśnie… Larysa.

Paweł nagle przypomniał sobie, że jego przyszła szwagierka wylądowała w szpitalu. Odruchowo sięgnął po telefon i wybrał numer do brata. Dobrą chwilę trwało zanim Marcin odebrał.

– I jak tam, wiadomo już co się stało Larysie? – Paweł tradycyjnie pominął oficjalne cześć.

– I tak i nie. – Głos Marcina pobrzmiewał smutkiem.

– Czyli… – Paweł nie wiedział, czy odegrać zdziwionego, czy zmartwionego. Kiedy tak naprawdę odpowiedź brata nie zaskoczyła go.

– Zatruła się czymś. Zażyła jakąś niezdrową substancję. Ale nie chcieli mi powiedzieć, co to mogło być, bo bez badań nie mają jeszcze pewności. – Marcin westchnął z rezygnacją. – I nie chcą mnie do niej wpuścić, bo ciągle robią coś przy niej.

– Strasznie długo. – Tym razem Paweł poczuł zaniepokojenie. – Zasugerowali chociaż, jakie mogą być konsekwencje tego zatrucia?

– Coś z nerkami i ciśnieniem krwi. Coś tam z układem nerwowym i czymś tam jeszcze w żołądku.

– Chryste! – Paweł nieco podniósł głos. – Co ta baba zażywała? Truciznę jakąś?

– Nie powiedzieli mi, żeby w ogóle cokolwiek zażywała.

– No to może piła? – w głosie Pawła dawało się wyczuć niekłamane poirytowanie.

– Paweł, nie wiem! – Marcin odwarknął. – Martwię się i tyle.

– Dobra. Jak już coś więcej będziesz wiedział, to daj mi znać. Jeszcze jestem w pracy, ale jakby co mogę podjechać tam do ciebie. – Paweł westchnął bezgłośnie. – Może chcesz coś do jedzenia i picia?

– Tu sobie kupiłem. Mają stołówkę i mini bar. A w automatach jest woda i cola.

– W każdym razie daj znać, jeśli coś już będzie wiadomo.

– Dobra. – Marcin westchnął z rezygnacją.

Panowie rozłączyli się. Paweł przez chwilę patrzył w ciemność za oknem. Znowu jego myśli błąkały się gdzieś tam, wokół tematu dbania o wygląd. Ile musi kosztować bycie wysportowanym i umięśnionym. Jak wiele wysiłku kosztuje kobiety trzymanie linii i kreowanie się na piękności. To co pulchne wcale nie jest aż takie brzydkie. Po co więc one wszystkie się wiecznie dręczą? Choroba dzisiejszych czasów. Nowa moda i tyle. Ostatecznie podsumował własne myśli.

Oczywiście każda przesada winna mieć jakieś tam granice. Choć też ludzie mają prawo do własnych obsesji. Niezależnie od rodzaju oszołomstwa. Czy to anorektyk, czy to na drugim końcu przesady chory spaślak, miał prawo do własnego sposobu na życie. Wybór to wybór. Chcesz czegoś, nie oszukujesz siebie, to i koniec końców osiągasz cel. Jakiś tam, ale cel.

Paweł zwinął swojego laptopa. Spakował resztę własnych rzeczy do torby. Odruchowo poukładał pozostałe przedmioty na blacie biurka. Bardzo lubił porządek. Zgasił światło i wyszedł.

Droga do domu zajęła mu dobrą chwilę, bo z powodu wypadku na głównej trasie nawet na dojazdówkach były korki. Ostatecznie dotarł do domu po przeszło półtorej godziny. Czuł się zmęczony, głodny i niechętny do towarzyskich pogawędek. Niestety w domu nie od razu powitał go święty spokój.

Na dzień dobry Aneta powiedziała, że dzwonił do niej Marcin, bo do brata nie mógł się dodzwonić. Nareszcie na dobre wyczyścili żołądek Larysy i zrobili transfuzję krwi. Wiadomo już czym dokładnie zatruwała się od dość długiego czasu, i co najważniejsze, był to m.in. bardzo długi tasiemiec.

Słysząc to Paweł stanął jak osłupiały i z rozchylonymi ustami trwał dobrą chwilę nie mogąc uwierzyć temu, o czym właśnie usłyszał.

– Co takiego?! – wykaszlał wreszcie z siebie. – Tasiemca? Takiego prawdziwego?

Andrzej_Dragan
Fot. Andrzej Dragan

Aneta pokiwała głową. Miała zmartwioną minę. Jednak nie sprawiała wrażenia zszokowanej, ale raczej pełnej współczucia. – Ta dziewczyna totalnie oszalała. – Aneta powiedziała ze smutkiem. – Ma mocno zrujnowany przewód pokarmowy. Silnie obciążony układ immunologiczny. Podobno przyjmowała jeszcze jakąś truciznę. Adi coś tam.

– Adipex – Paweł poprawił żonę niemal odruchowo.

– Skąd znasz tą nazwę? – jego żona bardzo się zdziwiła.

– Moja pierwsza dziewczyna zażerała się tym czymś przez wiele miesięcy. To było modne na początku lat dwutysięcznych. Sprowadzano to ze wschodu i z Czech. Aż wreszcie oficjalnie w Polsce to gówno zostało zakazane. Parszywy psychotrop. Coś oszukującego babskie głowy.

– A jak to coś działało? – Aneta sprawiała wrażenie zdziwionej.

– Zabijacz głodu. Morderca apetytu. Tak to nazywali. Wzmagał też przemianę materii. Po tym czymś ludzie chudli niemal z dnia na dzień, bo niczego nie jedli. Dostawali sztucznej anoreksji.

– Ona podobno ściągała ten specyfik z Litwy. A Litwini to coś kupowali u Ruskich. Tak mi powiedział Michał. A jemu powiedział o tym jeden z lekarzy. Po wynikach poznali, czym się zatruła. A poza tym ona po wybudzeniu z narkozy przyznała się do tego całego Adi coś tam. – Aneta pokiwała głową. – Biedna dziewczyna. Totalnie zgłupiała.

– Cholera. Cholera. Cholera. – Paweł wszedł do pokoju. Nawet nie zdjął butów. Usiadł na fotelu i opierając łokcie na kolanach złapał się za głowę. – To trochę jak nałóg. Tej babie totalnie odbiło i jeszcze próbowała w to wkręcić Michała. A ten kretyn chciał się z nią ożenić.

– Nadal chce – Aneta go poprawiła.

– Jak to chce? Z wariatką? – Paweł wyglądał na oszołomionego.

– Właśnie dlatego. On chce jej pomóc. Chce ją wesprzeć w pracy nad sylwetką, ale już bez toksycznych stymulatorów. Czy jakoś tam inaczej to nazwał. – Aneta uśmiechnęła się. Bardzo delikatnie, ale jednak życzliwie.

– Oszalał na jej punkcie. Zakochał się, to i zgłupiał na dobre. – Paweł pokiwał głową. – Niech robi co chce. Ale nas niech do tego nie miesza. Jeszcze nasza Asia usłyszy o tych prochach i też zacznie świrować.

– O to się nie martw. Od rozmów z naszą córką to ja jestem. – Aneta uśmiechnęła się. – Odgrzać ci obiad?

– Nie. Przez to wszystko straciłem apetyt. – Paweł westchnął. – Pójdę się wykąpać i może później jeszcze coś wrzucę na ruszt. – Znowu westchnął. – Nigdy nie zrozumiem niektórych ludzi. No po prostu… nie zrozumiem.

Aneta nadal się uśmiechała. Przekrzywiła głowę. Wyciągnęła rękę i poczochrała włosy męża. – Jednak odgrzeję ci trochę mojego leczo. Wiem, że lubisz. – Przyglądała się mężowi. – Im bardziej się wściekasz, tym głodniejszy się robisz. Jak ci już przejdzie wkurzenie, przyjdziesz do kuchni i zaczniesz wołać o coś ciepłego.

Paweł odetchnął na znak kapitulacji. – Tak. Dobrze mnie znasz pani kuro domowa. – Uśmiechnął się z udawaną rezygnacją. – To może rzeczywiście już teraz mi to odgrzej, a ja tylko zdejmę buty i się przebiorę, bo z tych nerwów całą koszule zapociłem.

Aneta zaczęła się śmiać. – Dobrze. Dobrze. Będzie już ciepłe, kiedy przyjdziesz do kuchni. Obiecuję.

Ona

Zuza lubiła długo czytać. Śmiała się, że trzy godziny snu jej w pełni wystarczają. Dlatego często zdarzało jej się przesiadywać w mini saloniku, gdzie przy niewielkiej lampce pożerała całe masy najprzeróżniejszych tekstów.

Jej współlokatorka, czy raczej przyjaciółka od serca, akceptowała to. A nawet lubiła powtarzać, że tak ambitnej pasji nie powinno się w żaden sposób niszczyć. Poza tym światło nie dochodziło do ich sypialni, więc nie miało większego znaczenia, jak długo Zuza nie kładła się spać. A do tego jeszcze Zuza nigdy nie hałasowała, starała się nie zakłócać snu Pauliny.

Tym razem Zuza zgodnie z bardzo plastycznymi opisami snuła się po korytarzach angielskiej rezydencji. Budynku zniszczonego w czasie wojny. Przygnębiające opisy podobały jej się. Wszystko zanurzone w wielowymiarowym mroku. Może stąd taki, nie inny tytuł. „Pod osłoną nocy”. Brytyjska autorka wiedziała dobrze, jak stworzyć specyficzny klimat w każdej ze swoich książek.

Po_Trzykroc_1Jedną z głównych bohaterek tej powieści Zuza już na samym wstępie się utożsamiła. Co prawda tamta pani była w przeciwieństwie do Zuzy wysoka, ale za to brzydka jak noc. Właśnie jak ta noc, którą zapowiadał tytuł powieści.

Zuza nie była wysoka. Nie była też krępa. Nie miała męskawych rysów twarzy, czy postury. Za to była mocno przy kości, czyli była po prostu bardzo gruba. Fałdki przelewały jej się wszystkimi możliwymi szczelinami. Cokolwiek założyła, źle w tym wyglądała. Nawet luźne bluzki nie w pełni ukrywały te defekty, bo po prostu nadawały jej sylwetce jeszcze masywniejszego kształtu. W takim ubraniu Zuza prawie zawsze wyglądała niczym obła kopa  siana, czy też inna góra słoniny. Tak przywykła to określać.

Nienawidziła mówienia o tym, jak powinna wyglądać ładna kobieta. Gardziła nowomodnymi standardami. Ale jednocześnie nie znosiła własnego wyglądu. Unikała przeglądania się w lustrze. Nie pozwalała by robiono jej zdjęcia. Kiedy jednak miało to już miejsce, nawet się nie siliła na wciąganie brzucha. W jej pojęciu temu podobny odruch i tak niczego nie zmieniał. Policzki pozostawały nabrzmiałe. Ręce masywne. Barki niemal jak u zapaśnika. A do tego z powodu wyglądu skóry, tak jakby jej naciągnięcia, policzki Zuzy wiecznie błyszczały i wydawały się zaróżowione. Bez całych ton pudru nie dawało rady, żeby stanęła przed telewizyjnymi kamerami. Na szczęście nie na tym jej zawód polegał, żeby wiecznie uśmiechała się do widzów. Ona pisała. Do tego nie było potrzebne wieczne uśmiechanie się wirtualnej widowni.

Każde ze swoich zdjęć chowała do szuflady. Śmiała się przy tym, że jeśli kiedykolwiek jakakolwiek choroba zmusi ją do schudnięcia, to będzie z sentymentem spoglądać na fotki, na których wyglądała na więcej nawet niż zdrową, bo nie zabiedzoną.

Od dawien dawna pod pozorem śmiechu ukrywała własne kompleksy. Nic ludziom do tego, jak ona się czuje i o czym myśli. Tak brzmiało jej wewnętrzne motto. Jej niemy krzyk, prawie nigdy nie wyrażany głośno. Dlatego kiedy jej przyjaciółka z urokiem pięknej diwy, czy nawet modelki, proponowała jej batoniki, ciasteczka, obiady w dobrych restauracjach, Zuza nie mówiła nie. No bo i po co? Lepiej udawać, również przed samą sobą, że właśnie słodycze lub inne tłuste potrawy się uwielbia, niż głośno przyznać się do braku siły i chęci do walki o własny lepszy wizerunek.

Poza tym wiedziała również, że tą metodą, czyli udawaniem swobody i samoakceptacji, zyskuje zdecydowanie większą uwagę nie tylko swoich czytelników, ale też znajomych. Ludzie podziwiali jej dokonania zawodowe. Mówili, że jest dobra w tym, czy tamtym. A co najważniejsze, że umie do siebie przyciągać wszelkiego rodzaju sławy. Czyli że mimo wyglądu teoretycznie winnego utrudniać jej pracę, zyskiwała jeszcze większy aplauz.

Bo na tym właśnie jej zawód polegał. Na zwracaniu na siebie uwagi. Była reporterką. Z konieczności brała udział w wielu rautach. Odwiedzała piękne rezydencje. Rozmawiała z wielkimi tego świata. Szanowano ją. Pewnie właśnie z tego powodu ludzie unikali wspominania o jej wyglądzie, obłych kształtach i pyzatej twarzy. Zresztą Zuza wiedziała co w jej przypadku było najlepsze, jaki strój był w stanie zaradzić owemu uszkodzeniu wizerunku.

Był to garnitur.

Właśnie. Nie garsonka. Nie spódniczki tuż za kolanko lub dla odmiany sięgające kostek. Nie dekolty i piękne ozdóbki na szyi, bądź bransoletki i pierścionki. Jedynie dobrze dobrane koszule wypuszczone ze spodni. Idealnie skrojone na miarę marynarki. Nigdy, przenigdy pozbawione kołnierza, bo brak tego rodzaju elementu nadawał jej szyi jeszcze masywniejszego kształtu. Również nie krótkie garsonki, ale sięgające bioder damskie marynarki. Bardzo często w ciemnych barwach, bo czerń pochłaniająca światło oszukiwała cudzy wzrok. Czy nawet, jeszcze lepiej, jasny garnitur, np. szary, ale z dodanymi po bokach wstawkami ciemnej barwy, najlepiej właśnie czarnej. To idealnie myliło obserwatora, bo powodowało wrażenie, jakby Zuza była – jak mawiała jej przyjaciółka – uroczo wcięta w talii.

Zuza słynęła z tego, że uważano ją za bardzo konkretną osobę. To często określano jako niemal męską siłę przebicia. A szczególnie, że od zawsze nosiła tylko spodnie.

Mało kto jednak wiedział, że z powodu bardzo szerokich ud najzwyczajniej w świecie w ciepłe dni odparzała sobie skórę od wewnętrznej strony ud, co powodowało ostatecznie bardzo dotkliwy ból. Stąd taki, a nie inny styl. Powód banalny, ale jakże skutecznie pobudzający wyobraźnię, czy nawet Zuzy zdolności twórcze.

Własna stylizacja. Delikatny makijaż nie pozwalający obserwatorom zapomnieć, że rozmawiają z kobietą, a nie jakimś tam babochłopem. Dobrze dobrane uczesanie. Nie krótki jeżyk lub włosy spalone ciągłym utlenianiem. Tylko coś pasującego do jej twarzy. Miała od lat tę samą fryzjerkę. Dziewczyna wiedziała z czym na głowie będzie Zuzie najlepiej. Wszystko to wynikało z osobistego talentu Zuzy do ściemniania, do uwodzenia czytelników lub widzów własną pewnością siebie, więc i do tworzenia wokół siebie pewnego rodzaju zasłony dymnej.

Nie zmieniało to jednak faktu, że mimo dumy z własnej pracy. Mimo silnego temperamentu, więc i stanowczości. Mimo własnego talentu do wciągania do rozmowy nawet najbardziej skrytych ludzi. Zuza w pewnym sensie nie zawsze czuła się dobrze we własnej skórze. Widziała w cudzych spojrzeniach fałsz przemieszany z niechęcią lub obrzydzeniem. A przynajmniej ona sama tak to interpretowała. Nikt nie przejawiał zbyt intensywnych odruchów uwodzenia jej. Romanse jej nie groziły. Co chyba cieszyło Paulinę.

Bo w pewnym sensie jej przyjaciółka stanowiła wyjątek potwierdzający regułę. Zapewne z tego powodu tak często ganiła Zuzę za jej pejoratywne podejście do samej siebie. Oczywiście Zuza nie do końca wierzyła w zapewnienia Pauliny, że Zuza podoba jej się głównie z tego powodu, jak wygląda, ale nigdy nie wchodziła z Pauliną w dyskusję. Przyjaźń miewa to do siebie, że dla dobra bliskiej osoby wygaduje się różne komplementy. Często tylko po to, żeby poprawić temu komuś humor, nic ponad to. Zuza nazywała to życzliwym fałszem. I zakładała, że właśnie to dostaje od swojej przyjaciółki.

Paulina była specyficzna. Dlatego nie przez przypadek właśnie jej Zuza pozwoliła wejść do własnego życia. Zuza pytana o to, jaką rolę Paulina odgrywa w jej życiu odpowiadała krótko i konkretnie. Bo to najbliższa mi osoba. I na tym kończył się temat.  Wszyscy przecież dobrze wiedzieli, co tak naprawdę Zuza ma na myśli, więc nie podejmowali tematu. Zuza była zbyt konkretna i stanowcza, żeby ktokolwiek odważył się negować jej życiowe wybory. A przynajmniej takiego argumentu, czy też usprawiedliwienia Zuza lubiła używać w kontekście swojego związku z Pauliną. Zawsze powtarzała to samo, że miłość w jej życiu nosi tylko jedno imię. Amen.

Współlokatorka, jak Zuza lubiła przezywać Paulinę, należała do grupy tych pięknych. Wysoka. Zgrabna. Bardzo szczupła. O niezwykle harmonijnych rysach twarzy. Żadnego wielkiego nosa. Zeza. Czy innych szczegółów wymagających retuszu. Tzw. rude bóstwo. Do tego była pełna uroku osobistego. Umiała się śmiać z najdurniejszych nawet dowcipów, nie dając tym samym opowiadającemu do zrozumienia, że brak mu talentu w dziedzinie rozweselania innych.

Miała za sobą studia na dwóch sławnych uczelniach. Z czego ta druga uczelnia, jak sama lubiła żartować, uczyniła z niej bardzo mądrą i szacowną panią doktor. Obie śmiały się z tego, bo od czasu obrony swojej pracy doktorskiej Paulina nie poświęciła tej tematyce ani minuty więcej. Ale zapewne właśnie powodu swojej wiedzy Paulina z tak dużą łatwością radziła sobie w rozmowach nie tylko towarzyskich, ale przede wszystkim z Zuzą. Dysponowała tak szeroką gamą niepodważalnych argumentów, że Zuza rejterowała już po kilku minutach podejmowania prób przegadania Pauliny. Przyjaciółka doskonale wiedziała jak i czym najskuteczniej panią redaktor zgasić. Jak spowodować, żeby pani Genialna Reporterka zamarła nie tylko w pół ruchu, ale również w pełnym osłupienia milczeniu.

Właśnie tą metodą udawało się Paulinie wciskać Zuzie najprzeróżniejsze kity. Bo tak we własnym dialogu wewnętrznym Zuza lubiła to zachowanie określać. Mimo to jednak uwielbiała ten cyrk nazywać miłym.

Po_Trzykroc_10Skoro to pani Prawie Modelka walczyła o uwagę pani Prawdziwej Reporterki, a nie odwrotnie. Skoro pani Prawie Modelka długo starała się o to, żeby ostatecznie Zuza wpuściła ją do własnego życia, a nie odwrotnie, znaczyło, że wygląd nie zawsze i nie dla Pauliny stanowił najistotniejszy atrybut drugiej osoby. W tamtym czasie, kiedy pani Doktor została przedstawiona pani Redaktor, Zuza nie poczyniła kompletnie żadnego wysiłku, żeby tę panią poznać lepiej.

To Paulina podjęła swoje starania o zwrócenie na siebie uwagi Zuzy. A znaczyć to mogło tylko jedno. Pani Redaktor jednak miała jakieś zalety, które niwelowały niedostatki w jej wyglądzie, skoro wszystko skończyło się tak, jak się skończyło.

Zuza odłożyła książkę na bok. Wyciągnęła się na kanapie. Założyła ręce za głową i utkwiła wzrok w suficie. To była cudownie biała powierzchnia. A jednocześnie fragment pokoju pełen światłocieni nadawanych mu przez blask lampki, której abażur przypominał kulę pełną drobnych szczelin.

Ściany pokoju też były białe. Zdobiły je zaledwie trzy antyramy, a w nich zdjęcia Zuzy i Pauliny. Czysta poetyka obrazu. Tak to nazywali odwiedzający je znajomi. Znali się na uwiecznianiu różnych zdarzeń i ułamków chwil, bo często byli to fotoreporterzy. Niektórzy z nich byli nawet na swój sposób artystami.

I właśnie ktoś taki był autorem wiszących na ścianach zdjęć. A właściwie była, bo to była pani artystka, nie zaledwie jakiś tam pan fotograf. Tyle tylko… Zuza zaczęła się bezgłośnie śmiać na wspomnienie tamtej sesji zdjęciowej. Zdecydowanie w pierwszym odruchu autorkę tych fotograficznych portretów można było pomylić z facetem. Nie mniej jednak na swojej pracy naprawdę dobrze się znała.

Myśli Zuzy popłynęły gdzieś dalej, jakby głębiej, do wnętrza jej ukrytego świata. Tak lubiła nazywać ten stan. Miała własne kazamaty myślowe i bezludną wyspę pełną cichych i jakby mrocznych tajemnic. Jedną z nich było snucie rojeń na temat własnego wizerunku i konsekwencji jakichkolwiek zmian.

Lubiła wyobrażać sobie miny innych, kiedy stanęłaby przed nimi szczupła i na swój sposób piękna. Nieco inny ubiór, choć w tym samym, co zawsze stylu. Nadal marynarka. Nadal spodnie. Nadal subtelny makijaż i fryzura idealnie dobrana do jej owalu twarzy. Ale już nie koszula garniturowa, ale bawełniana bluzka silnie opinająca ciało, podkreślająca kobiecość Zuzy. Nadająca Zuzie wygląd na swój sposób dużo seksowniejszej kobiety.

Co prawda wtedy…

No właśnie, co wtedy? Zuza zawahała się. Po raz pierwszy przyłapała samą siebie na tej myśli. Bo tak naprawdę co dokładnie by się zmieniło? Owszem, zapewne ludzie zaczęliby ją jeszcze bardziej podziwiać. To swego czasu zadziało się w życiu Opry Winfrey. Temu podobny fakt zaistniał w życiu Ewy Drzyzgi. To samo spotkało wielu innych celebrytów.

Nie mniej jednak…

Efekt yo-yo. Znowu do Zuzy wrócił ten temat. Dziwaczny schemat. Zuza skrzywiła się. Ten stan zaliczyła w życiu kilka razy. Co prawda nigdy nie schudła kilkudziesięciu kilo. Określenie dużo zatrzymało się na poziomie zaledwie cyfry dziewięć, ale nawet wtedy ludzie zaczęli zwracać uwagę na poprawę jej wyglądu. Płynęły komplementy, wyrazy uznania i temu podobne chwilówki, bo tak Zuza nauczyła się to nazywać.

Zuza uśmiechnęła się krzywo. To nie było miłe wspomnienie.

Już wtedy mieszkała z Pauliną. To swojej partnerce przypisywała własną chęć zrzucenia kilku kilogramów. I udało się, ale nie potrwało to długo. Szczególnie, że Paulina lubiła gotować. Lubiła też ciągać Zuzę po najlepszych restauracjach. Obie było na to stać, więc nie musiały skąpić grosza na tego rodzaju rozrywkę.

Patrząc wstecz Zuza powoli zaczynała dochodzić do wniosku, że na swój własny sposób Paulina ją tuczyła. Czy też bardziej kulturalnie lub subtelnie to ujmując, lubiła, kiedy Zuza pozostawała taka, jaką ją poznała. Nie do końca Zuza rozumiała jaki mógł być tego powód, ale skoro na świecie istnieją najprzeróżniejsze przyjaźnie, to właściwie nic nikogo nie powinno dziwić. Co człowiek, to i inny gust. Stąd taki wachlarz najprzeróżniejszych produktów na półkach sklepowych. Co prawda ludzie to nie towary, ale też cieszą się zainteresowaniem, więc i popytem, lub nie stanowią wysoko ocenianego produktu na rynku towarzyskim i wtedy po kres swych dni pozostają towarami zalegającymi magazyn.

Zuza westchnęła zniechęcona własnymi wnioskami i przyjętą przez siebie formą opisu.

A co by było, gdyby Zuza jednak uparła się i schudła? Wykasowała z kartoteki niechciane dwadzieścia kilo, czy nawet więcej. Jak wiele zmieniło by to w jej życiu? Zuza zatrzymała się na tej myśli. Nie sprawiło to jej jednak przyjemności.

Kiedyś na zlecenie poczytnej gazety prowadziła pewnego rodzaju badania dotyczące zaburzeń relacyjnych w wielu rodzinach lub związkach. Dokładnie dotyczyło to alkoholików. Chodziło o zakreślenie czytelnikom istnienia czegoś, co przez psychologów było nazywane współuzależnieniem.

Zasada była niemal banalnie prosta, więc i oczywista. Ktoś trwający w związku z alkoholikiem uczył się akceptowania łączących się z tym najprzeróżniejszych utrudnień. Teoretycznie osoba często upijająca się pierwotnie miała jakieś tam powody do uciekania od problemów. A przynajmniej tego rodzaju nałogowcy na trzeźwo lubili się w podobny sposób usprawiedliwiać. Jednak na ostatnim etapie uzależnienia, po prostu zalewała tzw. robaka, o nic więcej nie chodziło.

Badania pokazywały jednak, że każdym nałogiem można było kogoś zarazić. Nie bez powodu używało się słowa współuzależnienie. Osoba związana z alkoholikiem, czy to żona, czy córka lub syn, mieli inną, swoją własną używkę. A było nią trwanie w bardzo toksycznym związku. Alkoholik truł się promilami. Współuzależniony ktoś odurzał się własnym cierpieniem. Uwolnić się od takiej potrzeby, wewnętrznego nakazu bycia prześladowanym, upadlanym, bitym, zmuszonym do opiekowania się osobą wiecznie pijaną, nie należało do łatwych zadań.

Zwykle ktoś taki nie potrafił spójnie i swobodnie odpowiedzieć na pytanie, na czym według niego polega szczęśliwy, czy też zdrowy związek lub układ.

Dlatego badania potwierdzały, że kiedy alkoholik przestawał pić, jego żona lub jej mąż zaczynali nakłaniać tę osobą do powrotu do nałogu. Takiego lub innego, ale jednak nałogu. Oboje partnerzy nie umieli odnaleźć się w nowym świecie, tym odtoksycznionym. Oczywiście jeśli osoba bliska ostatecznie decydowała się na dotrzymanie kroku swojemu niepijącemu alkoholikowi lub alkoholiczce, związek trwał dalej. Częściej jednak wszystko kończyło się rozwodem. A osoba współuzależniona wchodziła w związek z kolejną toksyczną osobą. Bardzo często usprawiedliwiając się własną potrzebą zbawiania świata, czyli wielką miłością.

Ale przecież rodzajów nałogów istnieje całe mnóstwo. Nie tylko alkoholizm stanowi problem. Obżarstwo również pod to podchodzi, pod opcję „uzależnienie”.

Nadużywanie kalorii. Zerwanie z tym nałogiem, a potem wytrwanie w byciu anonimowym tłuściochem nie należy do łatwych. I o tym właśnie Zuza dobrze wiedziała. Nie brakowało jej wyobraźni. Intuicję sięgającą głębokich pokładów tzw. podświadomości zbiorowej również miała świetną. A przynajmniej ona sama lubiła tak to nazywać.

Ta myśl sprowokowała ją tego wieczora, czy nawet już nocy, do zainicjowania własnej opowieści, której akcja miała toczyć się w przyszłości, w rzeczywistości równoległej.

Oto Zuza była już drobną, szczupłą szatynką. Miała szafę zawaloną modnymi ciuchami w rozmiarze co najwyżej czterdzieści. Lubiła patrzeć na siebie w lustrze. Widok szczupłych osób już nie budził w niej zazdrości, ale raczej poczucie przynależności do klubu. I w tym wszystkim jej obecne życie uczuciowe… tu Zuza zawahała się.

Gdzie w tym wszystkim odnaleźć się mogła Paulina? I czy aby na pewno takiego rozwoju wypadków by chciała? Zawsze powtarzała, że kochanego ciałka nigdy dość, czyli lubiła patrzeć na ludzi pulchnych. W jej domu rodzinnym było kilka takich osób. Ona nie wdała się ani w mamę, ani w tatę. Śmiali się wszyscy, że odziedziczyła geny prababci, która wyglądem przypominała anorektyczkę, choć potrafiła naprawdę dużo zjeść za jednym razem.

Po_Trzykroc_6Jednak Zuza wiedziała, że Paulina po swojej prababci poza wyglądem niewiele odziedziczyła. Paulina nie lubiła zajadać smutków lub nudy. Ona jak ognia unikała słodyczy. Czy też, jak lubiła wymijająco to nazywać, nie przepadała za tym smakiem. Twierdziła, że nadmiar cukru powoduje u niej coś w rodzaju zgagi i że woli to, co gorzkie lub chociaż słonawe, bo nawet kwaśne rzeczy nie należały do jej ulubionych. A jednocześnie herbatę i kawę zawsze słodziła. Tyle tylko, że słodzikiem.

Paulina często chodziła na basen. Czasami przed śniadaniem wychodziła pobiegać. Chwilami bawiła się też w granie w tenisa. Uwielbiała po spotkaniach z kumpelami śmiać się, że znowu jakiś tam naiwniak próbował ją poderwać. Biedaczysko nie wiedział, że z złożenia nie zyska na to najmniejszych nawet szans.

Zuza zawahała się. Co by się więc zadziało, gdyby nagle pani Redaktor poczytnej gazety zaczęła na basen chodzić wraz z Pauliną? Pani Redaktor ostatecznie przestałaby się wstydzić występowania w negliżu. Jak Paulina odnalazłaby się w tym, że nagle Zuza również uprawia jogging. Co gorsza, że robi to w pojedynkę, bo ma inny od Pauliny rytm poruszania się. Krótsze nogi to i mniejsze kroki. Blisko dwadzieścia centymetrów różnicy w ich wzroście swoje robiło.

W domu nie czekałby już obiad przygotowany przez Zuzę. Bo Zuza też by żyła tylko zdrową żywnością. Zero spaghetti, czy innych babeczek czekoladowych. Na imprezach nie tylko wyglądem Pauliny by się zachwycano. Czy nawet przez chwilę to Zuza zwracałaby na siebie dużo większą uwagę z powodu własnej metamorfozy.

Zuza westchnęła jakby do sufitu. Do jedynego rozmówcy, z którym toczyła te dywagacje, czy też pewnego rodzaju monolog na temat sensu zabawy w bycie tą ładną. Nie od razu pani Redaktor poczytnej gazety znalazła odpowiedź na banalne pytanie. Czy rzeczywiście dałaby radę to wszystko przetrzymać? Czy naprawdę chciała cokolwiek zmienić w swoim życiu? Czy aby na pewno było jej źle tu, gdzie wciąż pozostawała? Tkwiła od wielu już lat.

W sumie przecież Paulina od zawsze bardzo lubiła dla niej piec babeczki z czekoladą. Po co ją tego pozbawiać?

Zuza uśmiechnęła się do własnych myśli. Mimo woli, niemal odruchowo zacytowała filmową Scarlett O’Hara. „W końcu jutro też jest dzień”. Nie było już sensu zawracać sobie głowy tylko z pozoru ważnymi pytaniami. Odpowiedzi na nie od dawna tkwiły w głowie Zuzy i tylko czekały, żeby je wreszcie wirtualnie, ale na swój sposób głośno wypowiedziała.

Wstała z kanapy. Zgasiła lampkę i ruszyła w stronę sypialni.

Oni

– Krzysiek! – po mieszkaniu poniosło się głośne wołanie Darka. – Gdzie schowałeś moje notatki z wczoraj?!

– Jakie notatki?

Darek drgnął słysząc głos kumpla, który nagle pojawił się tuż za jego plecami. Darek obejrzał się. Krzysiek uśmiechał się jakby krzywo i trzymał w ręku segregator wielkości A4.

– O to pytasz? – Krzysiek z trudem hamował śmiech.

– Tak – Darek warknął cicho. – I przestań się już tak skradać. Nienawidzę tego.

– Studiuję szpiegostwo – Krzysiek zaśmiał się całkiem szczerze i głośno. – A ty jakiś taki bojaźliwy zrobiłeś ostatnio. Nikt w tym akademiku nie planuje cię zgwałcić. Bez obaw. – Krzysiek nadal się śmiał. – A gdyby nawet, to najpierw ze mną będzie miał do czynienia. – Krzysiek zmarszczył nos, uniósł dłonie zaciśnięte w pięści i udał groźnego.

– Wal się – Darek mruknął. Nie dołączył do rozbawienia swojego prawie kolegi.

Bo tak właśnie nazywał Krzyśka, mieszkającego z nim kolegę z roku. W pewnym sensie z roku, bo studiowali na zupełnie różnych wydziałach. Jeden bawił się w socjologię, drugi w prawo. Jeden uwielbiał analizować ludzkie zachowania. Drugi kochał straszenie ludzi paragrafami i znajomością niuansów ukrytych pomiędzy zdaniami wielu umów.

Męczyli się ze sobą już od czterech lat. Wspólnie wynajmowali spore mieszkanie. Znali się dobrze, a jednocześnie w ogóle. Po prostu Darek znał domowe zwyczaje Krzyśka, a Krzysiek wiedział, co dokładnie Darek lubi sobie odgrzewać do jedzenia.

Po_Trzykroc_7bu dobrze szła nauka. Dobrze i szybko, więc w porównaniu z innymi miewali więcej wolnego czasu. Tyle tylko, że Krzysiek według Darka lubił życie towarzyskie i z tego powodu wszystkie swoje luźne wieczory poświęcał snuciu się po pubach. A Darek dla odmiany sięgał po nowe książki i schowany w kącie swojego pokoju bawił się w tworzenie nowych teorii dotyczących ludzkich zachowań.

Krzyśka często w domu nie było. Pewnie dlatego, że poza życiem towarzyskim interesowała go siłownia. Od pewnego czasu zdawał się nawet więcej czasu poświęcać na zabawę w tzw. pracę nad rzeźbą, niż na wyskakiwanie na piwko. Zresztą Krzysiek często powtarzał, że od dawna nie pija tego świństwa, jakim jest piwo. W jego pojęciu ta trucizna rozwalała ludziom układ pokarmowy. Nadymała facetów od środka. A Krzysiek do niczego nie przykładał równie wielkiej uwagi, jak do swojego wyglądu oraz bycia najlepszym na roku.

Wszystkie laski walczyły o jego uwagę. Oczywiście odwzajemniał ich zainteresowanie. Tyle tylko, że zaledwie przez chwilę. Zwykle z jego wypadów na randki kompletnie nic nie wynikało. Z żadną z pań nie umawiał się na więcej niż kilka spotkań. Darek odnosił wrażenie, że każda z takich znajomości kończyła się tak samo. Kulturalnym – sorry, ale nie – wypowiadamy przez Krzyśka z jemu właściwą uprzejmością.

Darek nie w pełni rozumiał zachowanie kumpla. Jednocześnie nie silił się na analizowanie powodów postępowania Krzyśka. Widać współlokator lubił bawić się z babami w jakiegoś tam berka. W sumie Darek nie dziwił mu się. Ich obu łączyło to samo. Pragnienie świętego spokoju i możliwości uczenia się w ciszy i skupieniu. Jeden drugiemu nie przeszkadzał w tym. Całe tabuny kobiet również nie.

Jedno jednak różniło ich nawet bardziej, niż bardzo. Wygląd. Krzysiek dbał o sylwetkę. Sprowadzał dla siebie całe masy dziwacznych specyfików. Wszystko tylko po to, żeby pracować nad własną rzeźbą, bo tak lubił to nazywać. Wiecznie ubierał się tak samo idealnie i modnie. Sprawiał wrażenie modela, czy innego Chippendale’a. Prawdziwy macho rodem z hollywoodzkich opowieści o miłości.

Darek zaś miał więcej nawet niż sporą nadwagę. Był niemal idealnie okrągłym, czy też kulistym szatynem. A ponieważ nie należał do wysokich, bo miał zaledwie metr sześćdziesiąt osiem wzrostu, nie kwalifikował się również do grupy seksownych Krzyśko podobnych macho.

Wszędzie był obły. Na twarzy jak księżyc w pełni. Z brzuchem wojaka Szwejka. Pulchnymi palcami. Z fałdkami wylewającymi się znad paska od spodni. Nawet broda nie w pełni ukrywała jego podwójny podbródek. To dawało się zauważyć na nielicznych zdjęciach, które kiedykolwiek pozwolił sobie zrobić.

Mimo to jednak nie należał do grupy samotnych. To dziwiło nawet jego siostrę. Tę szczuplejszą od niego, choć też przy kości. Oto pan kujon miał swoją własną, osobistą dziewczynę. Nie była Miss Polonią, ale za to była prawdziwa, a nie tylko widoczna na jakimś tam zdjęciu z kalendarza.

Należała do okrąglutkich. Czyli podobnie do Darka grzeszyła sporą nadwagą. Ale również podobnie do niego sporo się uczyła. Głównie z tego powodu raczej rzadko się spotykali. Za to korespondowali ile wlezie. Pomiędzy wykładami sporo do siebie pisywali. Ponieważ ona dopiero zaczynała studia, była na pierwszym roku matematyki, o wiele rzeczy pytała Darka. A on jej cierpliwie tłumaczył lub doradzał, co powinna zrobić lub gdzie szukać odpowiednich materiałów. Czy nawet kogo i o co pytać. Na tym akurat się znał. Studiował przecież socjologię.

Martę poznał jeszcze kiedy była w liceum. Widywali się na zajęciach z angielskiego. A że Marta była bardzo dobra w zapamiętywaniu nowych informacji, z językami obcymi całkiem nieźle sobie radziła. Uczyła się trzech jednocześnie. Angielskiego. Niemieckiego. Francuskiego.

To Darek pierwszy zagadał. Zrobił to odruchowo, bo w obecności takiej dziewczyny nie czuł się zażenowany własnym wyglądem. Poza tym gdzieś pod skórą czuł, że ona go naprawdę lubi, czy też akceptuje. Zupełnie jakby przykładała dużo większą wagę do tego, o czym on mówi i jak się zachowuje, niż do jego wyglądu. I to właśnie mu odpowiadało. Z tego powodu po pewnym czasie zaczął ją wyciągać na spotkania po zajęciach.

Jego siostra złośliwie mawiała, że swój zawsze natrafi na swojego. Tak usprawiedliwiała zainteresowanie Marty kumplem z takiego, czy innego kursu. Jednak samej Karolinie, siostrze Darka, czegoś podobnego nigdy nie udało osiągnąć. Mimo wiecznego bycia na diecie i odchudzania się, wciąż pozostawała tak samo korpulentna. Faceci nie uganiali się za nią. Szczególnie, że nie grzeszyła ani ładnymi rysami twarzy, ani urokiem osobistym. Nie należała też do tych świetnie uczących się. W ogóle według Darka miała niewiele zalet. W pewnym sensie mieli kompletnie inne geny. Nic poza nazwiskiem ich nie czyniło podobnymi do siebie.

Darek z segregatorem w ręku odwrócił się, żeby pójść do swojego pokoju. Chciał móc usiąść w świętym spokoju i zacząć czytać coś sensownego. Tego dnia wszystko wskazywało na to, że Krzysiek donikąd się nie wybierał, że zostanie w domu, więc Darek chciał się przed nim schować choćby tylko za zamkniętymi drzwiami własnego pokoju.

Podobno w następnym tygodniu Krzysiek miał kolokwium, do którego musiał się naprawdę dobrze przygotować, zapamiętać spore dawki paragrafów. Tylko z tego powodu książki i inne bazgroły były mu w głowie. Co prawda Krzysiek powtarzał, że robi to z przymusi, nie dla wysokiej oceny na egzaminie, ale Darek znał swojego współlokatora na tyle dobrze, że potrafił rozpoznać prawdziwe intencje jego zachowań. Do pewnego stopnia ci panowie rozumieli się bez słów.

Po_Trzykroc_3– Wiesz co Dareczku. Lubię z tobą mieszkać. Taki niegroźny facet z ciebie. – Krzysiek powiedział ze śmiechem. – Miły dla ludzi jesteś. Akceptujesz wszystko i wszystkich. Nie zwracasz uwagi na detale. Prawdziwy facet. Zero szpiegowskich odruchów.

– Grunt, że ty je masz – Darek mruknął. Nie czuł się w nastroju do gierek słownych ze swoim prawie kumplem, jak w myślach lubił nazywać Krzyśka.

– Ja to chodząca analiza. A ty to w stu procentach prawdziwy facet. Schowany pod grubą warstewką miękkiego czegoś – Krzysiek niemal odruchowo delikatnie uszczypnął Darka w ramię – nie przywiązujesz wagi do takich bzdur, jak wygląd, czy inne pierdoły. Zdecydowanie sensowny koleś z ciebie, bo nie udajesz kogą, kim nie jesteś. Masz gadane. I to jest w tobie najfajniesze. Ta cała twoja złośliwość i celność we wbijaniu innym słownych szpilek pod paznokcie. – Krzysiek nagle przestał się uśmiechać. – W sumie to chyba mało jest takich facetów, jak ty. Nie zarozumiałych.

– Za to takich, jak ty, całe zatrzęsienie – Darek mruknął cicho nadal tym samym tonem. Prawie szepnął, a mimo to Krzysiek usłyszał i zrozumiał każde z wypowiedzianych  przez niego słów.

– A żebyś wiedział – Krzysiek znowu zaczął się śmiać. – Da się to zauważyć na siłowni i na uczelni, i na ulicy, i w klubach, i gdzieś tam jeszcze. Bo ja jestem bardzo statystyczny. – Krzysiek znowu poklepał Darka po ramieniu. – Nawet bardziej niż bardzo.

– Dobra. Styknie stary. Mam trochę materiału do ogarnięcia – Darek niemal zawarczał. – Zajmij się swoim zakuwankiem, a mi zostaw moje. Oki?

– Jak chcesz. Jak chcesz. – Krzysiek pokiwał głową. Powoli przestawał się śmiać. Zupełnie jakby zrobiło mu się przykro. Darek aż zmarszczył brwi na ten widok.

– Strzelasz focha jak baba – Darek bąkną jakby odruchowo. – Nie ważne zresztą. Ja idę do siebie, a ty rób co chcesz.

Chwilę później Darek rozsiadł się na łóżku w swoim pokoju. Rozłożył wokół siebie kilka książek i segregator odzyskany kilka minut wcześniej. Na kolanach rozłożył sobie laptopa. Na Messengerze widać było komunikat, że Marta zostawiła wiadomość. Bez pośpiechu przeczytał krótki tekst. Prosty, niemal banalny komunikat: Dziś idę na spotkanie z dietetyczką. Wrócę późno. Tylko dlatego mogę nie odpisywać ci. Przeczytam wszystko, jak będę już mogła włączyć telefon.

Nie zdziwiło go, że Marty ma nie być w domu. Nawet to, że będzie miała wyłączony telefon. Najbardziej zaskoczyło go sformułowanie „z dietetyczką”. Co niby miało to znaczyć? Czyżby wydarzyło się coś, o czym Marta nie powiadomiła go jeszcze? Dostała niestrawności lub miała jakieś kłopoty z przemianą materii? Machnął jednak na to ręką. Wróci, to opowie. Książki czekały. Im swój czas Darek postanowił poświęcić, a nie babskim sekrecikom.

Dopiero późnym wieczorem Darek poczuł zmęczenie. Uświadomił sobie, że na czytanie, często bzdurnych dywagacji pewnego pana profesora, stracił blisko osiem godzin. Nawet nie poczuł, że od rozmowy z Krzyśkiem minął już aż tak długi czas. Wstał, żeby rozprostować nogi i plecy. Przeciągnął się. Pochylił do przodu. Ręce spuścił w dół. Dłońmi sięgnął zaledwie kolan, ale złapanie na tej wysokości na za nogi wydało się Darkowi bardzo trudne. Brzuch stanowił silnie wyczuwalną przeszkodę.

Po chwili Darek wyprostował się. Poczuł jak wszystkie mięśnie bolą go od zbyt długiego siedzenia w jednaj pozycji. Przeszło mu przez myśl, że przez te całe ileś tam godzin nauki nie przełknął kompletnie niczego. Po chwili ruszył w stronę kuchni. W lodówce powinna jeszcze być pizza, którą zamówił wczoraj. Była więcej niż duża. A  Dlatego kiedy ją dostarczyli, zdołał wepchnąć w siebie tylko połowę. Ta druga część właśnie przyzywała go swoim serowym głosikiem. Zjedz mnie. Zjedz mnie. Nie daj mi czekać. Bez pośpiechu ruszył w stronę niewielkiej kuchni.

Rzeczywiście w lodówce nadal leżało pudełko, ale było puste. W pierwszym odruchu Darek pomyślał, że pewnie lunatykuje, że ostatecznie popadł w chorobę nocnego podjadania i tylko z tego powodu od dawna pozostaje gruby. Ale po kolejnej minucie dotarło do niego, że nie mieszka sam. Poczuł jak narasta w nim irytacja. Szybko odwrócił się ruszył w kierunku pokoju Krzyśka.

Przez drzwi przeświecało światło, czyli współlokator jeszcze nie spał i jak najbardziej był w domu. Darek dość głośno zapukał do drzwi Krzyśka.

– Czego – usłyszał głos swojego prawie kumpla. Tembr głosu Krzyśka bardzo go zdziwił. Dość rzadko zdarzało się panu przystojniakowi uzewnętrzniać podenerwowanie.

– Mam pytanie. Tylko jedno. – Darek rzucił przez drzwi.

– Wlazł – głos Krzyśka nadal nie wydawał się przyjazny. – Czego mało szanowny kolega sobie życzy? – Krzysiek szepnął jakby w złości. Potem podniósł wzrok znad książki i prawie odruchowo uśmiechnął się.

Po_Trzykroc_2Krzysiek leżał na jednoosobowym łóżku, tzw. modelu Made in Ikea. Jego pokój nie należał do zbyt wielkich. Jakieś dziewięć, może dziesięć metrów. Łóżko, szafka nocna, niewielka szafa wbudowana we wnękę i jeden taborecik. Na tym kończyło się umeblowanie. A przy łóżku zamiast jakiejkolwiek szafki nocnej stała mała pufa, na której zawsze leżały książki Krzyśka. Jego studenckie lektury obowiązkowe.

– Co też tak ważnego sprowadza kolegę w moje skromne progi? – Krzysiek uśmiechnął się nieco szerzej i w tym samym momencie jakby odruchowo opadł na plecy. Zgrabnie uniósł ręce i z dziwaczną gracją włożył je sobie pod głowę.

– Moja pizza mnie sprowadza – Darek w charakterystyczny dla siebie sposób warknął. – Czemu mi ją zeżarłeś i do tego jeszcze zostawiłeś puste pudełko w lodówce, zamiast je po prostu wywalić.

– Pizzę? – Krzysiek zdziwił się, ale nie przestał się delikatnie uśmiechać. – A! tą pizzę. Zimną pizzę? – Krzysiek uśmiechnął się nieco szerzej. – Wczoraj cię długo nie było. O ile dobrze pamiętam, jak nie ty, wróciłeś wczoraj w środku nocy. A u mnie wcześniej był kumpel. Walczyliśmy z… – Krzysiek jakby zawahał się, żeby po chwili nieco mniej szeroko się uśmiechając dodał – z paragrafami.

– I niby to was usprawiedliwia, tak? Paragrafy? – Darek czuł jak wzrasta w nim wściekłość. – A ja jestem głodny teraz, a nie za godzinę, kiedy przywieźliby mi pizzę odkupioną przez ciebie.

– To nie ja zjadłem twój obiad, tylko Jarek. To po pierwsze. – Krzysiek nie przestawał się uśmiechać. – Ja takich gówien nie przyswajam. A poza tym jeśli chcesz, możemy pójść do Chińczyka tu obok i tam sobie zamówisz bardzo chińskiego kebaba za moje pieniądze.

– Ty sobie chyba żartujesz ze mnie – Darek mruknął z nieco mniejszą niechęcią i nagle malejącym poirytowaniem. Prawie kumpel właśnie bardzo go zaskoczył. Do tej pory nigdy niczego razem nie jadali. Piękny Krzysztof nie bywał w tych samych miejscach, co jego współlokator.

– Nie, Dareczku – Krzysiek odpowiedział spokojnie i dość poważnie. – Nawet moje żarty miewają swoje granice. To co, taki zwrot długu ci wystarczy? Chyba, że po prostu wolisz kasę. Jeśli tak, to powiedz ile i miejmy to już z głowy. – Głos Krzyśka dziwnie szybko zmienił brzmienie. Irytacja. Tak można było nazwać tą zmianę.

– W sumie… – Darek zawahał się jeszcze. – Może być. – Ostatecznie uległ pokusie czegoś totalnie dziwacznego, czym w jego pojęciu było wyjście z prawie kumplem na kebab.

– No to daj mi się przebrać i zaraz zejdziemy na dół.

Darek wrócił do swojego pokoju. Sięgnął po swoją starą dobrą i od lat tę samą kurtkę i po chwili znowu wyszedł do przedpokoju. Tam stały jego buty. Krzysiek też tam stał. Jak to on. Ładnie uczesany. Dokładnie ogolony. W jasnej kurtce. W jasnych dżinsach. W białych adidasach jakieś tam drogiej marki. Urodzony pan model pełną gębą. Prawie Chippendale. Od lat tak samo wystylizowany.

Darek westchnął niemal odruchowo i schylił się, żeby założyć buty. Wyjście na miasto z kimś takim, jak Krzysiek, stanowiło w pojęciu Darka nie do końca dobry pomysł. Przy Krzyśku nigdy nie czuł się swobodnie. Po pierwsze, bo za tym kolesiem oglądały się prawie wszystkie laski. Po drugie, bo nie tylko laski się za nim oglądały. Istny Ken z niego był. Urodzony chłopak Barbie.

Droga do Chińczyka nie zajęła im więcej niż cztery minuty. Mini bar mieścił się tuż obok wejścia do ich klatki schodowej. Krzysiek wszedł jako pierwszy. Rozejrzał się za wolnymi miejscami. – Wybierz coś. – Rzucił przez ramię do Darka. Przez minutę Krzysiek rozglądał się, żeby ostatecznie stanąć obok Darka przy ladzie. Młoda Azjatka uśmiechała się na swój azjatycki sposób i cierpliwie czekała, aż powiedzą, co chcą zamówić.

Kiedy wreszcie obaj wybrali, powiedziała, żeby usiedli, bo sama im poda jedzenie. Potem coś głośno rzuciła w stronę kuchni i wróciła do swojego uśmiechania się.

Krzysiek wybrał miejsce przy oknie i jako pierwszy podszedł w tamtym kierunku. Nawet nie spytał Darka, czy mu ten stolik odpowiada. Po prostu rozsiadł się.

Przez chwilę obaj milczeli. Pierwszy odezwał się Krzysiek.

– Wiesz, że twoja dziewczyna zna mnie nawet lepiej, niż ty? Mimo że ty i ja mieszkamy ze sobą już od czterech lat. – Krzysiek powiedział to z charakterystyczną dla siebie swobodą, jednak Darek odniósł wrażenie, że pytanie zawierało w sobie dziwaczny podtekst.

– Co… skarżysz mi się, że cię podrywa? – Darek, jak to on, mruknął nieco złośliwie.

– Nie. Kompletnie nie. Wręcz przeciwnie. – Krzysiek uśmiechnął się jakby odruchowo. Nie patrzył w stronę Darka. Bawił się plastikowym widelcem, który idąc wziął z kubka stojącego na półce pod ścianą.

W tej samej chwili dotarło do Darka, że jego kumpel wygląda na przygnębionego. Darek nigdy nie widział Krzyśka bez uśmiechu. Czyżby tego faceta pełnego wiecznej radości, czy nawet rozbawienia nagle zaczęło coś gryźć? Do tej pory bez względu na swój nastrój Krzysiek zawsze miał kąciki ust uniesione do góry. To nadawało jego twarzy wyraz mimowolnego rozbawienia. Trochę na wzór Bruce’a Willisa.

I oto po raz pierwszy, od kiedy Darek go znał, Krzysiek zdawał niepokojąco poważny. Zero radości, tej prawdziwej. Jedynie udawana gra pozorów. Niby jeszcze po twarzy prawie Kena błąkał się mniej niż cień uśmiechu. Ale nic poza tym.

– To po co cię zaczepiła? – Darek spytał jakby nieco odruchowo.

– Bo dorabiam jako fitness instruktor. – Krzysiek dopiero teraz podniósł wzrok i spojrzał Darkowi prosto w oczy. – Ona naprawdę bardzo chciałaby schudnąć. – Krzysiek odpowiedział z sobie właściwą lekkością. – Niestety nie wie jeszcze, jak to zrobić, więc przyszła do mnie poprosić o pomoc.

– No i… – Darek zaczynał czuć się nieswojo. Kompletnie nie rozumiał po co o tym wszystkim mówi mu jego współlokator. Bo jeśli daje w ten sposób do zrozumienia, że Marta… A właśnie, że niby co Marta robi za plecami swojego chłopaka?

Dopiero teraz zaczął do Darka docierać sens wiadomości, którą dostał dawno temu, bo około południa. Zdaje się, że Marta próbowała mu o czymś powiedzieć, dać do zrozumienia, a on jak zwykle nie załapał o co jej chodzi.

– Jeśli nie dołączysz do niej, to jej się nie uda. – Krzysiek spokojnie pociągnął dalej swój wywód, nie spuszczając przy tym wzroku z Darka. – Warto chyba, żebyś to sobie już teraz przemyślał. Ona lada chwila zmieni w swoim życiu kompletnie wszystko. Już rzadko się spotykacie. Jeśli ona zacznie ćwiczyć, w ogóle straci czas na cokolwiek innego niż tylko studia i sport.

– No i… – Darek zaczynał się wiercić. To była więcej niż dziwaczna rozmowa.

– No i zostaniesz sam. – Krzysiek powiedział to bardzo wolno i spokojnie, a przy tym niezwykle stanowczo.

Przez chwilę zapanowała cisza, którą ostatecznie przerwała pani Azjatka przynosząc im talerze pełne czegoś dymiącego i pachnącego sosem słodko-kwaśnym oraz olejem sojowym.

Krzysiek uśmiechnął się i wbił widelec w czubek góry pomieszanych ze sobą warzyw.

– Pierwsza lekcja. Naucz się odmawiać sobie tego, co z pozoru wygląda atrakcyjnie. – Krzysiek powiedział to nadal tak samo wolno i spokojnie, z tak charakterystycznym dla siebie uśmiechem. – Zacznij patrzeć na jedzenie jak na paliwo. Nie do każdego silnika stosuje się takie samo źródło napędu. Jest benzyna. Jest olej. Prąd, czy nawet siły naturalne. Wiatr i woda. – Krzysiek znowu się uśmiechnął. – Po prostu zawsze patrz dokładnie na to, co w rzeczywistości jesz.

Po_Trzykroc_8Darek poczuł się tak bardzo zaskoczony tym wykładem, że nie od razu dał radę cokolwiek z siebie wykrztusić. Dopiero kiedy Krzysiek skończył własną przemowę, do Darka dotarło, że oto dostępuje zaszczytu słuchania rad super faceta. Urodzonego Kena.

– Wow! – Darek mruknął starając się, aby zabrzmiało to jak szyderstwo. – Ken radzi mi, jak mam zawalczyć o własną kobietę. No po prostu… wow!

– Zrobisz, co zechcesz. Ja tylko spełniam prośbę twojej dziewczyny. – Krzysiek wyciągnął widelec z czubka swojej góry warzyw i wolno włożył go do ust.

– A w ogóle to skąd ty wiesz, czego ja chcę? Może wcale nie zechcę nadal być z Martą, jeśli ona się zmieni. Wziąłeś to pod uwagę? – Darkowi coraz większą trudność sprawiało zapanowanie nad własnym zażenowaniem.

– Nie wiem. Nie mam bladego pojęcia, czego ty tak naprawdę oczekujesz od życia. Za to przypuszczam. Domyślam się, co dokładnie mogłoby to być. – Krzysiek nie przestawał się uśmiechać w charakterystyczny dla siebie sposób. – Uwierz mi. Mam w tym wprawę.

Mam też za sobą przeszłość w stylu Brada Pitta. Nie od zawsze wyglądałem tak, jak teraz wyglądam. Sporo mnie to wszystko kosztowało. Czasu i nerwów. – Krzysiek westchnął. Z niechęcią odrzucił widelec, który upadł zaraz obok jego talerza i na swoim krześle odchylił się do tyłu. – Mało co w życiu dostaje się za darmo. A na pewno nie mięśnie układające się niczym dobrze skrojony garnitur. Też nad fryzurą i innymi pierdami trzeba umieć zapanować. Jak się tego nie potrafi, to jak twoja dziewczyna, idzie się do specjalistów. Lekarzy. Masażystów. Dietetyków. Stylistów i  fitness instruktorów. – Krzysiek znowu jakby spoważniał, przestał się uśmiechać. – Albo do terapeuty… tego tzw. psychologa.

Nastała cisza. Darek nie bardzo rozumiał, co się dzieje. O czym do niego ten facet cały czas gada. Czego niby po Darku się spodziewa.

– To jeszcze raz. Po co Marta do ciebie poszła?

– Po dwie rady. – Krzysiek wykrzywił usta, ale w zaledwie imitacji uśmiechu. – Po pierwsze jaki rodzaj ćwiczeń powinna dla siebie wybrać, żeby zrzucić sporą dawkę kilogramów. Po drugie jak sobie z tobą poradzić.

– A w czym niby ja miałbym jej przeszkadzać? Co utrudnić? A niech pięknieje. Ja bardzo lubię zgrabne laski. Jestem normalny. – Darek odruchowo wzruszył ramionami. Również nie jadł. Jego widelec nadal leżał na talerzu, ale nie był już używany.

– Ale ty bez dookreślonego sposobu działania nigdy nie wyprzystojniejesz… – Krzysiek ostatnie słowo powiedział jakby z przekąsem i znowu urwał jakby w pół zdania.

– Podobno zakochała się we mnie nie z powodu mojej urody. – Darek fuknął.

– Tak, ale też nie całkowicie i bez reszty. – Krzysiek uśmiechnął się. – W pewnym sensie pół na pół. Ale tego to mi się już nie chce tłumaczyć. W sumie to tobie zdarza się bywać na wykładach z psychologii. Sam powinieneś wiedzieć, co pobudza ludzi do działania. Dla mnie psychoanaliza to zaledwie hobby. – Krzysiek wciąż tak samo się uśmiechał. Nadal jakby nieco na siłę. – Ale chyba powinieneś wiedzieć, że ja nie snuję się po klubach i pubach.

Oczywiście lubię wciskać tobie i innym takie kity. Ale ja nie bawię się, tylko poza studiowaniem pracuję i to dość intensywnie. Alkoholu unikam jak ognia, bo to puste kalorie. Dlatego dżamprezowanie mi nie leży. Rzadko miewam okazję na przesadnie intensywne objadanie się, bo to nie służy mojemu zdrowiu. Mam dość dobrze zbilansowaną dietę. Poza zakuwankiem pracuję jak wół i lubię to, bo widzę realne tego efekty. Moi podopieczni dość szybko zaczynają dobrze wyglądać. Ale oni… – Krzysiek zrobił nieco spektakularną przerwę – oni chcą coś zmienić w sobie i wokół siebie.

– Coś ty się nagle taki poetycki zrobił? – Darek nie wytrzymał. – Powiedz wreszcie wprost o co ci chodzi i skończmy ten bzdurny słowotok.

– Albo schudniesz. Albo poprawisz swój wygląd. Albo twoja laska ostatecznie cię zostawi. Wybór należy do ciebie. – Krzysiek westchnął nie ukrywając znudzenia tematem.

– I o tym ci powiedziała?

– Nie. Ale ja wiem, że tak będzie. Skoro zdecydowała się na zmianę własnego stylu życia. Skoro regularnie bywa na moich zajęciach. Skoro pilnuje nowej diety. Skoro chodzi na konsultacje do mojej znajomej. Całkiem dobrej, bo sprawdzonej dietetyczki. Skoro sprawia wrażenie naprawdę wytrwałej… – Krzysiek wciągnął powietrze na znak nasilającego się znudzenia powtarzaniem ciągle tego samego. – Skoro… skoro… no to na koniec zacznie ciągnąć do ludzi żyjących w zgodzie z tym samym, czyli innym, niż twój obecny, stylem życia. A ponieważ lubię cię panie Szwejkokształtny… rusz stary wreszcie to swoje grube dupsko i coś ze sobą zrób…

– Czyli… według ciebie jeśli nie schudnę, to stracę dziewczynę, tak?

Krzysiek pokiwał głową nie mówiąc przy tym nic. Zrobił to jakby odruchowo i w sposób pełen nonszalancji. – Otóż to – dodał po długiej chwili. – Otóż to panie kujonie jakich mało.

Darek milczał. Miał dość. Od bardzo dawna nie przytrafiło mu się zaliczyć tak dziwacznej rozmowy i to z facetem, a nie z babą. Co prawda prawdziwym Kenem Barbie, ale jednak facetem. Ostatecznie odsunął od siebie talerz. Westchnął i mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do fitness instruktora. – Na dziś mi wystarczy.

– Nie skończyłeś jeść. W domu mamy mikrofalówkę. Może powiedzieć im, żeby ci to spakowali? – Krzysiek odezwał się z dziwaczną powagą w głosie.

Nie od razu do Darka dotarło, że jego współlokator podpuszcza go, że właśnie mu dokucza, że prowokuje do działania, że próbuje go wkurzyć.

– Wal  się – Darek mruknął ostatecznie. – Pewnie chińszczyzna to też źle zbilansowana dieta.

– A i owszem. Jeszcze sushi może być. Ale te wszystkie kebaby i wietnamskie lub koreańskie nie wiadomo co…

Po_Trzykroc_4– Wszystko z psa i na gołębiach robione – Darek po raz pierwszy tego wieczora szczerze się roześmiał.

– A jednak coś kumasz – Krzysiek dołączył do jego śmiechu. – Chyba jednak będą jeszcze z ciebie ludzie.

– Wal się – Darek nadal się śmiał.

– Na boks brak mi czasu. Poza tym siłownia mi wystarczy. Walić nikogo w nic nie zamierzam, a już na pewno nie samego siebie. – Krzysiek udał powagę, co jeszcze bardziej rozbawiło Darka.

Pan socjolog nadal był głodny, ale współlokator po dłuższej chwili rozmowy obiecał mu, że da mu do wypicia specjalny koktajl, po którym prawie natychmiast poczuje się lepiej. A do domu mieli przecież rzut beretem.

Darek roześmiał się w duchu. Skoro pokój w pokój mieszkał z prawdziwym Kenem Barbie… chyba nic więcej już nie mogło go zdziwić, ani zaskoczyć. Nawet widok jego własnej dziewczyny przerobionej na Pamelę Anderson.

***

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner