Zwrot akcji

Podobnie jak poprzednio poniżej zamieszczone są teksty, które zostały powołane do życia na przestrzeni listopada i grudnia 2017 roku. Dotyczą nie tylko mojej codzienności, ale również pewnego rodzaju refleksji dotyczących ludzkich zachowań. Ponieważ w moim pojęciu użycie dialogu jako opisu konkretnego tematu najskuteczniej i najtrafniej jest w stanie oddać poruszany temat, bądź kontekst konkretnych zdarzeń, głównie w tej formie skonstruowany jest poniższy tekst.

Opisane zdarzenia jak najbardziej miały miejsce w tzw. tu i teraz. Dialogi dotyczą więc tzw. faktów dokonanych i nie zawierają w sobie przekłamań.

_______________________________

Voy Stachura

______________________

Mój ukochany polski Angol dzwoni na WhatsAppie. Mam wolne, więc odbieram. Oboje śmiejemy się na dzień dobry, choć to tak naprawdę u niego i u mnie już głęboka noc. On opowiada o własnych podbojach sercowych. O pracy. O przyjaciołach. Wspomina nasze pierwsze spotkanie.

– Czy wiesz, że to było ponad piętnaście lat temu? – pyta z rozmarzeniem w głosie.

A mi tylko jedno przychodził do głowy, że przez połowę tego czasu to on hulał na salonach, a mi dokuczały niechciane obrazy senne. Ale nie mówię o tym głośno. Słucham o jego wewnętrznej szarpaninie z powodu wciąż tego samego „kolegi”. Długo dyskutujemy. Jak zwykle doradzam. Odkąd wróciłam do normy, zgodnie z przyjętymi dawno temu zasadami, analizuję jego życie nie prosząc już o jakikolwiek barter. Na koniec jednak nie wytrzymuję i wtrącam drobną dygresję, która jedynie ma stanowić kosmetyczną niemal mini anegdotę.

Jednak aby dodać swojej mini opowieści odrobinę pikanterii wolno dawkuję Voyowi wstęp, rozszerzenie i przez chwilę odwlekam zakończenie. Jak w naprawdę dobrym kryminale u końca napięcie staje się coraz silniejsze. On słucha. Odrobinę żartujemy na temat moich „wizji wyższych”, jak lubiłam nazywać własne sny. Ostatecznie Voy zaczyna nerwowo przebierać swoimi wirtualnymi nóżkami i ponagla mnie, żebym wreszcie powiedziała kto zabił. Tak też czynię.

Zanim kończę ostatnie zdanie Voy zaczyna krzyczeć. To nie jest wrzask, a jedynie podniesiony głos, ale reakcja mojego przyjaciela wydaje się zadziwiająco silna.

– Co takiego?! Chcesz mi powiedzieć… – napięcie w jego głosie powoduje, że zaczynam się czuć nieco zakłopotana. W takim stanie nie widziałam go jeszcze nigdy. A właściwie nie słyszałam, bo jedynie rozmawiamy przez telefon. Zero wideo połączenia.

Voy Stachura

Voy wtrąca co chwilę ten sam refren. – Przecież to musi być przypadek! Ja w to nie wierzę! – bardzo silnie podnosi głos. – Nie mów mi, że to się naprawdę zdarzyło! Po tylu latach?! To musi być przypadek! – cały czas warczy. – Wydaje ci się. To jakaś pomyłka. To po prostu niemożliwe! – prawie dyszy z czegoś pomiędzy wściekłością, zdziwieniem trącającym szczerym szokiem i nieokiełznaną zazdrością.

Po kilku próbach wtrącenia się do jego monologu ostatecznie rezygnuję i śmiejąc się czekam aż on przerwie jako pierwszy. Nie mogę uwierzyć, że czymś niewiele zmieniającym moją obecną codzienność udało mi się odnieść aż taki sukces w wyprowadzeniu Wojtka z równowagi.

– Ja jestem na nią najzwyczajniej wściekły. Oczywiście jeśli przyjdzie mi tę panią poznać osobiście będę miły i niemal szarmancki, czy wręcz uroczy, ale nie wymagaj ode mnie niczego więcej. Bo jestem na nią obrażony. Rozumiesz?! – Voy warczy w sposób dla siebie charakterystyczny, czyli w pewnym sensie łagodny. – To jakaś pomyłka. To na pewno jakaś pomyłka. Po tylu latach?! To zwykły przypadek. Zbieg okoliczności. Nic ponadto. Ja też mam wiele starych fotografii, po które czasami sięgam…

Patrzę w sufit. Z ogromnych trudem hamuję własny śmiech. Jego warkot stanowi dla mnie niekłamany komplement. Rzuciłam zaledwie drobną dygresję, a tu aż takie owacje na stojąco? Czymże, ach, czymże zasłużyłam sobie na tak wiele atencji – ten sam refren co zawsze nie schodzi mi z wirtualnych ust.

Wojtuniu… – zaczynam nieśmiało wchodzić mu w słowo. – Pamiętaj, że w bardzo dużym stopniu brałeś w tym wszystkim udział, bo słuchałeś mnie cierpliwie. Mailowaliśmy. Interpretowałeś moje talenta wszelakie nie do końca na serio, ale i tak słuchałeś. Za co ci byłam i nadal jestem wdzięczna. Ale uwierz mi, na obecnym etapie nie ma już najmniejszego sensu skupianie się na chwilach minionych. Fakty są banalnie oczywiste i nadeszła chwila, aby tej prawdzie okazać szacunek. – Wzdycham. – My się kompletnie nie znamy. Ona i ja. Ale to kompletnie. Ja jestem postacią z książki. Ona jest postacią z plakatu. Taka jest prawda. Skrzętnie przeze mnie ukrywana prawda. Poutykana pomiędzy zdaniami, żeby móc zwodzić i uwodzić moje czytelniczki. Co nie zmienia faktu, że ja sama przez wszystkie te miesiące pozostawałam boleśnie świadoma tego faktu. – Nadal uśmiecham się.

Voy Stachura

– Oczywiście, że tak. I nie waż mi się twierdzić, że mogłoby być inaczej. – Voy fuka, ale już w nieco mniej nadąsany sposób.

– W brutalnie realnym świecie ludzie poznają się w zupełnie inny sposób. Spotykają się. Rozmawiają. Łamią własne wewnętrzne ograniczenia na bazie wspomnianych spotkań. Na pewno dobrze mnie rozumiesz, bo pamiętasz jak długo wojowałeś na maczety z Markiem. Ile wy się już znacie?

– Blisko trzy lata – Voy mruczy.

– No właśnie. Więc o czym tu mowa? – nieustająco uśmiecham się do własnych myśli. – Chciałam mieć ikonę, to ją sobie stworzyłam. Ale prawdziwej osoby kompletnie nie znam. Ale to kompletnie! – powtarzam z naciskiem. – Owszem, jestem wróżką, czy nawet wiedźmą. Umiem słowami uwodzić i przez to przyciągać do siebie cudzą uwagę. Umiem oczarowywać. W kontekście tej relacji osoba tak dalece mi imponowała i nadal imponuje, że nie potrafiłam oprzeć się pokusie wspomnianego uwodzenia słowami.

Ale tak naprawedę do pewnego stopnia zaserwowałam światu samą siebie w zaledwie pisany sposób, para-literacki jak lubię to złośliwie określać. Nie zamieściłam filmików. Niewiele jest zdjęć, na których widoczna jest cała moja sylwetka. Mój głos stał się słyszalny, ale moja mimika i gestykulacja już nie. Rzadko bywa widoczny mój styl ubioru i forma ekspresji.

Jestem efemerydą. Postacią książkową. Taka jest prawda. – Mówiąc to kiwam głową. Gdzieś w tle słyszę, że oddech mojego przyjaciela nieco spowalnia. Złość przestaje mu dokuczać. – Dlatego nie dywagujmy na temat, którego w boleśnie realnej rzeczywistości tak naprawdę nie ma. Za to moja kuzynka, mój syn, koty i moja praca jak najbardziej istnieją, więc teraz porozmawiajmy właśnie o tym.

– Masz rację – Voy wtrąca.

– Jeśli ktokolwiek chciałby mnie lepiej poznać, musiałby poczynić ku temu odrobinę wysiłku i starań. Zwykle niemal wszystko zaczyna się począwszy od pierwszego spotkania, w tym wypadku po wielu latach, ale na nim się nie kończy. Wielu dni, tygodni, a potem miesięcy itd. wymaga oswajanie się z myślą, że nowa postać właśnie realnie usiłuje wejść do naszego życia i, co jeszcze bardziej niebezpieczne, na dobre w nim zagościć.

Dlatego wg mnie zaledwie jedna, tzw. pierwsza, jaskółka wiosny nie czyni, więc w ogóle nie ma nad czym dywagować. To oczywista oczywistość. Dlatego nie dąsaj mi się tu, bo póki co o faktach dokonanych mogę ci poopowiadać tylko w kontekście mojej pracy zawodowej. Ale o tym już rozmawialiśmy wcześniej. Może wróćmy więc do twoich własnych przemyśleń na temat Marka i nie tylko Marka. A moje ćmoje boje odłóżmy ad acta.

Voy Stachura

Voy mruczy coś pod nosem. Przez jeszcze ułamek chwili marudzi, żeby potem wrócić już do swojego tradycyjnego opowiadania o własnym bywaniu na salonach. Słucham go uważnie jednocześnie od czasu do czasu czyniąc drobną dygresję. Po godzinie paplania kończymy rozmowę, a wraz z nią moją potrzebę analizowania utrudnień życiowych nas wszystkich.

______________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

_______________________________________

_______________________________________

Pogaduchy z Gabi trudno nazwać standardowymi. W takcie naszych spotkań pojawiają się naprawdę dziwne i niekoniecznie przewidziane tematy. Niby zaczyna się banalnie, czy nawet infantylnie, a potem nagle BOOM! Ciężki kaliber eksploduje całą masą zaskakujących retrospekcji lub nieplanowanych wtrętów słownych.

Dziś było właśnie tak – przypadkowo. Spotkanie umówione, ale sprawy wymagające obgadania w pewnym sensie niedookreślone. Dużo było o Gabi doktoracie. O jej byłym promotorze, który został z tej funkcji zdymisjonowany, bo nadal brak mu habilitacji. Jakiś tam pan rektor czy inny dyrektor zrobił tak karczemną awanturę o to, że wielokrotnie nagradzana studentka nadal nie ma przyznanego tytułu, że termin obrony nagle został ustalony. Oczywiście w pewnym sensie ustalony, bo daty nadal brak, wiadomo jedynie, że powinno się to dopełnić bez zbędnej zwłoki.

Słuchałam z rozdziawioną buzią. Biję się w piersi, gadki dotyczące układów i układzików niemal od zawsze mnie kręcą. Za komuny wiecznie słyszałam o tzw. kumoterstwie panującym w milicji i wojsku, a szczególnie w MSW, gdzie moja mama pracowała. Co prawda zaledwie jako położna i instrumentariuszka, ale za to jakże ważna osoba, bo asystująca najlepszym z najlepszych ginekologów.

Chyba z powodu takich właśnie korzeni przez lata doskonale zdawałam sobie sprawę z własnej słabości do tzw. tytułów. „A wie pan kto ja jestem? Jestem żoną prezesa”. Bodaj tak to szło. Już nie pamiętam z jakiego filmu to cytat. Z Misia albo Poszukiwany Poszukiwana. Jeden czort wie – jak moja mama mawiała.

Właśnie z powodu tej słabości w CBU – Call Back Unit – kiedy jakiś aktor vel aktorka, rockman vel piosenkarka, czy jakakolwiek inna sławna osoba zlecała dyspozycję pytano mnie, czy chcę zadzwonić. Z dzikim entuzjazmem zwykle się zgadzałam. Moje sławetne powiedzenie to: Uwielbiam zaliczać sławnych ludzi. Dlatego wielokrotnie zaliczyłam Kubę Wojewódzkiego i Edytę Górniak, również pana Saletę i Malajkata (tylko raz, ale za to bardzo przyjemnie). Tomasz Raczek mi się przytrafił, jak również Orłoś. Trochę tego było.

Ale tę zabawę zaczęłam jeszcze na studiach. Pracowałam wtedy w Telepage, ostatniej firmie, która na rynku polskim serwowała klientom obsługę pagerów. Wtedy do moich obowiązków należało zapisywanie cytowanych przez klientów informacji i przesyłanie ich na pagery wskazanych osób. I tam właśnie miał miejsce mój pierwszy raz, czyli regularne przyjmowanie zleceń od osoby sławnej – świętej pamięci pana Miecugowa. Ostro wtedy romansował z jakąś panią, której nazwiska nie znałam więc i nie pamiętam, i to ten pan swoim „najprawdopodobniej”, czyli najdłuższym słowem ze wszystkich nam dyktowanych, zachęcił mnie do nauki bezwzrokowego pisania na klawiaturze.

Mimo iż to naprawdę stare wspomnienia wiąż je lubię przechowywać we własnej pamięci. Jestem swoistą kolekcjonerką anegdot i opowieści o sławnych ludziach lub zachowaniach osób chcących się stać sławnymi. Oczywiście niekoniecznie na bazie występowania w telewizji bądź radiu, ale np. piszących podręczniki, które potem rozchodzą się niczym świeże bułeczki lub też chcących stać się renomowanymi wykładowcami i specjalistami we własnej dziedzinie. Patrz → moja kuzynka Gabriela.

Dziś Gabi zaskoczyła mnie kilkoma pikantnymi opowiastkami. Zgodnie z naszym stylem wspólnych biesiad obie śmiałyśmy się z szeregu cudzych wpadek, którymi Gabi przez kilka godzin mnie raczyła. Jednak wśród owych ciekawostek ornitologicznych pojawiły się dwie, które po prostu położyły mnie na obie łopatki.

Głównie kontekst romansowania dominował w naszym rozkminianiu co by było gdyby. Zaczęło się od Gabi dobrej koleżanki i podbojów sercowych owej wciąż młodej pani, by z czasem przejść do sławnej już Gabi studentki, czyli Małolaty, zadeklarowanej lesbijki.

To z natury bardzo temperamentne dziewczę. Jak również bardzo ambitna i zdolna osoba. Małolata studiuje jeden z trudniejszych kierunków na Gabi uczelni. Jest mocno zabieganą istotą. Choć oczywiście jako dama jeszcze bardzo młoda (dwadzieścia jeden lat), i zdecydowanie temperamentna, poza studiowaniem bryluje również na przeróżnych salonach. Pochodzi z zamożnej rodziny, więc zwykle stać ją na zaliczanie przeróżnych imprez pełnych celebrytów, czy innych zblazowanych snobów.

Co prawda Gabi już całe wieki wcześniej wspominała mi o danym zdarzeniu, ale ten epizod z czasem kompletnie wywietrzał mi z głowy. Dlatego słysząc ponownie tę samą opowieść tym razem zaniemówiłam z wrażenia. Gabol rzuciła, ot tak, od niechcenia, że przecież jej Małolata miała okazję osobiście poznać szanowną Królową Śniegu. Wspominając o tym nawet w miarę szczegółowo opisała to zdarzenie.

Przychodzą w życiu każdego z nas takie chwile, kiedy nagle tracimy głos z wrażenia. I tak się poczułam słysząc tę krótką opowiastkę. „No po prostu… na śmierć zapomniałam o tym” – to była jedyna myśl, jaka mi w tamtej chwili przyszła do głowy. A kiedy Gabi dodała jeszcze – równie rozbawionym tonem: – Małolata coraz częściej o tobie wspomina. Nasz pomysł o robieniu filmików na temat twojego gotowania bardzo ją nakręcił. Nazywa cię oczywiście Zębi, a nie po imieniu, ale już wie kim jesteś i wie, że znasz te całą… – Gabi uśmiecha się marszcząc nos – Oną.

Dzieciak. Cholerna Małolata. A jednocześnie jakże wymowny papierek lakmusowy. Przypominajka. Jakby krzyk płynący z kosmosu, odrobinę podobnie jak w Królu Lwie, kiedy do Simby przemawia z chmur zmarły ojciec: Tylko pamiętaj kim jesteś.

Wszyscy wszystkich znają. Jedno wielkie kółko wzajemnej adoracji. Swój zawsze zwącha swego. Istna Masoneria, gdzie ludzie się rozumieją bez słów, bo wszystkich coś łączy. Pani Rice uroczo ujęła to w swojej książkowej wersji Wywiadu z Wampirem. Nie pamiętam jaki tytuł nosiła jej opowieść, ale na bazie tego pomysłu powstał sławetny obraz, w którym Brad Pitt był jeszcze bardzo młody i po prostu lalkowo śliczny.

Kolejnym rozrechotanym wspomnieniem była eksplozja Gabi pełna nadąsania i pełnego oburzenia żalu, że nazwano ją tam Kung Fu Pandą. No bo jak to tak. Owszem, jest pulchna, ale chyba nie aż tak jak ten miś. W ramach zilustrowania własnego focha, którym wtedy strzeliła, opisała własną rozmowę z Best Friendówę, która spytała jak tam się Gabi ćwiczy z powietrzem.

Nagle Gabol zainspirowana tym elementem snutego przez siebie story zaczęła mi opowiadać, jak naprawdę się wtedy czuła. Rozbawiła mnie tym do łez.

No bo jak to tak bić kobiety? Przecież to nie wypada. No jeszcze machać kijem zamiast szabli i to tylko we współudziale Best Friendówy mogła, bo swojej koleżance nie bała się przywalić, ale obce kobiety okładać tak piąchami po klacie? To zdecydowanie trudne do zaakceptowania dla tak delikatnej istoty, jaką Gabi się wtedy jeszcze czuła.

Wyłam ze śmiechu. To było dla mnie czymś niewyobrażalnie wprost satyrycznym. Szczególnie, że ja sama nigdy nie postrzegałam w ten sposób pracy nad własnym refleksem i umiejętnością stawiania oporu wszelkim napastnikom. Pod naporem dźwięku mojego hałaśliwego śmiechu aż się wokół nas trzęsły ściany.

Takimi anegdotami Gabi rzucała niczym z rękawa przez cały wieczór. Tego była cała masa. Dotyczyło to wielu dziedzin i elementów jej codzienności. Ja sama czułam się mało bajkową istotą słuchając o tym wszystkim. Mój pan Kuba Wojewódzki, do którego uwielbiałam dzwonić, oraz niegrzesząca bystrym umysłem Edyta Górniak lub dość niemiły pan Saleta swoją celebrytowatością gaśli pod naporem mojego uchachania Gabi reminiscencjami. Prawdziwy kabaret – w takiej atmosferze przebiegło więc całe nasze spotkanie.

Po wyjściu Gabi wyciągnąwszy się w wannie pełnej wrzącej wody sięgnęłam w stronę nie tak bardzo odległych wspomnień. Zupełnie jakby przykra myśl dopadła mnie na nowo, niemal podeszła mi do gardła. Gdyby bowiem ktoś po ponad dwóch latach zapytał mnie dlaczego tak naprawdę 29 czerwca 2015 roku uciekłam z niewielkiej praskiej galerii, musiałabym nareszcie wykrztusić z siebie prawdę.

Po pierwsze oczywiście oberwałam taką dawką kul ognistych walących prosto w mój splot słoneczny, że chwilami robiło mi się ciemno przed oczami. Pamiętam jak jeszcze przed oficjalnym powitaniem musiałam stanąć do wszystkich odwrócona plecami i pod pozorem podziwiania otaczającej mnie sztuki spanikowana zastanawiałam się, czy czasem nie zaczyna się u mnie wylew krwi do mózgu. Najgorsze, że to nie żart. Ja się autentycznie tak właśnie czułam. Dziwaczny nacisk, coś wprost niemożliwego do opisania, wykrzywiało moją twarz, prawy kącik ust zaczynał opadać mi w dół powodując wrażenie, jakbym właśnie traciła czucie po tej stronie twarzy. Towarzyszyło temu uczucie autentycznego bólu fizycznego.

Kiedy wszystkie przemowy się zaczęły, jedynie spoglądałam w sufit. Nie mam bladego pojęcia co zostało wtedy powiedziane, jakie mądre słowa padły. Nawet nie widziałam osób stojących wokół mnie. Po prostu gdzieś tam od środka wyłam z bólu i uczucia dziwacznego sparaliżowania.

Ale nie to było najważniejsze. Po wyjściu kilkanaście kroków dalej uczucie eksplozji zaczęło słabnąć tak na poziomie fizycznym jak i na poziomie emocjonalnym. Za to w głowie dopadł mnie zupełnie inny ból. Prawdziwy krzyk bolesnej prawy o mnie samej. I stał się owym drugim powodem.

Celebrytowatość – czym tak naprawdę jest? I nie mam tu na myśli stricte brylowania na salonach, ale raczej stawania się sławną z jakiegoś tam określonego powodu. Bardzo często to określenie używane jest w kontekście osób, które same nie tworzą niczego, ani nie reprezentują sobą wzorców do naśladowania ze względu na dzieła wiekopomne, które po sobie mają pozostawić, ale raczej, a przynajmniej dawniej tak bywało, z powodu ich towarzyszenia sławom, pewnego rodzaju wiszenia u rękawa np. bogaczy tego świata.

Tego właśnie nie chciałam. Stania się kimś takim. Przydupasem czy inną przydupasicą. Zwykłym ogonem snującym się to tu to tam w ślad za kimś znanym. Miałam nieco inne aspiracje. Swoje własne.

Z tamtym dniem podjęłam pracę nad samą sobą, nad budowaniem swojego własnego wizerunku. Oczywiście nie od razu udało mi się dookreślić sens własnych działań, ale kierunek miałam obrany całe wieki wcześniej – bo jeszcze w 2002 roku.

Przez bite trzy lata udało mi się odwalić naprawdę kawał ciężkiej roboty w wirtualnych kamieniołomach. Gdyby nie spotkane przeze mnie na tej drodze wyjątkowej osoby, nigdy nie dotarłabym do punktu, w którym teraz się znajduję. Bardzo wiele zawdzięczam mojej byłej Szefowej. Od razu więc w ramach swojego dziękuję wytłumaczę z jakiego powodu tak naprawdę nasze drogi ostatecznie musiały się rozejść.

Ja miałam już wtedy obrany kierunek. Wiedziałam dobrze czego chcę. Umiałam wyobrazić sobie samą siebie za lat kilka. A moja Szefowa w tamtym czasie dopiero poznawała od nowa głęboko ukryty w sobie diament, ów element stanowiący jądro jej prawdziwego JA. Przywykła do roli, jaką pełniła od naprawdę wielu lat. Nie umiała wyobrazić sobie innego sposobu na życie, bo nigdy nie doświadczyła tzw. zapuszczania korzeni w stałym miejscu, np. warszawskim blokowisku lub innym Zadupiu Dolnym. Bez konieczności nieustannego bycia w drodze.

Ja ten kawałek ciężkiej pracy miałam już za sobą. Przez pięć lat szukałam samej siebie i w kwietniu 2015 roku odnalazłam. Moja Szefowa była natomiast dopiero u początku własnej wędrówki. Jedynym prezentem zwrotnym, jaki mogłam jej na początku roku ofiarować, było zniechęcenie jej do syndromu Małpy.

Brzydkie słowo? Nie. Ma ono bowiem bardzo specyficzne znaczenie, stanowi opis banalnie oczywistego zjawiska, elementu głównie przypisywanego kobietom. Jest nim tzw. przeskakiwanie z gałęzi na gałąź. Jeśli ulega się temu procesowi, odbiera się samej sobie szansy na owo zdystansowanie się do przeszłości i poznanie własnych prawdziwych potrzeb oraz pragnień. Nie odkrywa się prawdy o samej sobie tylko się przywdziewa cudzą maskę.

Cudownie trafnie to zjawisko opisane zostało w Uciekającej Pannie Młodej, hollywoodzkim hicie. Julia Roberts po wyrwaniu się z ramion pana Gere’a zaczyna badać samą siebie. Sprawdza jakie potrawy z jajek lubi najbardziej, czy jest to jajecznica, czy omlet, czy jeszcze coś innego. Stara się zrezygnować z odruchu upodabniania się na siłę do swoich kolejnych partnerów.

W moim pojęciu ten wątek cudownie niemal definiuje właśnie syndrom Małpy. Dlatego nasze drogi – Szefowej i moje – nie mogły się skrzyżować, czy też złączyć na dobre. Ja znałam już własne ograniczenia. Jedynie badałam własne upodobania, odruchy i przede wszystkim lęki. Przepracowywałam tzw. wstyd – ów bodziec, który spowodował moją ucieczkę z praskiej galerii. Szefowa tej prawdy o samej sobie jeszcze nie znała.

Ile we własnym mniemaniu przez trzydzieści trzy miesiące udało mi się osiągnąć? Naprawdę aż trudno to opisać – czy jak mawia moja kuzynka – ogarnąć skalę mojego wewnętrznego zabiegania. Było naprawdę ciężko. W księgarni, gdzie miałam praktyki, po raz pierwszy przyszło mi swojemu wstydowi spojrzeć prosto w oczy. Tam po raz pierwszy w życiu poczułam się „naznaczona”. Kolejnym razem okazała się szkółka niedzielna i młoda lesbijka, która całą „klasę” napuściła na mnie. Czyniąc ze mnie istną ciekawostkę ornitologiczną.

Również ciężko było przez chwilę w poprzedniej siedzibie firmy, w której nadal pracuję. Tam dwie miłe branżówki stały się dla mnie pewnego rodzaju papierkiem lakmusowym. Następnym etapem okazała się znajomość z żoną sławnego faceta. Kobietą, która właśnie stała na swoim własnym rozdrożu, która już nie chciała pełnić roli celebrytki, chciała nareszcie osiągnąć coś własnego, oderwanego od działań jej męża, zaliczyć po swojemu sukces.

Niesamowite praktyki “studenckie”. Pan Los bywa naprawdę przewrotny. Jeśli go oto poprosimy, jako przychylny ludziom lubi serwować nam okazje do przepracowywania własnych potknięć i wcześniejszych pomyłek bądź lęków. Ja takich prezentów przez trzydzieści trzy miesiące dostałam chyba więcej nawet niż wiele i za to właśnie panu Losowi jestem szczerze wdzięczna.

Co dalej się zadzieje w moim życiu? Jaki spektakularny zwrot akcji nastąpi? Nie mam bladego pojęcia. Ale ponieważ naprawdę lubię niespodzianki i przez wspomniane trzy lata przywykłam do nich, grzecznie poczekam nie robiąc przy tym już zupełnie nic, bo prawdę powiedziawszy nagłe zwroty akcji chwilo bardzo mnie wyczerpały.

_______________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

______________________________

_______________________________

_________________________________________

 

Obrazy płyną. Niczym chmury kłębią się wokół głowy. Czasem przebija pomiędzy nimi blask słońca, innym razem chmurzyska wydają się mroczne i napęczniałe deszczem łez. Bez względu jednak na cokolwiek, gdziekolwiek i jakkolwiek wciąż gnają ku przemijaniu. Blakną. Bledną. Rozmywają się tracąc na znaczeniu.

Żywi obchodzą swoje własne święto zmarłych. Na klęczkach odbębniają kolejne zaduszki. Ich wspomnienia żyją w zgodzie z tą samą tradycją, z dziwacznym odruchem. Jakiś wątek wyzionął ducha wczoraj, by wraz z kolejnym świtem, nową falą niezaplanowanych zdarzeń niczym zombi wydostać się z grobu i przypomnieć o sobie.

Lubię słuchać o czym wiatr szepcze. Uwielbiam spoglądać w niebo i czytać z chmur o tym co przyszłość ze sobą niesie. Kocham też cudowną mantrę szeptaną przez wiatr wprost do mojego ucha. Widzieć od lat ten sam uśmiech wiszący gdzieś tam ponad moją głową. To mój własny kot, ten z Alicji w Krainie Czarów. Niewidzialny dla innych, bo tylko mój. Tylko i wyłącznie.

Już od kilku dni bombardują mnie wspomnienia przywołujące bardzo odległe zdarzenia. Ktoś kiedyś spytał mnie, jak postrzegam telepatię, czym to coś tak naprawdę wg mnie jest. Wzruszyłam ramionami. A czy to nie oczywiste? Jedynie spojrzeniem zadałam to pytanie dla mnie retoryczne. Na głos powiedziałam jednak co innego. Podałam swoją własną definicję.

Nie bez powodu chóry Anielskie jedynie śpiewają. Bo oni nie mówią. A przynajmniej nie posługują się słowami. Ich język to obrazy. Podobnie mamy my – ludzie. Tylko na jawie używamy słów. Kiedy jednak zamykamy oczy wokół nas wszystko zaczyna rozbrzmiewać anielską melodią. Tym właśnie są sny. Tak rodzi się w nas wszystkich intuicja. Przeczucie. Dziwaczny dreszcz spływający po plecach.

Telepatia tym właśnie jest. Całą masą obrazów i uczuć. To swoista melodia ludzkiego ducha. Kiedy ktoś o nas myśli i myśli te dotyczą zdarzeń z przeszłości, które miały miejsce całe wieki wcześniej, my sami właśnie te momenty zaczynamy widzieć. Ale nie cudzymi oczami tylko swoimi własnymi. I tak nagle ponownie zapadamy się w świecie, który przytrafiał nam się dajmy na to na przełomie 2010 i 2011 roku lub nieco później. Niczym bumerang wracają nie zawsze chciane reminiscencje. I nie są to cudze wspomnienia, ale nasze własne.

Cudza energia nie niesie ze sobą obrazów tego na czym skupia swoją uwagę ludzki nadajnik. Owa energia jedynie inicjuje w nas samych powrót do minionego czasu. Nagle retrospekcje dopadają. Atakują od środka. Nie dają spokoju.

Oto mamy Sylwester 2010/2011. Widzę ludzi. Śmieją się i bawią. A mi nie do śmiechu. Oskarowe aktorki potrafią perfekcyjnie wcielać się w swoje role, a ja od wieków param się właśnie tym zawodem. Zakładaniem cudzych masek. Uśmiechaniem się niemal szczerze do wszystkiego i wszystkich. Każda półprawda daje się przecież sprzedać niemal na pniu.

Potem nastaje 2012 rok. A potem jeszcze 2013-ty i początek 2014-go. Znowu siedzę na ławce. Przyglądam się dwóm paniom. Widzę je przez okno. Przenoszą sztalugi spod jednej ściany pod drugą. Śmieją się przy tym. Dobrze się bawią. Nie patrzą w moim kierunku. Zajęte sobą nie przestają pracować. Nie znam ich. Po prostu przyglądam się z zainteresowaniem pozwalając własnym myślom, aby bez końca płynęły, aby ulatywały na dobre i dały mi wreszcie spokój.

Kot na tle nieba wciąż się uśmiecha. Już mi się nie chce sprawdzać to tu to tam co słychać na cudzych salonach. I tak niczego tam nie znajdę. Wiem o tym. Nie rozumiem co się dzieje. Drobne słowne wtręty od dawna już mnie nie bawią a jedynie męczą. Co z tego, że ktoś tam mówi, że nie będzie latał na miotle ale czego innego uczył. Niech mówi i pisze o czym chce, ja już mam swoje własne tu i teraz.

Patrzę na panie i ich sztalugi. Przymykam oczy. Mruczę gdzieś tam głęboko wewnątrz siebie. „Przyjdzie taki dzień, że się dowiem dlaczego ten uśmiech wiecznie wisi ponad moją głową. Czym zgrzeszyłam, że ta klątwa wciąż nie daje mi spokoju. Dowiem się”. Anielskie chóry swoją pieśnią dołączają do mojego wołania o pomstę do nieba. Niosą ze sobą nadzieję. Szepczą nie używając przy tym słów.

Tak, przyjdzie taki dzień. Bo to nie ty wołasz. Nie ty patrzysz. Nie ty tęsknisz za własną rewolucją. Spokojnie zapadasz się sama w sobie, w zimowy sen. Ale wiatr przyniesie ci odpowiedź. Nie lękaj się. Po prostu poczekaj. Zaufaj samej sobie”.

Mijają miesiące. Cudowne zapomnienie pozwala odetchnąć. W 2014 roku nawet dziwaczne rocznice wyparowują z głowy. To czas na osobistą transformację wewnętrzną a nie zabawę w durną dziecinadę. Ale w grudniu 2014-go przez ułamek chwili stojąc u wejścia do hotelu Bristol nieokreślone coś dopada głowę niczym grom z jasnego nieba. Cudza tęsknota delikatnie muska po policzku. Przez ułamek chwili, ale jednak dopada, by do lutego dać spokój, przez moment odpuścić.

Dopiero 2016-ty rok przynosi ze sobą obiecaną odpowiedź. Co to było? Co tak naprawdę dokuczało nie dając spokoju. A jednak kot rzeczywiście spoglądał. Słał tę swoją energię. On pamiętał i nie pozwalał by zapomnienie dopadło dziewczynę siedzącą na ławce i obserwującą z oddali cudze sztalugi.

Po latach wspomnienia z tą samą siłą co i raz pukają w ramię. Jakby melodia chórów anielskich nie dawała spokoju. „Idź już wreszcie i zapukaj do ukrytych drzwi. Wejdź do tajemniczego ogrodu. No idź…”. Jednak ja jedynie kiwam głową. Wzdycham. Uśmiecham się odrobinę smutno. Nucę nową melodię, swoją własną anielską arię.

Nie. Nie pójdę. Donikąd się nie wybieram. Do żadnych drzwi już pukać nie zamierzam. Wystarczy mi ta cała namolna telepatia, czy jakakolwiek inaczej chciałoby się projekcję cudzego filmu nazwać. Niech nadal uśmiech sobie wisi gdzieś tam ponad moją głową. To mi wystarczy. Do tego przywykłam. Dobrze mi z tym we własnym tu i teraz. Wygodnie. Po prostu… znajomo i tyle. Ja już o nic nie walczę. Znam odrobinę cudza prawdę. Wracam do dawnego śnienia. Wigilia niebawem. Po prostu… Czas zająć się myciem okien i ścieraniem kurzy”.

______________________________________

______________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

__________________________________________

_____________________________________

___________________________

Najpierw śmiech. Nie z kogoś, ale z samej siebie. Po chwili uderzenie dawnego lęku. Kilka słów, cudzych słów w komentarzu, i przeszłość podchodzi do gardła. Swoje prawdy się zna. Lęk przed ranieniem innych również. Jedno wielkie: „Obawiam się, że…” lub „Oby to nie była prawda. Obym się myliła. Oby to było jedynie nieuzasadnione moje własne zarozumialstwo i nic ponadto, jeden wielki egocentryzm. Oby spotkała mnie należna kara za owo toksyczne zadzieranie wirtualnego nocha. Oby okazano mi neutralną obojętność i nic ponad to. Oby te komentarze znaczyły jedynie życzliwość dla portretowanej osoby. Oby nie było jeszcze wiadomo, że to ja jestem autorką uroczego pseudonimu… oby… oby… neutralna przychylność stała tuż za rogiem i jedynie wypatrywała tradycyjnie pozytywnego zakończenia operetki, czy innego show, czyli tańca na schodach”.

Biegaczce zawdzięczam powstanie libretta do tej „wieloaktowej” operetki. Bez obecności tej dziewczyny nie zadziałoby się kompletnie nic. Mam nadzieję więc, że odległa przeszłość tak dalece wyparowała tej osobie z głowy, że miniona przykrość poszarzała i straciła swoją ważność, że jej charakterystycznie uroczy śmiech nie stanie się jedynie dobrze wybudowanym parawanem skrywającym mimowolny żal.

Inna teraźniejszość zaczęła równie dokuczać. Oto dał o sobie znać dobrze znany ból po stracie. Mój ulubiony kolega z liceum zmarł. Nie podano powodu. Jedna z koleżanek po prostu zamieściła anons oraz wyraziła własny smutek. Teraz głównie Poła mi w głowie. Nie poła płaszcza, ale buddyjska modlitwa za zmarłego. Smutek przeplata się więc z uczuciem trudnej do opisania lub określenia spokojnej radości. Dwa wątki nagle się splotły. Złośliwy pan Los dokuczył.

Przeklęte „śniło mi się” rozwala głowę od środka. Przychodzą takie chwile, kiedy zaczynam nienawidzić własnego zawodu. Mam na myśli predykcję. Kiedyś dopadło mnie to przy użyciu kart, kiedy w 2006 r. spytałam o przebieg własnej operacji mózgu, a w odpowiedzi zobaczyłam w kartach, że moja ułomność straci na znaczeniu, bo niebawem dwie osoby zejdą z tego padołu. I tak się stało półtora roku później. Najpierw Kasia zmarła w mojej obecności, a równo miesiąc po niej moja mama. Mama, która była całkowicie zdrowa w chwili, kiedy rozkładałam karty.

Tak było też w związku z Pawłem, moim ulubionym kolegą z liceum. Zadałam pytanie „kiedy”, a w odpowiedzi wyśniłam obraz Pawła siedzącego przy stole, wyglądającego bardzo młodzieńczo i w pełni zajętego rozmawianiem z kimś przez telefon. Obok niego nale stanął facet w czarnym kapturze. Wtedy kompletnie nie zrozumiałam sensu tego obrazu. Dlatego kiedy Marta zamieściła anons odebrało mi mowę z wrażenia. Po pierwsze czterdzieści siedem lat to mimo wszystko wczesny czas na odejście z tego padołu. Po drugie rzeczywiście Paweł był zajęty pracą i tkwił zanurzony w swojej wciąż młodej codzienności, kiedy ów zakapturzony pan zaszedł go od tyłu.

Patrząc na ciąg liter pobłyskujących na ekranie mojego telefonu czułam jak stare wspomnienia podchodzą mi właśnie do gardła. Lata wcześniej, nawet więcej niż dekadę temu wymyśliłam postać. Oczywiście zainspirował mnie pan Pratchett. Dlatego zgodnie z angielską tradycją Śmierć to był pan, a nie pani. W związku ze zbliżającym się odejściem mojego taty z tego padołu stworzyłam krótki tekst, gdzie pan Śmierć przynosił mi złą wieść. Przystojny brunet w czarnym płaczu, czy też pelerynie z głębokim kapturem nasuniętym na czoło, ale nie zakrywającym jego twarzy.

We śnie, w którym Paweł pojawił się jako główny bohater, właśnie taką postać zobaczyłam. Mężczyznę, który uśmiechał się i wskazując na dziwaczną tarczę splecioną z czarnych witek przypominających pajęczą sieć uniósł łuk dając do zrozumienia, że zaraz z niego wystrzeli i zamierza trafić w sam środek tej tarczy.

Przyglądając się wpisowi Marty czułam jak wali mi serce. Ten super facet, super matematyk mieszkający daleko od Polski i cieszący się naprawdę ogromnym szacunkiem wśród innych naukowców, właśnie ten chłopak odszedł. Pan Śmierć trafił właśnie w sam środek czarnej tarczy i… uśmiechał się przy tym. Wyłączając własny telefon z trudem powstrzymywałam się od płaczu. Nienawidzę wiedzieć a jednocześnie nie rozumieć, nie móc przyjąć do wiadomości sensu danego obrazu. Nie znoszę predykcji, tej obrzydliwie męczącej umiejętności.

______________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

_______________________________

______________________________

_____________________________

Łażenie to jedno wielkie snucie się po mieście, które dobrze wpływa na organizm. Chaos w głowie cichnie. Niechciane myśli ulatują. Lęki i rozterki płowieją, żeby po nastym kilometrze zniknąć na dobre. Od czasu do czasu cichy głosik w głowie ze śmiechem przypomina: „Tylko nie codziennie, pamiętaj! Nie dzień za dniem. Pozwól, żeby twój organizm co jakiś czas odpoczął”.

Zbieranie wszystkich myśli do kupy zajmuje trochę czasu. Nie tak łatwo zrobić porządek w składowisku własnych najdziwniejszych nawet pomysłów i przypuszczeń. Również dziwaczne zdziwienie nie daje spokoju. Jednego dnia człowiek hula sobie po polu i pije kakao, a następnego idąc do pracy czuje się odrobinę niezręcznie, bo wie, że bodaj już za chwileczkę już za momencik przyjdzie mu pożegnać się ze wszystkimi tam harującymi od rana do wieczora. Inna „misja od Boga” daje wreszcie o sobie znać. Głupio mu również, bo ma świadomość, że kilka ktosiów i ktosiówek miało prawo go odrobinę źle zrozumieć. A ponieważ nie lubi bez sensu sprowadzać innych na manowce, znowu zaczyna nosić obrączkę. Co prawda srebrną, ale jednak obrączkę, i kłaść nacisk na własną datę urodzenia.

Echo dziwacznie wirtualnej i jakby cudzej tęsknoty okraszonej smutkiem mocno dokucza, natrętnie płynie z kosmosu. Już się wie, że nie ma sensu czekać, przedłużać ciszy w eterze, bo to na swój sposób rani innych. Nie wszyscy potrafią walczyć. Oczywiście są tacy, którym okładanie ludzi piąchami po twarzy lub szarpanie za wszarz wychodzi całkiem sprawnie, ale na poziomie emocjonalnym równie buńczuczni już nie są. Pod pozorem tupeciarstwa i wiecznego rozrechotania starają się ukryć własne emocje. Zadzierają zgrabny nos i wydymają usta, że niby nic i nikt nie jest w stanie im dokuczyć lub zranić, aby potem już za zamkniętymi drzwiami własnego cichego zakątka przygasić sztuczne rozweselenie czy nawet uronić łzę rozczarowania i poczucia bezradności.

Zasiada się więc na kanapie i sięga po laptopa. Myśl przewodnia niczym melodia płynie gdzieś w tle: Chwilę mi to zajmie, ale może przed magiczną północą kończącą rok 2017 uda mi się skończyć. Zgodnie z zapotrzebowaniem pojawi się drobna dawka niezbędnych anonsów prasowych. Będzie imię. Będzie nazwisko. Będą tytuły akademickie i nie tylko. Prosisz – masz. Ze mną jak z dzieckiem – za rączkę i… .

__________________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner
__________________________________

__________________________________

______________________________

___________________________________

Tyle słów. Całe ich miliony i brak siły oraz odwagi, aby je niczym plakat zawiesić na wirtualnym płocie czy innym słupie ogłoszeniowym. Język swędzi. Palce świerzbią. W gardle sucho. Gdzieś tam od środka aż korci, żeby wykrztusić z siebie choć kilka słów więcej, a jednocześnie cichy głosik od środka nakazuje by grzecznie się słuchać podszeptów pana Intuicji i uczestnicząc w kursach gotowania lub innego prawienia komplementów władcom lub władczyniom tego świata uśmiechać się do obiektywów aparatów fotograficznych i ładnie wyglądać, nic ponad to. Codziennie rano wstawać, myć zęby, czesać włosy, nakładać na twarz makijaż, dbać o wygląd, uczyć się ogłady, uroczego bon ton i przyhamowywania własnej uszczypliwości. Trwać na straży nie tylko własnego lepszego jutra, ale również równości takiej lub innej.

Ech to życie. Bywa trudne i mało wygodne. Chciałoby się podbić świat własnych marzeń w jeden dzień, a tak naprawdę ma się świadomość, że potrwa to jeszcze całe wieki. Nie w pełni wiele od nas zależy. Przy tzw. relacjach interpersonalnych próby wszelkiego rodzaju manipulacji otoczeniem ostatecznie kończą się fiaskiem. Każdy użytkownik autostrady życia ma swoje własne auto, którym pędzi czasami na oślep ku osobistemu lepszemu jutru.

Wzdychanie przestaje pomagać. Nagle ma się ochotę powiedzieć, niemal szepnąć:

Cieszę się z marketingu, jaki jest czyniony w intencji podniesienia statystyk na moim nie tylko blogu. Naprawdę wysoko cenię ten prezent dany mi niekoniecznie przez Los, czy nawet zdecydowanie nie przez pana Przeznaczenie, ale raczej przez panią Wieloletnią Obserwatorkę Moich Poczynań. Aczkolwiek… Azaliż… Jednakowoż… nie do końca wiem do czego prowadzą cudze działania. Nie rozumiem sensu cudzych intencji…

No po prostu… wciąż nie mogę uwierzyć, że oto moja osoba zaczyna się cieszyć dziwacznie zwiększonym zainteresowaniem. Póki co brak mi teorii na ten temat. W mojej głowie wszelkie za i przeciw tak silnie się ze sobą gryzą, że wciąż nie jestem pewna czy powinnam się cieszyć, czy raczej zacząć się martwić.

Dlatego rejteruję. Chyba zgodnie z własnym dawniejszym odruchem przez chwilę się przyczaję, zamilknę. Kto wie, może nawet jak dawnymi czasy uda mi się przeczekać burzę na morzu cudzych emocji… nic lepszego chwilowo nie przychodzi mi do głowy.

______________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

__________________________________

__________________________________

__________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

_______________________________________________

_______________________________________________

Ręka zatrzymuje się w pół ruchu. Ostatecznie strzałka najeżdża na guzik z napisem „prywatnie” i zatwierdza zaledwie szkic. Niby już za chwileczkę już za momencik, ale jednak jakoś tak aż ciary przechodzą po plecach. W sumie to dwanaście filmików. Szanowna Królowa Śniegu we własnej osobie. W pełnej krasie jak to się mawiało w rodzinnych stronach moich rodziców. I pewnie też ciekawskich nie brakuje. Niekoniecznie młode damy chętnie dowiedziałyby się ostatecznie kim owa tajemnicza pani jest.

Uśmiech nie schodzi z twarzy. Mojej twarzy. W sumie to nawet zabawne móc przez ułamek chwili czuć się niczym licealistka. Wielu to by na dachu Pałacu Kultury stanęło, żeby poczuć aż taką dawkę adrenaliny. A ja nie muszę. Mnie tam Internet w zupełności wystarczy. Do tego jeszcze w pracy bywa ciekawie. Nagle prawie dyrektor wzywa i wręcza papier do podpisu, prawdziwy cyrograf, na którym wołami stoi zapisane na czas nieokreślony. Potem młoda istota bez pardonu wali: Gdzie żeś była jak cię nie było? Tęskniłam za tobą.

Nic tylko się cieszyć.

Spacery pomagają. Nowa trasa póki co kręci. Inne utrudnienia. Nie taka sama ilość kilometrów. Nieco dalej od domu. Szerszy promień okręgu. Zabawnie inaczej wszystko wygląda. To jakby zyskać szansę na zmianę perspektywy własnego spoglądania przed siebie czyli ku przyszłości. Idąc co i raz śmieję się sama do siebie i z siebie. Na szczęście mało ludzi wokół to i nie ma komu patrzeć na me rozradowane lico.

Co przyniesie jutro? A potem pojutrze i i jeszcze po pojutrze? Czort wie. A ponieważ czasami ten pan Czort to naprawdę fajny gość być może miłych niespodzianek nie zabraknie.

______________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

__________________________________________

Następny rozdział