Mechanik

 

Syrenka

***

Pewien pan szepnął przyjacielowi do ucha kilka słów. Przyjaciel pokiwał głową, poszedł do domu i powtórzył wszystko swojej żonie. Ta z trudem przetrzymała noc i wraz ze świtem pobiegła do kumotry. Panie zasiadły przy wspólnym stole, by się naradzić…

Cóż tu począć, jeśli przystojny fatygant zawiesza kapelusz na haku i przestaje się starać? Jak to tak, że już nie chce do swej lubej ganiać pod okienko. Czemóż to, ach, czemóż tak łatwo się poddał? Jakiż to powód mógł być, że zrejterował? Przecież urodziwe dziewczę koniec końców zaczęło ku niemu zerkać nieco przychylniej. A on co? Czyżby na drugie mu dali Walkower?

Kumotry siedziały razem podjadając ciasteczka, obgadywały pół świata, zastanawiały się, jak pomóc swojej koleżance, kiedy ich mężowie wspólnie zajmowali się tym samym. Umazani smarem samochodowym, siedząc w kanale, kręcąc wielkimi śrubkami i nurzając się w wątpliwym aromacie benzyny, popijali piwko i plotkowali po swojemu.

– Bo widzisz stary, ona mnie pogoniła. Powiedziała spadaj, no to spadłem. A teraz co? Nagle stoi w okienku i patrzy, czy jej durny rycerzyk znowu maszeruje pobliską ścieżką, czy znowu snuje się gdzieś po okolicy? Mówię ci stary, za tymi babami to nie idzie trafić. Jej to się zdaje, że ja dalej ganiać za nią będę. Ooooo! Co to to nie! – Maruda pociągnął łyk piwka, ramieniem otarł usta i wrócił do swojego powarkiwania. – No bo nie powiem, ładna z niej babka, ale… – westchnął z tłumioną wściekłością – nikt nigdy nie umiał mnie tak wkurzyć, jak ta baba. Wiecznie nie wiadomo czego jej się zachce za chwilę. Specjalistka od porąbanych niespodzianek. Skryta jak diabli. A ja co…? No co? Po mnie to wszystko widać. Na czole zawsze miałem wymalowane, że za nią szaleje. A ona co? No co? Tylko te swoje babskie fochy strzelała. No to ma za swoje. Choćby i na miejskim rynku stanęła, żeby odśpiewać arię Carmen, ja bym tego nie usłyszał, bo by mnie tam nie było. Nawet by mi do głowy nie przyszło, żeby się pojawić w pobliżu. Zarobiony po pachy siedziałbym w tym kanale i dłubał w smarze, nawet nosa bym nie wyściubił zza progu. A wiesz dlaczego? – Maruda zerknął na kolegę zadziornie. – No wiesz?

Kolega tylko pokręcił głową i wzruszył ramionami. Nie sprawiał wrażenia zafascynowanego problemem kumpla.

– To proste, stary. Ano, żeby mnie znowu nie oskarżyła o stalking, czy jak oni to w dzisiejszych czasach nazywają, i nie postraszyła strażą miejską. Nawet o krok się nie zbliżę. Dlatego jak mnie wysłali do przychodni, co się mieściła drzwi w drzwi z tym jej całym klubem rekreacyjnym i to w godzinach, kiedy wiedziałem, że ona tam zaraz przyjdzie i spotka się z tą całą swoją bandą plotkar, to pod murami szedłem rozglądając się na boki nerwowo, żeby mnie która z nich nie namierzyła i nie podkablowała jej, że mnie tam przyuważyła. Facet, z babami to nigdy nic nie wiadomo. Z nimi to nie idzie wygrać. Dlatego zero stalkingu, rozumiesz brachu? Zero. Nic mi nie zarzuci. Czyste mam ręce. – Spojrzał na swoje umazane smarem dłonie i roześmiał się. – No! Może nie w tej chwili czyste, ale tak, no wiesz, metaforycznie czyste.

Silnik

Obaj zaczęli się śmiać.

– Czyli mam żonie powiedzieć, że wystawać pod okienkiem już nie będziesz?

Maruda pokiwał głową. Przeklął cicho pod nosem. Westchnął głębiej.

– Widzisz stary, bo to jest tak… ze mną to jak z Mickiewiczem. On napisał całe masy tego swojego wieroszekctwa. Też sławetną Niepewność. I miał jakąś tam ukochaną pannicę, która mu była inspiracją do plucia rymami, ale ożenił się z całkiem inną. I wiesz co… mnie to się zaczyna zdawać, że ze mną koniec końców będzie tak samo. Ja sobie będę te swoje melodyjki pogwizdywał pod nosem, ale pod innym okienkiem stojąc. Jak powiedziała, że straż miejską na mnie pogoni, jeśli się do niej jeszcze raz zbliżę, to niech się nie spodziewa, że mnie jeszcze kiedykolwiek zobaczy. Albo… znaczy chyba, że odwoła…

– Odszczeka… – kolega wszedł mu w słowo.

– Nie… no… stary… nie przesadzaj – Maruda skrzywił się z dezaprobatą. – To fajna laska. Nie mów o niej tak brzydko. Pamiętaj, że ze mną gadasz. Ale fakt. Póki głośno nie odwoła, póki nie wycofa tego, co wywarczała w złości rok temu, nie zobaczy mnie. Umiem być twardy. Już się nie jedna o tym przekonała. Ja tylko wyglądam na miękusa, ale tak naprawdę… jak zachodzi potrzeba, to i sprać innym mordę potrafię. – Sapnął. – Ale tylko, jeśli zachodzi taka konieczność. Zresztą bab nie biję. Znasz mnie. Za to bronić je umiem. Tylko jak jakaś focha strzela, to więcej mnie nie widzi. Już się kilka niuń o tym przekonało.

– Skończyłeś? – kolega nagle spytał.

– Gadać o niej? – Maruda spojrzał na kolegę zdziwiony.

– Nie… No przecież wiem, że o niej to nie umiesz przestać gadać. Ale czy piwo już skoczyłeś? Bo musisz mi tu pomóc. Sam nie dam rady tego przykręcić. Odstaw puszkę i przytrzymaj mi tu. A o niej to jeszcze z żoną zagadam, może coś stara temu wszystkiemu zaradzi. Najwyżej pogada z tą twoją, jak ty ją nazywasz? – kolega spojrzał w stronę Marudy.

– Niusia – Maruda mruknął pod nosem.

– No! O tą twoją całą Niusię zapytam. Może da się z tym całym cyrkiem na dobre już skończyć. A teraz weź mi tu potrzymaj, bo muszę sięgnąć po smar i większy klucz…

Kolega jak powiedział, tak zrobił. Po klucz sięgnął. Po smar również. Zajął się pracą nad naprawą samochodu pewnego pana dyrektora. A po powrocie do domu, kiedy dzieci poszły już spać, zagadnął swoją żonę…

____________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner