Zaledwie cdn…

Poniżej zamieszczone są teksty, które zostały powołane do życia na przestrzeni listopada i grudnia 2017 roku. Dotyczą nie tylko mojej codzienności, ale również pewnego rodzaju refleksji dotyczących ludzkich zachowań. Ponieważ w moim pojęciu użycie dialogu jako opisu konkretnego tematu najskuteczniej i najtrafniej jest w stanie oddać poruszany temat, bądź kontekst konkretnych zdarzeń, głównie w tej formie skonstruowany jest poniższy tekst.

Opisane zdarzenia jak najbardziej miały miejsce w tzw. tu i teraz. Dialogi dotyczą więc tzw. faktów dokonanych i nie zawierają w sobie przekłamań.

____________________________________________

Czas goni niczym oszalały. Już wczoraj było dziś, a jutro startuje pojutrze. Nic nie tkwi w miejscu. Dziś my komuś coś. Jutro on nam z nawiązką. Czy odwrotnie. Nieistotne. Faktów właśnie dokonujących się nie warto analizować.

Zwykłe banały, prawda? Oczywiste oczywistości. Niepotrzebny wstęp.

Długo się zastanawiałam, czy chce mi się jeszcze prowadzić tego bloga. Home.pl ponagliło mnie jednak do działania. Młoda pani zadzwoniła i zaczęła namawiać, żebym jednak się nie poddawała, że od dawien dawna wiadomo, iż warto wydawać pieniądze bez powodu i bez celu. Za nic i po nic. Pluć mamoną na lewo i prawo, rzucać banknotami naokoło, kichać nimi wokół siebie niczym pałeczkami Dżumy.

Koniec końców poddałam się. Stary dobry nałóg zwyciężył. A niech ci będzie pani namawiaczko, wytrzymam jeszcze jeden rok. Zobaczymy. Może jednak Gabol nie kłamała i rzeczywiście ta strona ostatecznie się do czegoś jeszcze przyda. Ale póki co inne hobby, to nowe, zwycięża. Mikrofon kusi i wabi. Nawet kamerka domowa uwodzi swoim obiektywem. Wciąż się uczę. Biorę przykład z tych mądrzejszych. Czerpię inspirację obserwując artystyczne otoczenie.

Remont tak naprawdę wciąż niedokończony. Ikea jest ponaglana. Ale to nie pomaga. Mnóstwo innych detali również wymaga poprawek. Ale ciało krzyczy WETO! A głosik w głowie drze się milcząc: – Musisz wreszcie odpocząć! Przyhamuj babo! Odpocznij!

Gabol opowiada co u niej. Wielkie zmiany bez zmian. Bardzo ruchoma stagnacja. U mnie podobnie. Tyle tylko, że jak zawsze ganiam niczym z piórkiem w czterech literach. A ona ślęczy nad tymi swoimi mądrymi książkami i zakuwa.

Rozczula mnie fakt, że niczym za dawnych czasów mądre słowa przelewane przez Gabola na wirtualny papier wolno, ale konsekwentnie stają się podwaliną powrotu na stare śmieci. Na owe emocjonalne hałdy uczuciowego poplątania. Jakże kobiecego niedookreślenia. Jednym słowem historia właśnie zaczyna się powtarzać. Czy aby na długo? Ciężko stwierdzić.

Best Friendówa widząc i czując, że jej ukochana Ukochana jednak ku niej zwraca swe wytęsknione spojrzenie, właśnie rzuca swojego dotychczasowego fatyganta. Mocne! Bo bardzo analogiczne do zdarzeń mających miejsce w bodaj 2010-tym roku. Kiedy to dziewczyny się poznały i obie w tym samym miesiącu zerwały ze swoimi facetami. Niedługo później zamieszkały razem. I tak się ta historia zaczęła, czy też potoczyła dalej…

Cierpliwość to podstawa. Najlepiej unikać paniki. Szok szkodzi zdrowiu. Kiedy jakaś nowina wprawia mnie w zakłopotanie staram się nie od razu to uzewnętrznić. Ot, kiwam głową na znak zainteresowania. Słucham. Uśmiecham się pod nosem. Nie komentuję. Bo i po co?

Swoją drogą czytając smsa Gabi poczułam lekkie zdziwienie. Z jakiego powodu jej dawniej ukochana Best Friendówa akurat mnie poprosiła o karty? Nie przyznałam się Gabi do tego, ale odniosłam naprawdę silne wrażenie, że jej przyjaciółka właśnie prosi mnie o pozwolenie, by móc na nowo przejąć kontrolę nad codziennym życiem mojej kuzynki. Dziwaczne.

Pamiętam, kiedy lata temu dziewczyny spędzały ze sobą mnóstwo czasu. Spały. Jadły. Balowały. Uczyły się. Wszystko. Po prostu wszystko robiły razem. Ja w tym samym momencie na zupełnie czym innym skupiałam nie tylko się, czy też z swoją uwagę, ale i codzienne życie. Każdy element własnej codzienności przemeblowywałam. Czułam się źle. Funkcjonowałam źle. Miałam bardzo zaburzoną percepcję. Nie umiałam znaleźć fachowej pomocy. Ludzie kompetentni nie stawali na mojej drodze. Pomogła mi wtedy miłość. Cudza miłość kierowana ku mnie. Tylko to. I aż nad to. Lub też tyle.

A Gabi podówczas fruwała pod sufitem szczęśliwa od natłoku zdarzeń mających miejsce w jej życiu. Spotykała nowych ludzi. Ciągle marzyła o księciu z bajki. By wieczorami i tak powrócić do tego samego pokoju w hotelu studenckim, pod ten sam dach, gdzie czekała na nią przyjaciółka. „No dobra Gabolku, to co planujemy na jutro?” – takim pytaniem kończyła się doba robocza obu pań. Best Friendówa przychodziła po Gabi na jej wydział. Zazwyczaj Gabi wtedy świergotała. Te dziwaczne różowe torebeczki i inne ozdóbki oblepiały ją z każdej strony. Gabi rzucała niuniowatym tonem głosu – już idę, już idę – i rzeczywiście ruszała w ślad za swoją przywódczynią stada, tj. bodaj pułku jakiegoś szefową.

A Best Friendówa? A ona ubrana zwykle w coś glanopodobnego i spodnie prawie moro, bo bojówki, rzucała leniwie tym swoim nieco niskim głosem – Gabol ruchy, bo czas nie stoi w miejscu. Potem panie wychodziły z katedry. Best Friendówa obejmowała swoją… koleżankę w pół podkreślając tym samym, że wszelkim innym onym wara do Gabola.

I tak to się ciągnęło przez pewien czas, póki młody jurny kretyn nie zaczął się za Gabolkiem uganiać. Wtedy poszło na noże, czy nawet na słowne maczety. Spór sięgnął zenitu. Na złość światu i Gabolkowi pani prawie pułkownik znalazła sobie pana jakiegoś tam pułkownika i w ramach zamanifestowania własnego niezadowolenia wyjechała na wakacje na Antypody. Wszystko spod znaku: A niech sobie teraz Gabol sama radzi ze stalkerem, skoro się z nim zaczęła spotykać, zamiast grzecznie wracać wieczorami do domu. Do naszego wspólnego gniazdka.

Od tamtego czasu trochę lat już upłynęło. Ze trzy, czy nawet prawie cztery. Sprawa przycichła. Rany się zagoiły. Tylko po Best Friendówie było widać, że nigdy więcej już się nie zakochała. Panowie jacyś tam się pojawiali. Ale jak to się dawno temu mawiało – ot, zapchaj dziury i tyle.

A teraz oto – niestety za moją namową; publicznie biję się w piersi, przyczyniłam się do tego – dziewczyny zaczęły odgrzebywać dawne kontakty, odbudowywać swoje stare nawyki. Gabol od pewnego już czasu nie szukała nowych źródeł ekscytacji. Depresja wynikająca ze zblazowania i frustracji zaczynała ją pożerać od środka. Best Friendówa wyglądała coraz gorzej. Szarzała. Zajmowała się tylko i wyłącznie pracą. Widać było, że zaczyna tęsknić za swoim dawnym stylem życia.

Oto więc narodził się punkt styczny łączący pogmatwane ścieżki życia obu tych pań. Już nie są młodymi studentkami. Już nie szaleją na salonach. Ale zaczynają mieć ochotę poprzypominać sobie jak to było, kiedy brykały niczym stary dobry Tygrysek z Kubusia Puchatka.

Ale dlaczego akurat mnie Best Friendówa poprosiła o poradę? Czyżby dokuczała jej chęć uzyskania symbolicznej zgody z mojej strony na ich ponowne zejście się? Takie skojarzenie niemal od razu przyszło mi na myśl. Tylko dlaczego właśnie mnie Best Friendówa obsadziła w roli Wyższej Instancji. Czemu? Co takiego Gabol powiedziała jej, że pani doktor nauk zwierzęco jakiś tam poczuła się zobligowana do wymuszenia na mnie powiedzenia TAK.

Barter? Czy oto mogłoby chodzić? O wymianę handlową? Nagle Best Friendówa cicho i pod dywanem zasugerowała, że mogłaby się zrewanżować wejściem na grunt negocjacji dyplomatycznych dokonujących się pomiędzy jej światem sportowym a mną? Ciekawe pytanie. Naprawdę ciekawe. Bo nigdy nic takiego nie zaistniało, co mogłoby Best Friendówie zasugerować, że poza Gabolkiem mamy jeszcze jakieś inne wspólne znajomości. Gabolek umie przemilczać wiele spraw. Prawdziwa Baranica. Nie klepie ozorem na lewo i prawo, kiedy temat dotyczy cudzych uczuć. Szczególnie uczuć osób jej bliskich.

Zerowa znajomość. Tylko tak można nazwać relację pomiędzy szanowną Best Friend i mną. Cisza. Nic. Aż tu nagle akurat ja jestem proszona o pomoc. Dlaczego?

Nie rozumiem. I pewnie nigdy już tego nie pojmę. Kobiety to jedna wielka zagadka, totalna tajemnica. Wiem coś o tym, bo sama jestem kobietą.

_________________________________________________________________

 

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

_________________________________________________________

_________________________________________________________

 

Wpaść w panikę. Poczuć, jak krew w żyłach zaczyna szybciej krążyć. Mieć poczucie, że cały świat wokół wyciąga błędne wnioski. Myśli, że właśnie taki nie inny wyraz twarzy stanowi przejaw ekscytacji. To ilustruje. Stanowi przejaw coraz cieplejszych uczuć.

Nie podejmować prób wyprowadzenia innych z błędu. A jednocześnie zastanawiać się nad najbezpieczniejszą formą ew. ucieczki. Wycofania się. Uniknięcia Walkowera, ale też nie uzewnętrznienia własnej niechęci. Własnego braku radości. Poczucia, że dokonuje się właśnie dziwacznie Pyrrusowe zwycięstwo. Ktoś okazuje zainteresowanie nie mieszcząc się przy tym w planach komplementowanej osoby.

Dziś stałam w pracy jak co dzień uśmiechnięta i wyluzowana. To nieprzesadny standard u mnie. Co prawda słońce za wielkimi oknami nie świeciło, ale w mojej głowie jak najbardziej tak, więc wspomniany uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Ot, taka już jestem, wiecznie rozrechotana. Odrobinę dziecinna i rubaszna.

Rozmawiałam z koleżanką. Kompletnie nie pamiętam o czym. Znając życie o czymś skrajnie niemal nieistotnym. Spodziewając się pani bądź pana klienta obejrzałam się za siebie. W jednej chwili będąc jeszcze w półobrocie zamarłam. Mój uśmiech z radosnego zszedł na poziom przyklejonego do twarzy.

Nie od razu uświadomiłam sobie, co tak naprawdę się ze mną dzieje. Na co aż tak nerwowo zareagowałam. Ułamek chwili. Tzw. mrugnięcie powiek. I cudze: Cześć. Stęskniłem się za tobą. Jak ci dzień mija? Jak ci się podoba w nowym miejscu?

Lata praktyki pomogły mi zapanować nad głosem i szybko powrócić do formy wspomnianego rozrechotania. Mimo to niejedno wprawne oko mogłoby wychwycić napięcie mięśni na moim karku i delikatne uniesienie ramion do góry w wyrazie wewnętrznej ochrony przed ciosem, czyli lęku przed cudzym atakiem.

Od słowa do słowa jasnym się stało, że podróż dobrego kumpla z Łomianek aż do Piaseczna nie była przypadkowa. Niejedna kobieta radośnie wykrzyczałaby, że to super kiedy AŻ dziesięć lat młodszy facet zaczyna się za nią uganiać. Mi jednak nie zrobiło się wcale równie miło. W jednym miesiącu „drugi raz” dla mnie to zbyt wiele. Zdecydowanie ZBYT wiele.

Zaledwie kilka słów. Tzw. badanie gruntu. Sprawdzanie, czy nadal się podobam. Mimowolny uśmiech ujawniający, że cudze oczekiwania zostały spełnione, że w obcym mniemaniu nadal fajna dupa ze mnie.

Owszem, miło mi. Nie przeczę. To schlebia. Ale czy cieszy? No właśnie niekoniecznie.

Tryb asekuracyjny włączył się w mojej głowie prawie natychmiast. Od zdawkowej odpowiedzi na pytanie co u mnie słychać przyjęłam akcję równą reakcji. – A co tam u ciebie się dzieje, panię fąfel? Nadal jesteś z tą samą dziewczyną? – Spodziewana odpowiedź przyniosła ulgę. Jednak dalszy ciąg nie okazał się już równie fajny. – Ale to takie już nudne i stare. Chciałoby się wreszcie czegoś nowszego. – Tryb asekuracyjny nie przestaje jednak działać i natychmiast po mojej stronie pada: – Ale pamiętaj, że ja jestem dziesięć lat starsza, a twoja pani nuda jest sporo młodsza, więc ciekawsza. Rokuje nadzieje na przyszłość. A ja grożę światu już tylko coraz głębszą siecią zmarszczek. – To jednak nie pomaga.

Za to moja wcześniejsza rozmówczyni, która zna pana interlokutora, zaczyna coraz szerzej otwierać oczy, potwierdzając tym samym moją pewność, że trwający właśnie dialog nie dotyczy zjawiska handlu publicznego ani sprzedaży hurtowej.

Interlokutor chwilę później przybija ze mną piątkę. Już nie cmoka w policzek, ale mówi swoje święte: – No to do zobaczenia. – I odchodzi.

Długą chwilę stoję w miejscu i czekam aż skurcz mięśni na moim karku zniknie. Ostatecznie biorę głęboki wdech. Cholera, to przecież mój wspólnik. Mruczę gdzieś wewnątrz własnej głowy. Zaledwie kumpel do zadań specjalnych. Ów pan spod znaku Fluent In English. Nic ponadto. Dlaczego więc aż tak się denerwuję?

Inny cichy głosik w głowie zaczyna jednak złośliwie marudzić. A widzisz. Widzisz. Sama chciałaś tłuc kasę. No to masz za swoje. On ci te cholerne książki puści w obieg niczym świeże bułeczki. On polezie do Polak Węgier Dwa Bratanki. Chciałaś to masz. Nie licz tylko na to, że heteryk wsadzi cię do szuflady „kumpela”. Nie łudź się. Takie cuda się nie zdarzają.

Wzdycham pod nosem. Czy nawet syczę.

I właśnie z tego powodu spory kawałek czasu temu całkowicie zrezygnowałam z pomysłu zabawy we Wschodni Watr. Dziwacznego sklepu internetowego oraz wydawnictwa. Po pierwsze z żadnym kolejnym heterykiem kumplować się nie zamierzam. Życie mnie nauczyło, że się nie da. Żadna wirtualna lub słowna maczeta czy nawet katana na plecach nie jest w stanie wtedy pomóc. Oni i tak koniec końców stwierdzają, że skoro jestem miła, to na bank czegoś dwuznacznego się po nich spodziewam. Sprawdzone. Potwierdzone. Nie wymaga korekty. Dlatego starożytny tryb ucieczki w ostatnim czasie dużo lepiej działa.

Po drugie z żadnym Węgrem bratać się nie zamierzam. Nie wchodzi już w grę dawanie światu do zrozumienia, że próbuję przywrócić do życia którejkolwiek ze starych znajomości.

Dlatego reedycji mądrych podręczników pomagających w praniu ludzi po pyskach i kopaniu facetów po jajach nie będzie. W każdym razie nie za moją sprawą i pod auspicjami akurat tego a nie innego Polaka Węgra Dwóch Bratanków.

Niestety jednak pan Fluent In English nadal ma na mnie haczyk. Korepetycje. Jak również możliwość pomocy w szukaniu nieco ambitniejszej pracy. Ów haczyk jest bardzo ostry. Trochę na wzór narzędzia, które swego czasu wbito Janosikowi bodaj w plecy, czy pod inne żebro, i powieszono go na tym czymś.

Słuchając moich pełnych żalu zwierzeń Gabol kwituje tę opowieść nieśmiertelnym: Masz za swoje. Kiedy wychodziło ci w kartach, że facet, którego już znasz, będzie się za tobą uganiał, to marudziłaś, że takiego nie ma i że nic ci już nie grozi. Myliłaś się. Obrazki czasami wiedzą lepiej.

Cholera. Znowu mruczę pod nosem. Oto ponownie stara dobra prawda daje o sobie znać. Nienawidzę tego czasami. Ta myśl nie daje mi spokoju dźgając od środka. Dobre wróżby są fajne. Te niewygodne niestety przypominają klątwę, która człowieka dopada w najmniej przez niego spodziewanym momencie. A w moim przypadku uruchamiając tzw. syndrom paniki.

No po prostu nienawidzę takich sytuacji.

_______________________________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

 

________________________________________________________

________________________________________________________

 

Gabi dzwoni. W ramach wstępu przez chwilę rozmawiamy o niczym. Szybkie zdawanie relacji co tam u której słychać. Trochę czary mary, bo to nałóg. Lepszy taki niż promile. Potem przechodzimy do rzeczy. Do najprzeróżniejszych opowieści dziwnej treści. W kontekście dobrze znanych nam ludzi. Do spraw codziennych. Do rozterek. Do żali i radości. Od nudy. I do naszego własnego zabiegania.

– To co, podjęłaś już decyzję? – Gabi pyta na poważnie.

– Tak. To mnie kręci. Ruski jako tako pamiętam. A ukraiński wydaje się taki cudownie inny. Kanciasty i dziwacznie filmowy. Podoba mi się. – Uśmiecham się mówiąc to.

– Odbiło ci. Ale tak całkiem pozytywnie. – Gabi śmieje się. – Postudiuj sobie trochę. To ci dobrze zrobi. – Gabol nadal się śmieje. Tak cicho. Po swojemu. – A ja nie mogę znaleźć niczego ciekawego. Chyba zazdroszczę ci. U mnie na razie wszystko się ogranicza do tematu obrony doktoratu. Bladego pojęcia nie mam co dalej.

– Kiszka. Zastanów się nad tym Uniwerkiem. Best Friendówę też już nosi na boki. Razem coś pokombinujcie.

– Taki mamy plan. – Gabi wtrąca bez zastanowienia.

– Miałam podobnie przez ostatnie dwa i pół roku. Szukałam czegoś, co zaczęłoby mnie wreszcie kręcić. Bawiłam się w sport. Znudziło mi się. – Wzdycham. – Bawiłam się w remont. Skończyłam. Wojnę z Ikeą ciągle odsuwam w czasie. – Znowu wzdycham. – Pisać mi się już nie chce. – Udaję kolejne westchnienie. – Robię to ostatnio odrobinę na siłę. Pod publikę. A trochę z powodu… – tym razem niemal teatralnie i przeciągle wzdycham imitując zmęczenie.

– Nałóg, co? – Gabi wtrąca od niechcenia.

– Taaa… – mruczę. – Ale mam to do siebie, że nałogi też potrafią mi się znudzić. Tak miałam sto lat temu z paleniem. Tak miałam z alkoholem. Z jedzeniem. Z brakiem ruchu. Z tkwieniem ciągle w tej samej korporacji. – Robię przerwę na kilka oddechów.

– No i… – Gabi ponagla.

– Praca u podstaw mnie kręci. Cała kupa ludu naokoło. Ciągle coś się dzieje. Nawał przeróżnych barw. Dziwaczne zachowania wielu przyjezdnych. Kalejdoskop obcych języków słyszanych wokół. Wschodni sąsiedzi kręcą mnie najbardziej. No mówię ci. Ruski… rosyjski – teatralnie poprawiam się – super brzmi. A wiedziałaś, że ruski to po rosyjsku, a po ukraińsku mówi się jak u nas, czyli rosyjski.

– Skąd miałam wiedzieć? – Gabi obrusza się.

– A no tak. Ty się bukw nigdy nie uczyłaś. A ja tak. I nadal pamiętam cyrylicę. Uwielbiam ten sport. Zaczynam z nimi rozmawiać po ichniemu. Chyba zapiszę się na kurs. W Pałacu znalazłam szkołę. Mam pół roku, żeby poprawić wiedzę. A potem chyba zacznę się bawić w studia. – Dodaję uśmiechając się sama do siebie. – Chyba nie są przesadnie drogie.

– Na serio o tym myślisz? – Gabi pyta bez przekonania.

– Wciąż biję się z tą myślą. To uwolniłoby mnie od zastoju. Marazmu. Dziwacznego spoczęcia na laurach. To całe studiowanie byłoby tak cudownie inne. Totalnie z kosmosu. No i…

– Śniło ci się… – Gabi wtrąca. – Pamiętam.

– Bartek ma swoje życie, a ja mam swój wolny czas. On dalej by rysował, a u mnie pojawiliby się nowi ludzie. Mogłabym swobodnie rozmawiać z całą masą przyjezdnych. Super sprawa… – zaczynam się śmiać. – Napaliłam się i chwilowo to siedzi mi w głowie. YouTube mnie w tym popiera.

Obie zaczynamy rechotać.

– Odwaliło ci, co? – Gabi bardziej stwierdza niż pyta.

– Lepszy rydz niż nic – wtrącam podobnym tonem.

– A jak tam twój sentyment? – Gabol zmienia intonację. – Wyparowała ci z głowy… sentymentalna melodia?

– Odwal się – mruczę udając nadąsanie. – Trochę tak, a trochę nie – dodaję prawie z rezygnacją w głosie. – Alkoholu wyrzekłam się z dnia na dzień. Lenistwa i garści pocieszających kalorii też. Ale odciągacza od codziennych smutków jeszcze nie. – Prawie odruchowo z lekkim syknięciem wciągam powietrze. – Ta bujda na resorach przez dwa lata pomagała mi nie myśleć o tym, co realne i przykre. Fajny sport. Tzw. koło ratunkowe dla skołowanej głowy i poharatanej psychiki. Plakat na ścianie i jazda do przodu. Takie tam… nic.

– No dobra! Dawaj… – Gabi czuje, że trzymam coś nowego w zanadrzu.

– Za półtora tygodnia mamy imprezę zapoznawczą… – urywam teatralnie.

– Rozpoznawczą – Gabol zaczyna się śmiać. – I co, są jakieś ciekawe – Gabi inscenizuje rechot – koleżanki?

– Masz na myśli branżę? – pytam zdziwiona.

– Coś tam wspominałaś, kiedy wszystko ruszyło.

– A! Oto pytasz – uśmiecham się do własnych myśli. – Nic się nie zmieniło. Dwóch panów i dwie małolaty. Wesołe towarzystwo. I cała masa młodzieży. Takiej zwykłej młodzieży. To niemal urocze. – Uśmiecham się. – I to młodsi od ciebie, stara Raszplo.

– Wypraszam sobie – Gabol udaje nadąsanie. – Ale piękni i mądrzy faceci też tam są?

– A i owszem. Jeden magistrant. Kończy właśnie socjologię albo pedagogikę specjalną. Nie pamiętam. Koleś dwa lata od ciebie młodszy. Bardzo przystojny. Znaczy… w twoim typie. Jasny blondyn. Chętnie cię pozna, bo go o to pytałam. – Uśmiecham się pod nosem. – Jeszcze jedna dziewczyna stamtąd kończy studia i tylko dorabia sobie w ramach pracy u podstaw. Cała reszta to w większości po prostu jedna wielka praca…

– U podstaw. – Gabi nie pozwala mi skończyć. – Czyli dobrze się bawisz?

– Póki co tak. – Uśmiecham się nieco szerzej.

– Ale sentyment nie odpuszcza, co?

– Odwal się. Czyli nie, nie odpuszcza. – Robię przerwę. Cicho wciągam powietrze, żeby odetchnąć nieco głębiej. – Za wygodnymi starociami, bamboszami i dawnym poczuciem bezpieczeństwa zwykle się tęskni. Za tym uczuciowym komfortem również. Nawet czysto ikonograficznym. Do bujd na resorach też bywa się uzależnioną i wzdycha się od czasu do czasu, żeby wzdychać. Ani się obejrzysz i sama zrozumiesz o czym mowa.

– Nie strasz.

Jeszcze chwilę rozmawiamy o niczym. Bez przekonania żegnamy się. Kto wie, być może jeszcze tego samego wieczora zdzwonimy się jeszcze raz, żeby z czegoś nowego zdać sobie relację.

Siadam przy komputerze. Przelewy czekają. Różne różniste śmieci na dyskach zewnętrznych też wymagają poukładania. W ramach odpoczynku dopada mnie ochota poszusowania przez chwilę po Internecie. Stare znajome kąty i zakątki nadal od czasu do czasu bywają odwiedzane. Nałóg robi swoje. Bezmyślne klikanie w te lub inne przyciski.

Po chwili wpada w oko stare zdjęcie na cudzym profilu. Przez chwilę dopada mnie zdziwienie. Skąd u kogoś aż taka chęć powrotu do starożytności? Tej własnej. Ja swoich osobistych archaików unikam. Może dlatego, że nie do końca miałabym co pokazać. Poza tym wolę swoją teraźniejszość tą obecną. Teraźniejszość dużo lepiej smakuje, niż minione lata. Widać nie wszyscy tak myślą.

Po chwili jednak kompletnie bez ostrzeżenia dopada mnie pewna myśl. Luźna dygresja. Dziwaczny wtręt odrobinę z innej planety. Stare reminiscencje. Pokręcone myślowe archaiki.

Znowu trwa 2015 rok. Robię porządek na dysku, ale tym najstarszym. Ukochanym. Wiecznie tak samo ważnym. Jedynym w swoim rodzaju. Przeglądam prastare pliki. Klikam to tu to tam. Nie wyczekuję niespodzianek. W 2011 roku wiele wykasowałam. Kiedy depresja zaczynała już dawać naprawdę silnie do wiwatu, dokuczała mi chęć ucieczki od dni minionych. Kiedy medyczne poprawiacze humoru już nie pomagały. Kiedy starożytne niemal skłonności samobójcze zaczynały dokuczać coraz silniej. Podchodzić do gardła. Kąsać. Kusić i wabić. Wtedy wiele z moich ulubionych plików wylądowało w śmietniku. Tym komputerowym.

Nie spodziewam się więc niespodzianek. Bo i jakich? Odpalam kolejne zakładki. Sprawdzam co gdzie jest. W którymś z dziwacznych plików wynajduję jeszcze inne pliki, a w tych plikach jeszcze jakieś tam katalogi. Ostatecznie docieram do dziwacznego czegoś opisanego bliżej nieokreślonym angielskim jeden. Przyglądam się temu zanim dwuklikiem uruchamiam zamek w tych drzwiach.

Głębokie westchnienie mimo woli wydziera mi się z ust. To prawdziwy skarb. Coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. Dociera do mnie, że nazwa pliku ONE nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek angielszczyzną. To nie jeden. To THEY. O rany! Wykrzykuję gdzieś wewnątrz własnej głowy. A jednak coś z tamtych lat przetrwało. Niesamowite. Pewnie zrobiłam to po pijaku. Parę zdjęć ukryłam sama przed sobą.

Wśród kilku perełek dostrzegam tę najcenniejszą. Jest zieleń. Jest rower.

Reszta obrazków również przywołuje uśmiech, ale już nie aż tak radosny.

Jest kubek. Jest pięść. Jest uśmiech. Są też inne twarze. Jest psychologia. Jest jeszcze ktoś tam. Są inne starocie. Dawno zgubione znajomości. Wyblakłe wspomnienia. Wyszarzałe dziwadła. Trochę niewyraźne lub mało istotne.

Uśmiecham się. Rower. Tylko to słowo atakuje moją głowę. Naprawdę piękne zdjęcie. Takie idealnie portretowe. Ciekawe kto je zrobił. Wszędzie wokół portretowanej świeża zieleń. Rower leży na trawie. Do uszu wetknięte słuchawki. Kolana podciągnięte pod brodę. Ten sam uśmiech na twarzy. To tylko profil. Zaledwie a mimo to aż. Genialne zdjęcie. No po prostu genialne. Bodaj z 2008 roku. Chciałabym umieć tak fotografować. Albo… spotkać równie wdzięczny temat do uwieczniania.

A teraz. Już nie w roku 2015 tylko 2017 widząc cudzy portret umieszczony na sieci wzdycham. Mimo woli mruczę pod nosem. „To nie to zdjęcie lubię najbardziej. Nie to… no po prostu nie to”.

_______________________________________________________

________________________________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

 

_____________________________________________

______________________________________________

Zlot czarownic. Tak to nazywamy. Nasze spotkania od wieków w ten właśnie sposób mijają. Wszystko wokół aż drży w posadach bombardowane gromkimi salwami śmiechu nas obu. Baranica i pani Strzelczyk. Lubimy rechotać. Obie w równym stopniu.

Dziś to ja bawiłam się kucharzeniem, a ona ferowaniem wyroków co do naszej przyszłości. Dlatego to ona układała na stole kolejne obrazki, a ja mieszałam ciasto w garnku. Obie miałyśmy dobry humor. Zabawa to zabawa. Na tym polega życie, aby umieć się nim cieszyć, a nie wiecznie rozpaczać. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Nieprawdaż?

– Znowu świrujesz? – Gabi co i raz komentowała moje wariactwa kulinarne. – Czego tam jeszcze dodasz zanim zdecydujesz, jaki to ma mieć smak?

– Odwal się. – Uśmiechając się nie przestawałam mieszać. Dorzucając przy tym co i raz nowe składniki. Były tam już wszelkie bakalie. Otręby. Płatki kukurydziane bez glutenu. Czort wie dlaczego teraz już tylko takie bywają w sprzedaży. Kminek. Sos pomidorowy. Sos curry. Chilli. Jako ostatnie całość dopełniła cała masa jajek. – Ostatnio moje omlety ci smakowały. Te upieczone jako ciastka również, więc nie marudź. – Nie przestawałam mieszać łyżką. Nie patrzyłam w stronę Gabi. Gość w dom, Bóg w dom. Czyli nie musiałam silić się na dulszczyźniane powtarzanie, że miło mi ją gościć. Nieustanne przyglądanie się młodej damy. – Mów mi tu lepiej, co ci wyszło w karciochach à propos impry, na którą się wybieram.

– A ty co się taka nagle ciekawa zrobiłaś? – sięgając po karty Gabi udała, że się śmieje. – Pomyśleć by można, że nie możesz się doczekać. Znowu ci jakiś pan dyrektor wpadł w oko, czy co? – Uśmiechnęła się złośliwie.

– Spadówa.

– A przystojny chociaż? – Gabi nie przestawała udawać, że tłumi śmiech. – Ten twój pan dyrektor.

– Na oko jakieś metr dziewięćdziesiąt sześć wzrostu. Bardzo szczupły. Szatyn. Podobno łatwo się denerwuje i drze jadaczkę na pracowników. – Spoglądam w stronę Gabi. – To był cytat. – Dodaję niższym głosem. – Gdybyś się nie domyśliła. A przy mnie już dwa razy walczył z uśmiechem. To chyba dobrze wróży. – Spoglądam w stronę Gabi. – Mam taką nadzieję, że dobrze wróży…

– Po prostu Orlando Bloom, tak? – tym razem Gabi naprawdę zaczyna się śmiać. Cicho, ale szczerze. – Ja jebie. I dziewczyny to kupiły?

– Odwal się. – Udaję focha jednocześnie z trudem hamując śmiech. – Orlando Bloom to najprzystojniejszy brunet w całym Hollywood. Przed nim był tylko Antonio Banderas, ale na mojej scenie przeszedł już na emeryturę. A Orlando to jednak 1977 rocznik. Dopiero co czwarty krzyżyk mu strzelił. A do tego czasem blondyn, czasem czarniawy. Jak dla mnie istny gites majonez.

– No i jeszcze odmiennej rasy, czyli elf. – Gabi trzymając się za brzuch przechyla się do tyłu. – Żebym to ja dzisiaj miała kamerę. Kaśka! Jezu, nic tylko cię sfilmować z tą łyżką w ręku. Kiedy wisisz nad garnkiem i mieszasz obrzydliwą breję. Stara, walnąć coś takiego na YouTube’a! Prawdziwie kulinarna mistrzyni z ciebie. Ale kasiorę byśmy zbiły na takim kabarecie. – Gabi zaczyna dławić się ze śmiechu. – Tu ci wyleciał kawałek orzecha. Wolniej to rób. – Gabi zaciska oczy rechocząc już głośno. – Ale dasz spróbować, kiedy już skończysz. Prawda? – Mówi imitując powagę. Po chwili jednak dodaje już nieco spokojniej. – Na serio pytam.

Obie mimo woli zaczynamy ponownie niemal wyć ze śmiechu. Ja aż kucam trzymając się za brzuch. Nie jestem w stanie jej odpowiedzieć, bo krtań zaciśnięta z powodu rechotu mi na to nie pozwala.

– I stara, padałoby tylko na wstępie… proszę państwa, co my tu dzisiaj mamy? Cóż znowu przygotujemy… Zajrzyjmy do naszej lodówki… Cóż… Dziś pozostał nam już tylko żółty ser. Co można byłoby przygotować z tak niewielkiej ilości składników. Pomyślmy… – głos grzęźnie Gabi w krtani. Obie wciąż dusimy się ze śmiechu. Chwilę nam zajmuje uspokojenie się.

Rzeczywiście w moim garnku jest wszystko. Na szczęście konsystencja ciasta zaczyna rokować nadzieję, że da się z niej jednak powołać do życia placki przypominające racuchy. Dlatego po chwili niewielkie porcje ciasta zaczynają lądować na patelni. Słaby płomień gazu ma ustrzec przed przypaleniem wykwintnego dania, jak mi się to zazwyczaj dość skutecznie udaje zrobić.

– Dobra, pani roześmiana trzydziecho, co ci w tych kartach wyszło? – pytam przez ramię.

– O! Droga memu sercu szefowa kuchni z bożej łaski pyta mnie o swoje podboje sercowe? Oczywiście w ten najbliższy piątek? – Gabi nie odpuszcza. Nadal rechocze. Po chwili jednak się powstrzymuje. – Ale pytasz na serio, czy tylko żartujesz?

Wzruszam ramionami. I naśladując jakby cudzy sposób okazywania radości uśmiecham się zaciskając przy tym usta. – Sama zgadnij. – Odpowiadam bez przekonania.

– Czyli po prostu mam popatrzeć i opowiedzieć?

Skinieniem głowy przytakuję.

– Dobra pani kuchareczko. No to walę. Rzeczywiście może być ciekawie… – Gabi zaczyna płynąć ze swoją opowieścią zupełnie, jakby pisała Harlequina godnego nagrody Pulitzera. – Ty… Kaśka! – nagle niemal scenicznie odrobinę podnosi głos – to może być naprawdę ciekawe. Bo ja tu widzę jeszcze jakiegoś małolata blisko ciebie…

– To pewnie ten koleś, którego chciałabym ci przedstawić. – Uśmiecham się nieco teatralnie. – Czyli tak zwane… wyswatać z kuzynką.

– Chrzanisz! I powiedziałaś mu o tym?! – Gabi udaje oburzenie.

– Gabol! – obruszam się w podobny sposób. – Już o tym rozmawiałyśmy. To ja jestem Matchmaker. Jak ta ze Skrzypka na Dachu. Czego innego więc się po mnie spodziewałaś?

– Niczego. Czyli takich samych efektów twojej pracy, co po tej pani ze Skrzypka… – Gabi szybko porusza brwiami imitując mimikę Stana Laurela z Flipa i Flapa.

– Wal się – mówiąc to zaczynam marszczyć nos z trudem hamując uśmiech.

– Wiem. Wiem. Jedno wielkie jebać system. Wiem. – Gabi również marszczy nos.

– Dobra. Co jeszcze widzisz w tych kartach? – podejmuję próbę zmiany tematu.

– Ty… ale tam jeszcze jakieś laski będą…

– No! Coś ty?! Naprawdę? – kiwam głową przerywając Gabi w pół słowa. – Przecież tam głównie baby pracują.

– Nie to miałam na myśli…

– No to kogo lub co innego? Obojnaki? – poprzez stół spoglądam na nią z góry, bo ona siedzi, a ja stoję przy kuchence gazowej.

– Taaa… jedno wielkie gender. – Ona też kiwa głową, ale imitując przy tym oburzenie. – Nie strzelaj głupa. Wiesz o co mi chodzi. O branżę.

– Gabol! – odruchowo wzruszam ramionami gapiąc się przy tym w sufit. – Mówiłam ci już, że tam takich bab to jest chyba z siedem. – Pochylam głowę do przodu i jakby nieco spode łba spoglądam w stronę Gabi. – Plus trzech panów.

– Już nie dwóch?

– Rozmnażają się przez pączkowanie. Ot, takie czasy. Era Johna B. Calhouna. Sama mi to przecież sprzedałaś. Pamiętasz? Doświadczenie na szczurach… – uśmiecham się nieco złośliwie. – In vitro ratunkiem dla ludzkości.

– Lub podbój kosmosu – Gabi uśmiecha się w podobny sposób.

– Oj, dobra. Ale co z tym całym balangowaniem? Ciekawego coś się zadzieje. Zamienię słowo z panem prezesem, dyrektorem, czy innym kierownikiem? – pytam udając zmęczenie.

– Nie. Nie musisz się bać.

– Uff! – ponownie wchodzę jej w słowo.

“Grissom’s Divine Comedy” — William Petersen stars as Gil Grissom on CSI: CRIME SCENE INVESTIGATION, Thursday, April 3 (9:00 – 10:00 PM, ET/PT) on the CBS Television Network.
Photo: Robert Voets/CBS ©2008 CBS Broadcasting Inc. All Rights Reserved.

Gabi przez chwilę jeszcze komentuje moje aktorskie fochy, żeby po kilku zdaniach powrócić do własnego przepowiadania kuzynce jej niedalekiej przyszłości. Po kilkunastu minutach składa karty i od tematu czasu przyszłego wraca do poziomu teraźniejszości.

– Trochę w tym wszystkim, tym twoim tarotowaniu, moich majaków sennych. – Wzdycham tym razem mało teatralnie, bo w sposób naturalnie odruchowy. – Robiąc porządek na swoim dysku zajrzałam do starych notatek. Mam tam opisane sporo z tych snów. Między innymi odkryłam tam kilka ciekawostek. Właściwie trzy czwarte z tego wszystkiego prawie dosłownie przeszło z poziomu snu do poziomu jawy. Ale jeszcze kilka perełek pozostało. – Ostatnie placki przekładam z patelni do wielkiej o metalowej misy i siadam na kuchennym krześle.

– Jakich? – Gabi nie wytrzymuje przerwy w moim słowotoku i ponagla.

– Moje CSI’e. Pamiętasz? Dupę ci tym trułam lata temu.

– Może. No i… – Gabi wzrusza ramionami. – No i…

– Wiele scen z tego serialu mi się potem śniło. Ostry sentyment mam do tamtych postaci. I w starych notatkach znalazłam opis Grissoma… kojarzysz kolesia?

– Dobra. Powiedzmy, że łapię do czego pijesz. – Gabi wzdycha. Tym razem, podobnie do mnie sprzed chwili, robi to odruchowo i w sposób naturalny. – Co z tym Grissomem? Jako biały gołąbek przyniósł ci w dziobku ważną wiadomość?

– Exactly – mruczę siląc się na angielszczyznę. – To był sen stanowiący odpowiedź na pytanie kiedy i jak.

– Co jak? – Gabi marszczy nos.

– Punkt zwrotny. – Uśmiecham się odrobinę scenicznie. Sztucznie. – Kiedy przestanę czuć się zobligowana do zerkania w stronę przeszłości i spłacania dziwacznego długu.

– Melodramatyzm. No i… – Gabi równie scenicznie wzdycha.

– Ostatnio udało mi się odszukać odcinek, z którego sceny mi się przyśniły. Grissom stojący z telefonem komórkowym przy uchu. Rozmawiający z Sarą. Otoczony feerią moich ulubionych kolorów. Coś pięknego. Błękit. Butelkowy granat i zieleń. Seledyn i odrobina bieli. Jak w ramówce tego serialu. Wczoraj po czterech miesiącach po raz pierwszy włączyłam telewizor. Niczego ciekawego nie znalazłam, więc odpaliłam nagrane odcinki Las Vegas. Jako pierwszy pojawił się właśnie ten. Nie pamiętałam tytułu. „Tajemnica Motyli”. Nie pamiętałam, że to mam.

– Podobało ci się? – Gabi nieco złośliwie spytała.

– Very funny. No do prawy. Bardzo śmieszne. – Zmarszczyłam nos.

– I co z tego wynika? Do czego pijesz?

– Olać pytanie, na które ten sen miał odpowiedzieć. Ważne co Grissom powiedział.

– O czym?

– O nudzie. – Uśmiecham się. – O życiowym znużeniu. O bezsensie. O tym, jak życie traci smak po pięćdziesiątce lub wg mnie w przypadku kobiet niedługo przed piątym krzyżykiem. Bo zobacz. Jeszcze ew. jeśli taka kobieta ma dzieci małe lub dorastające, to nie czuje widma własnego przekwitania. Ale jeśli poza pracą taka kobieta nie ma już właściwie nic, bo dzieci dorosły lub w ogóle ich nigdy nie miała, to zaczyna zapadać w stan emocjonalnego odrętwienia. To jak utknięcie w ślepej uliczce. Praca przestaje kręcić, bo albo brak siły na coś nowego, albo osiągnęła już służbowe szczyty i wszystko, co jej pozostało, to walka o utrzymanie stanowiska lub renomy. I wiesz co jeszcze mi przyszło do głowy?

Gabi stanowczo mruknęła – nie!

– Gabol! Nie przerywaj! Mam właśnie fazę! Od tego tematu zaczęłam. Teraz to już tylko było pytanie retoryczne. – Fukam udając obrażoną. – W tym odcinku zawarte było motto moich działań. Tzw. remake. Zaczęłam dojrzewać do myśli o wieku średnim w swoje czterdzieste urodziny. Zadawać sobie pytanie co dalej, skoro mój syn jest już dorosły. Jak chcę zacząć spędzać odzyskany nagle wolny czas. W 2015-tym, kiedy przestałam na dobre uciekać już przed tą prawdą, ten sam znak zapytania zaczął mi dokuczać. Po dwóch i pół roku mogę nareszcie z dużą satyfakcją powiedzieć, że udało mi się pokonać swojego wewnętrznego potwora. Z tygrysem, tym swoim wewnętrznym, już się zaprzyjaźniłam, więc mam go na lodówce i wraz z nim brykam. A smoka ustrzeliłam niczym Bard i tyle.

Dlatego nie chce mi się już pisać durnych opowiadanek. Własne rozdzieranie szat zaliczyłam. Dziwaczną prawdę z siebie wykrzyczałam. Zbawianie świata mi się znudziło.

O! I tym sposobem wracamy do tematu znudzenia ludzi w średnim wieku. – Znowu uśmiechnęłam się niczym prawdziwy spiskowiec. – Zerwanie z korporacją. Zaniechanie dorabiania Tarotem. Odpuszczenie sobie bywania tylko na hermetycznie zamkniętych salonach. Wszystkie te pożegnania pomogły mi wrócić nareszcie do własnej starożytnej normy. Zero nudy. Cała masa dzieciarni wokół mnie i ludzie pracujący u podstaw. Te bratnie dusze okazały się najgenialniejszym lekarstwem na moje wewnętrzne popapranie. Najskuteczniejsza terapia w jakiej dane mi było wziąć udział. I jeszcze płacono mi za to. Nowość. Świeża krew. Cudze rozwiązania życiowe. Niespodzianki. Niby to samo, ale już kompletnie inaczej. Autoterapia za którą mi płacono.

– I nadal ci płacą.

– Tak. Nadal mi za tą terapię płacą. – Kiwnęłam głową. – Teraz to nawet więcej mi płacą. Dwa dni temu podpisałam nowy papier. I dodam, że to już mój ustawodawczy maks. Każda złotówka więcej równałaby się dla mnie z utratą renty. Dlatego nie czuję potrzeby szukania czegokolwiek innego. A biurwowanie już nie dla mnie. Tkwienie w zamkniętym pomieszczeniu wiecznie w towarzystwie tych samych narzekających bab wykończyłoby mnie do reszty. Oczywiście psychicznie.

Obie z Gabi zaczynamy się śmiać.

– Wciąż jesteś pupilką? – Gabi wtrąca tłumiąc tym samym własny rechot.

– Odwal się. – Również staram się nieco przyhamować własne rozbawienie. – Chyba tak, bo niektóre osoby to wychwyciły. Czują, że coś musi być na rzeczy, skoro niektóre potknięcia, głównie te słowne, są mi przez Wyższą Instancję puszczane niemal płazem. – Mówiąc to kiwam głową. – Gabi, ja już zbawiać świata nie zamierzam. Dlatego znudziło mi się brylowanie na internetowych salonach. Przestało mnie interesować, czy ktokolwiek zagląda na moją stronę. Dokładnie tak samo, jak w zeszłym roku w listopadzie, straciłam chęć podglądania, co słychać u innych sław tego świata. Nowinki gazeciarskie przestały mnie kręcić. Chyba tym razem już na dobre.

Gdzieś tam po drodze przez te trzy miesiące zgubiłam chęć poprawiania humoru innym czterdziechom tego świata. Tym wyjałowionym wewnętrznie. Jak któraś ze starych lub nowych znajomych chce nadal taplać się w osobistym błotku dawnych dokonań, w dyrektorowaniu lub sileniu się na udawanie szczęśliwej, to ma do tego pełne prawo.

Mi się już nie chce udawać istnej superwoman zbawiającej świat. Dobrą chwilę temu zyskałam umiejętność przyznawania się do własnej niewiedzy. Już coraz lepiej mi wychodzi proszenie o pomoc. Wiem już jak się przyznawać do własnej omylności i braku talentu. Nie umiem i już się nie nauczę wiercenia dziur w ścianach. Znam panie, które to potrafią. Podziwiam je za to. Ale sama tej umiejętności pozyskiwać już nie planuję.

A jeśli inni – uśmiecham się opuszczając przy tym głowę i spoglądając na Gabi inscenizując zadziorność – inne – mówiąc to poruszam brwiami à la Flip – niczego przez te dwa i pół roku się ode mnie nie nauczyły, to się już nie nauczą. Chora duma to zwykle bardzo trudny orzech do zgryzienia. Mnie się udało. Pogodziłam się z własną kobiecością. Haruję jak wół. Bawi mnie to. Bywa trudne. Mało ambitne. Za to mniej nużące niż praca w korporacji i karierowiczostwo.

– Widać to po tobie. Odżyłaś wreszcie.

– Dzięki. Ale dość tego przynudzania. Sprawdźmy jak wyszły mi dzisiejsze placki. I czy w ogóle dadzą się zjeść.

Podałam Gabi talerz. Każda z nas zajęła się jedzeniem. Z chwili na chwilę temat starych spraw zaczął płowieć. Bieżące ploteczki zajęły jego miejsce.

___________________________________

Grissom: – Jesteśmy żałośni, prawda, panie doktorze? Pozwoliliśmy, żeby praca zjadła nasze życie. Innych ludzi dotykamy tylko w gumowych rękawiczkach. Budzimy się pewnego ranka i stwierdzamy, że od pięćdziesięciu lat prawie nie żyjemy. I nagle los daje nam jeszcze jedną szansę. Pojawia się ktoś młody i piękny. Ktoś kim możemy się zaopiekować. Kto oferuje nam nowe życie. Musimy jedynie podjąć decyzję. Zaryzykować wszystko, co osiągnęliśmy w życiu, aby tę osobę mieć. Ja się na to nie odważyłem. Pan tak. Pokazała panu, jak piękne może być życie. Nieprawdaż? Potem odebrała panu to wszystko i ofiarowała komu innemu. Więc pan ją zabił. Zabił pan oboje i nie ma pan już nic w zamian.

Pan doktor: – Żyję.

Grissom: – Czyżby?

_____________________________________________________________

 

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

 

________________________________

________________________________

__________________________________________________________

Wspomnienia nie dają spokoju. Co to jest? Dzwonię do Gabi. Czy może to ona dzwoni do mnie? Nie pamiętam już. Ciągle tkwię zatopiona po uszy w innym świecie, w pewnego rodzaju innym wymiarze. Obrazy kołują się wokół mojej głowy. Aż od tego ściska w brzuchu. Zupełnie jakbym nieustannie wirowała na dziwacznej karuzeli, jakby mój błędnik zaczynał coraz silniej szaleć. Mdłości się nasilają, żeby nagle ustąpić. Niemal w jednej chwili wszystko się urywa. Co to właściwie jest? To coś co się dzieje z moim ciałem?

Owo „coś” pierwszy raz zaczęło mi dokuczać w maju 2010 roku. Pamiętam, że wtedy wyruszając z domu na spotkania w ramach terapii zaczynałam to „coś” czuć na mniej więcej godzinę przed rozpoczęciem spotkania. Aż mi w głowie od tego huczało. Zupełnie jakbym od zewnątrz słyszała łomot własnego serca. I wtedy właśnie po raz pierwszy ów splot słoneczny zaczął mi bardzo dokuczać.

Potem przez chwilę ten dziwaczny stan przycichł. Ale czułam po kościach, że owo „coś” jeszcze mnie zaskoczy i dopadnie. Cokolwiek to jest, jakiegokolwiek rodzaju moje własne kuku na muniu, i tak to „coś” nie da tak łatwo za wygraną. Dlatego chyba pod wpływem dziwacznego instynktu zaczęłam podówczas przykładać nieco większą wagę do sensu nie tylko własnych snów, ale również do schematu relacji, jakie nawiązywałam i tworzyłam z innymi.

Ostatnio w pracy zaliczyłam zabawną scenę, która przypomniała mi o starych dobrych dziejach. Z tego powodu wspomnienie owych eksplozji bólu, który odczuwałam na wysokości mojego splotu słonecznego, powróciło. Zupełnie jakby pan Los nareszcie ofiarował mi w prezencie w pełni jasną odpowiedź na pytanie czym podówczas było owo dziwaczne „coś”. Owa bliżej niezidentyfikowana energia rozsadzająca moją głowę, klatkę piersiową, a czasami również podbrzusze.

Stałam w pracy rozmawiając z jedną z naszych „strażniczek”. Uwielbiam ją tak nazywać, bo nosi mundur i wnikliwie przygląda się wszystkiemu i wszystkim wokół. Lubię również nazywać ją Tildą. Zawsze sprawia wrażenie w pełni zwartej i gotowej do działania. Bardzo wysoka młoda dama nosząca naprawdę imponujące, bo prawdziwie wojskowe, glany.

Po chwili podeszły do nas inne dwie panie. Ja, jak na rasowego Strzelczyka przystało, palnęłam wtedy bez ostrzeżenia i nieco bez sensu swego rodzaju niestandardowe powitanie:

– No proszę! Dzisiaj całkiem ciekawy dzień pracy się zapowiada. Same bratnie dusze mają dyżur. No, no, no… – i zaczęłam się śmiać. Spojrzałam w stronę strażniczki i iście aktorsko mrugnęłam okiem.

Jedna z nowo przybyłych młodych dam dołączyła do mojego rozradowania. Jej wyraz twarzy zdradził, że wraz z moim rozrechotaniem odczuła sporą ulgę. Jej powątpiewanie straciło na znaczeniu, bo właśnie usłyszała urocze „nie wprost”, czyli: – Nie, nie wydaje ci się, dobrze wyczułaś już przy pierwszym dzień dobry.

Pani strażniczka tylko się uśmiechnęła, bo chwilę wcześniej i tak opowiadała, jak planuje spędzić kolejny weekend ze swoją „współlokatorką”, więc mój niby żart uznała za swoistą oczywistość. Ale trzecia z młodych istot tak nie zareagowała. W pewnym sensie zbladła. Ten widok natychmiast przywołał mnie do porządku. Nikt co prawda nie towarzyszył naszej rozmowie, więc i nie słyszał mojego rechotu, niemniej jednak mimo wszystko stałyśmy w miejscu zdecydowanie publicznym…

I wtedy właśnie dane mi było poczuć ową eksplozję. Silne uderzenie centralnie w sam środek mojego splotu słonecznego. W pierwszej chwili aż zakręciło mi się w głowie. Wzięłam głębszy oddech. Nie przestałam się uśmiechać. Nie przestraszyłam się. A nawet poczułam ulgę. Radosna myśli niczym sławetna tęcza rozbłysła w mojej głowie:

Nigdy nie byłam stuknięta. Nigdy nic mi nie dolegało i mi się nie wydawało. One wszystkie potrafiły, więc i nadal potrafią, tak walić energią, że idzie się od tego popłakać z bólu”.

Skąd taka wielokolorowa eksplozja radości rozsadziła mnie od środka niczym duma? Z banalnego powodu. Moje „badania” nie trwały bowiem tydzień bądź dwa. Przez bite siedem lat walczyłam z własnym poczuciem bycia szaloną. Każdy z lekarzy, do których zwracałam się z prośbą o pomoc, powtarzał to samo, że jestem jak najbardziej przy zdrowych zmysłach. Moje odczucia wciskano do szuflady „stany lękowe” i na tym kończyła się niemal każda dyskusja.

Zaczęło się to wszystko we wspomnianym 2010 roku. Przez całe wieki sądziłam, że moje stany rzeczywiście wiązały się z jakimiś tam blokadami wewnętrznymi. Sporo z tych przypuszczeń udało mi się potwierdzić. Psychoanaliza pomogła. Kompleks matki i ojca, i wujka, i dziadka, a także cioci, kuzynki oraz sąsiadki został przepracowany i ostatecznie odesłany do lamusa. Mimo to jednak splot jak pobolewał tak wciąż dawał mi się we znaki.

Pierwsze uderzenia, którymi świat mnie raczył w maju i czerwcu 2010 roku, od lipca przycichły, żeby powrócić w październiku tego samego roku. I właśnie w owym październiku ten jeden z nielicznych razów udało mi się zobaczyć na własne wirtualne oczy – czy też trzecim okiem patrząc – co tak naprawdę stanowi powód mojego „cierpienia”.

Po dziś dzień pamiętam ów moment, ową scenę. To był wieczór, kiedy nieco na wzór owego powitania, jakim ostatnio zaskoczyłam swoje koleżanki w obecnej pracy, zabawiłam się w iście strzelczykowate aktorstwo. Siedząc w szatni sam na sam z tzw. Przywódczynią Stada pozwoliłam, aby z mojej torebki wypadła ulotka promująca paradę równości, która miała miejsce kilka miesięcy wcześniej.

Po dziś dzień pamiętam wyraz twarzy Przywódczyni Stada, kiedy nagle doświadczyła specyficznego objawienia. Pisząc o tym mimo woli śmieję się, bo ta scena stanowi dla mnie naprawdę miłe wspomnienie i jawi się czymś rodem z jakieś amerykańskiej komedii pomyłek. Choć przyznać muszę, że z perspektywy czasu nie wszystko, co w 2010 roku w moim życiu się zadziało, kojarzy mi się równie radośnie.

Ale wracając do rytmu uroczych więc na swój sposób przyjemnych wspomnień. Kiedy zajęcia ruszyły, właściwie od razu dało się zauważyć silną zmianę zachowania wspomnianej Przywódczyni. Mijałoby się z celem opisywanie subtelności owych zmian, bo co innego w tym opisie tak naprawdę stanowi tzw. sedno, którym jest pewnego rodzaju „wizja”, jakiej dane mi było doświadczyć.

Zajęcia trwały. Ponieważ w tamtym okresie z wielu powodów wciąż spory kłopot sprawiało mi przyswajanie nowych informacji, nie wszystkie z opisów wydawały mi się klarowne i jasne. Głównie z tego powodu co i raz myślami odpływałam w stronę własnego świata wirtualnego. Nagle przyglądając się prowadzącej i próbując „załapać” o czym mowa zobaczyłam nić, rodzaj sznura łączącego splot słoneczny tej osoby z moim własnym. Zaciekawiło mnie to. Wciąż pozostając jedną nogą zanurzona w owym wirtualnym wymiarze wyciągnęłam rękę i owinęłam ów sznur wokół własnego nadgarstka, by niemal natychmiast silnie pociągnąć za tę linę. Chyba w tym samym momencie Prowadząca nagle podniosła wzrok i utkwiła go na wysokości mojej twarzy. Pamiętam, że uśmiechnęłam się wtedy z pewnego rodzaju zażenowaniem i udałam niezwykle zainteresowaną poruszanym właśnie tematem.

Długo nie mogłam zrozumieć co to było, owo coś, które wtedy zobaczyłam. Biję się w piersi, dopiero z chwilą tego zdarzenia zaczęłam na owej „znajomości” się skupiać, wiecznie zadając sobie pytanie: „Ale czym właściwie jest ta lina, którą zobaczyłam? Niby co nas łączy?”.

To zdarzyło się pod koniec 2010 roku. W styczniu 2011 roku po raz pierwszy zdarzyło mi się doświadczyć tak silnego bombardowania nieokreślonym czymś, jakie uderzyło w mój splot. Oto przez dwadzieścia cztery godziny nie byłam w tanie oddychać z powodu doświadczanego bólu tak w klatce piersiowej jak i głowie, i karku, i pomiędzy łopatkami. Słabo słyszałam o czym ludzie do mnie mówią. Miałam ogromny kłopot z komunikacją.

Do pracy wyruszyłam więc już o czwartej nad ranem. Swoje dziesięć kilometrów przeszłam na piechotę. Nie zapamiętałam mijanych widoków. Nie w pełni rozumiałam co się ze mną dzieje. Ja najzwyczajniej w świecie przez całą drogę płakałam z bólu.

Co legło u podstaw owych „utrudnień”, których przyszło mi doświadczyć? Zwyczajny banał. Zraniłam uczucia – szczególnie silnie DUMĘ – owej pani Przywódczyni. Jej złość przybrała formę przeze mnie odbieraną jako wspomniane ciosy w splot.

Jaki był powód wściekłości tej osoby? A czy po latach nadal ma to znaczenie? Kompletnie nie. Ani ja nie pamiętam sensu tego zdarzenia, ani owa pani. A przynajmniej zgaduję, że tak jest, skoro owa dojrzała dama chwilę wcześniej nawet nie była w stanie sobie przypomnieć dokładnie, w którym roku pierwszy raz nasze ścieżki się przecięły. Co nie zmienia faktu, że niemal przy każdym kolejnym spotkaniu z tą osobą, tak samo „źle” się czułam. Jednym słowem – wiecznie tak samo silnie obrywałam w splot słoneczny.

Gdyby ktoś spytał mnie teraz, dlaczego przez szereg kolejnych lat trzymałam się z dala od określonej grupy społecznej, byłabym w stanie udzielić wreszcie naprawdę sensownej odpowiedzi. Po blisko trzech latach ciężkiej pracy nad własnym sposobem funkcjonowania odnalazłam sens wszystkiego, co mi przez tak długi czas dokuczało.

Siedem lat – szmat czasu. Gdyby Przywódczyni Stada zapytała, dlaczego regularnie dostawała swoje wirtualne kwiaty i tort, usłyszałaby prawdziwie banalną odpowiedź: „Bo przez wszystkie te lata regularnie mi się śniłaś. W tych snach wiecznie słyszałam, że czekasz, że chcesz, aby o Tobie pamiętano, żeby ktoś taki jak ja, kto nie zapomniał i wciąż istnieje, serwował Ci kolejne owacje na stojąco”.

Jeden z największych przełomów w moim życiu miał miejsce ósmego kwietnia 2015 roku. W lutym tamtego roku po długiej przerwie znowu ta sama postać mi się przyśniła. Obraz był z pozoru dziwaczny. Oto brałam udział w maratonie. Biegłam sama, czyli nikt znajomy mi nie towarzyszył. Po chwili jednak zobaczyłam, że tuż obok mnie biegnie owa Przywódczyni wraz ze swoją grupą podopiecznych pań. Uśmiechnęłam się więc i powiedziałam dzień dobry. Szanowna pani jednak udała, że nie słyszy mnie i nie odpowiedziała. Mimo to jednak sunąc obok nie spuszczała mnie z oka. Przyglądała mi się z malującym się na jej twarzy dziwnie silnym skupieniem. Nie było widać w tym spojrzeniu ani złości, ani radości, jedynie skupienie, jakby szukanie odpowiedzi na pytanie znane tylko tej osobie.

A ja, jak to ja, z uśmiechem i pewnego rodzaju radością życia biegłam dalej. Ostatecznie dotarłyśmy do mety. Ja ponownie coś powiedziałam, coś na wzór powitania, ale w ramach odpowiedzi dostałam jedynie sporą dawkę milczenia. Co nie zmienia faktu, że nasze spojrzenia się spotkały.

Tak ów sen się skończył. Pamiętam jednak, że po przebudzeniu autentycznie się wściekłam. Pierwszym, co przyszło mi do głowy, było pytanie: Czego odległy świat znowu ode mnie chce?

W moim życiu zaczynały się wtedy już naprawdę duże zmiany. Oto bowiem równiutko pięć lat od dnia, kiedy postanowiłam wszystko w swojej codzienności zmienić, w mojej głowie dokonywało się pewnego rodzaju albo albo, wóz albo przewóz. Marzec właśnie chylił się ku końcowi. Zainspirowana opisanym snem uznałam, że chętnie stawię czoła Przywódczyni Stada, że chętnie sprawdzę co tam słychać na iście branżowych salonach. A skoro w moim wewnętrznym świecie słowo się rzekło i kobyłka stanęła u płota, wspomnianego ósmego kwietnia wolnym spacerem ruszyłam w stronę warszawskiej Starówki.

Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na mnie zrobiło zachowanie wspomnianej Przywódczyni. Oto przyszło mi zobaczyć zmiany, które dokonały się nie tylko w zachowaniu tej osoby, ale również w jej wyglądzie. Od Przywódczyni aż biło przygnębieniem i frustracją. Takie elementy zwykle bardzo łatwo daje się wychwycić na bazie najdrobniejszych nawet składowych w przybieranej przez daną osobą form ekspresji.

Inny tembr głosu. Brak chęci podkreślania własnych atutów i atrybutów – w przypadku kobiet stylizacja wyglądu – przygnębienie manifestowane lekkim opuszczaniem ramion i ogólna forma ekspresji. W moim pojęciu od tej osoby wiało autentycznym lawirowaniem na granicy depresji wywołanej ogólną nijakością własnego tu i teraz. Takie coś zazwyczaj banalnie daje się podciągnąć pod słowo hasło – pustka – czyli brak miłości i poświęcanej tej osobie uwagi przez kogoś bliskiego. Kiedy taka osoba wraca do wciąż tak samo pustego i mrocznego domu, gdzie nikt na nią nie czeka.

Dla mnie wszystkie z tych elementów wydały się czymś oczywistym. Oczywiście wielką przyjemność sprawiła mi uwaga poświęcona mi przez tę osobę. Fakt, iż padły słowa opisujące moje dokonania w internetowo fejsbukowym świecie również dostarczył mi sporą dawkę satysfakcji. Oto bowiem ktoś, kto zabójczo mi niemal imponował, nie wprost, czyli tzw. kodem słownym, dawał do zrozumienia, że – jak w opisanym śnie – przygląda mi się już od pewnej chwili.

Nie ważne co zadziało się dalej, że Przywódczyni Stada zapytana o własne dokonania zawodowe nie była w stanie wykrztusić z siebie w miarę spójnej odpowiedzi. Ważnym dla mnie się stało, że ta osoba zasługuje na więcej tzw. atencji i zainteresowania serwowanej jej przez świat na poziomie jak najbardziej nie zawodowym.

Po wyjściu na zewnątrz przeszłam kilkanaście kroków i zatrzymałam się. Coś we mnie krzyknęło, ów sławetny pan Podświadomość: „Nie! Ja tego tak nie zostawię! Z tym trzeba coś zrobić. Nie wiem jeszcze co, ale pogonię tego Leniucha do działania. Nie popuszczę szanownej Królowej Śniegu. Nie tym razem”.

Takie coś nazywa się potoczenie upieczeniem dwóch pieczeni przy jednym ogniu. Na swoim własnym podświadomym poziomie zyskałam pewnego rodzaju wirtualny bodziec zewnętrzny, a na poziomie zewnętrznym mogłam pomóc komuś dawniej w pewnym sensie mi bliskiemu. Jak postanowiłam, tak uczyniłam. Naprawdę dużą przyjemność sprawiło mi obserwowanie coraz większej radości malującej się na twarzy pani Przywódczyni Stada. Dawny klimat działań tej osoby zaczął wracać na swoje dawne miejsce. Z czasem jednak stawało się również jasne, że moja obecność w tym świecie przestaje być już potrzebna.

Przyznać muszę, że nasza wspólna zabawa trwała chyba odrobinę zbyt długo. Ufam jednak, że nareszcie w pełni jasnym się stało dlaczego przez cały czas w dziwnie gwałtowny sposób uciekałam przed wejściem w bliższą relację w panią Przywódczynią. Słowo hasło znane wielu już od dawien dawna to – splot słoneczny – energia bombardująca mój czakram serca od dawna stanowiła wspomniany powód. Co więcej ów ból wiąż przekracza poziom mojej wytrzymałości, dlatego na deskach sali gimnastycznej bodaj nigdy już nie stanę.

Przez blisko trzydzieści sześć miesięcy udało mi się jednak nie tylko uzyskać odpowiedź na pytanie, co ów ból symbolizuje, jak również ukształtować swój własny sposób radzenia sobie z tym „problemem”. Kolejne znajomości również generują mi tego rodzaju „atrakcje”, ale zazwyczaj łączy się to już z możliwością w pełni świadomego nawiązywania relacji tak przyjacielskich jak i sąsiedzkich, bądź zawodowych.

Utworzyłam swój własny sposób bagatelizowania owych odczuć. Pastylki przeciwbólowe czasami potrafią zdziałać cuda. Bycie bombardowaną przez kobiece fajerwerki podekscytowania również pomagają mi czasami upewnić się, z kim w danym momencie mam styczność. Kontakt z ludźmi przestaje już stanowić przesadnie silny problem. Lęki bodaj odeszły na dobre. Powoli, ale jednak konsekwentnie, uczę się nowej samej siebie. A moje sny od pewnego czasu dotyczą już innych spraw, nie występuje w nich wiecznie ta sama aktorka, która zapewne chwilę wcześniej złożyła wymówienie. I oby ów sławetny uśmiech po wsze czasy już gościł na sławetnym nadobnym licu. Czego nam obu życzę.

______________________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

______________________________________________

______________________________________________

______________________________

______________________________

Zabawne uczucie. Takie odrobinę… dziwne. Coś pomiędzy zakłopotaniem a magią chwili. Zapewne owo „coś”, ów urok chwili, nieprzyjemnie szybko minie. Bawmy się więc. Niech muzyka zagra w tle, niech szampan wystrzeli. Nowy Rok tuż tuż. Kto wie, co przyniesie przyszłość. Kto wie… Bo na pewno nie ja wiem. Wróżki same sobie nie wróżą, bo zwykle się wtedy bardzo mylą, więc taka zabawa nie miałaby sensu.

Biję się w piersi. Głos mi odebrało z wrażenia. Poprzedniej nocy przez naprawdę długą chwilę nie wiedziałam, jak powinnam zinterpretować sens zaistniałego zdarzenia, tzw. co poetka miała na myśli, kiedy pisała wiersz. I nadal pozostaję w tym stanie, owego oszołomienia. Nawet pokonanie blisko dziesięciokilometrowego dystansu w niczym mi nie pomogło. Jeden wielki bezdech. Tylko tyle mogę powiedzieć. I nawet nie chce mi się tłumaczyć, co dokładnie mam na myśli. Niech sobie szanowne czytelniczki resztę dopowiedzą same. Niech pogrzebią na Internecie, niech polampią się na facebook’a.

To już nie jest pat. Oto ruszyła (z impetem w głąb) zupełnie nowa rozgrywka, a jednocześnie od razu się skończyła. Niby szachy powróciły na szachownicę. Niby atmosfera podekscytowania zaczęła narastać w mojej operze mydlanej ciągnącej się już od trzydziestu dwóch miesięcy. Aż tu nagle skrajny niemal zwrot akcji. Młodzi skwitowaliby to mianem – szacun. Tego się nie spodziewałam, tak dalece posuniętej niespodzianki. Czuję się położona na obie łopatki. To najzwyklejszy szach mat i to zanim jeszcze udało mi się wybrać czy czarne, czy białe pionki.

_______________________________

_______________________________

 

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

_________________________________________________

_________________________________________________

_________________

– Dziś Mikołajki – Gabi jeszcze w wejściu wręcza mi do ręki ozdobną papierową torebkę pełną kolorowych pudełeczek – masz. To ode mnie. – Uśmiecha się.

– Ojej, zapomniałam. Nie mam ci nic innego poza cappuccino do zaoferowania. – Marszczę brwi w wyrazie zakłopotania.

– Już mi dałaś kalendarz, pamiętasz? – Gabi uśmiecha się zdejmując buty. – Gdzie są moje kapcie? – pyta jakby odruchowo. – A! Tak. W szafce.

– Przemyślałam sprawę – wtrącam nie czekając aż skończy grzebać pomiędzy butami. – Trochę mną szarpało, ale osiągnęłam… – aktorsko odchrząkuję – konsensus i podjęłam decyzję co dalej.

Gabi uśmiecha się wstając z kucek. Zakłada kapcie. – No! Dawaj! Zaskocz mnie. – Mówi sięgając po swoją olbrzymią torbę i rusza w stronę kuchni.

– Okej. W pewnym sensie pierwszą turę przegrałam. Fakt. Przywalono mi w splot bez ostrzeżenia. Miałaś rację. Powiedziałaś, że tak będzie, że oczywistość sytuacji totalnie mnie zaskoczy. Szacun dla ciebie. – Paplam idąc w ślad za Gabi. Obie siadamy przy wielkim kuchennym stole. Gabi na góralskiej ławce, a ja na krześle. Jedna naprzeciwko drugiej. – Cholera! – Wtrącam imitując zakłopotanie. – Zapomniałam o kawie. Dobra, to najpierw zaparzę to cholerne cappuccino, a potem ci opowiem, na co się zdecydowałam.

– Albo jedno i drugie – Gabi wtrąca cierpliwym tonem.

– Nie, nie, nie. – Nerwowo kręcę głową. – Najpierw ty mi opowiedz, jak ci poszło w ramach rozmów na temat przeniesienia do innej stajni twojego ukochanego rumaka zwanego Wakero. Jak Koza na to, że zakańczasz współpracę z jej… stajnią.

– No dobra… – Gabi zaczyna opowiadać.

Ja uruchamiam mój ukochany ekspres Nespresso, a ona ciągnie swoją opowieść. Jest o kłótni z panią koleżanką od koni. Jest o Gabi ukochanym koniu. Jest o studentce uganiającej się za Gabi, o Gabi doktoracie, który bodaj lada dzień przyjdzie jej bronić. Na koniec pada nieśmiertelne – ale postawisz mi na to karty? – po którym obie wybuchamy śmiechem.

– Dobra, a teraz ty – Gabi ostatecznie tłumi nasz rechot. Bierze ode mnie wielki kubek pełen kawy i dolewając do niego mleka miesza aromatyczną zawartość.

– Nie trułam ci po nocy, bo… – waham się chwilę – tak bardzo się przyzwyczaiłam do dziwnych zwrotów akcji w tej pogrywie szachowej, że najpierw poszłam spać, a dopiero potem, czyli rano, zaczęłam się martwić. Na spokojnie wyraziłam własne zdziwienie. Zabawiłam się w poetykę pełną sugestii dotyczącej zbanowania mnie i tu i tam. – Gabi słysząc to uśmiecha się. Nic nie mówi. Po prostu miesza kawę. – I wiesz co… – w charakterystyczny dla siebie sposób robię aktorską przerwę. Gabi jednak wciąż uśmiecha się i nadal milczy. – Dalej nic już nie zrobię. Nie chce mi się. Od października właściwie tylko praca mi w głowie. Z różnych powodów – uśmiecham się unosząc jedną brew i sugerując w ten sposób nieokreśloną dwuznaczność. – Dlatego zawiesiłam pisanie. Autentycznie znudziło mi się. Szczególnie, że… – wzruszam ramionami na znak bezradności – do niczego to już nie prowadziło. Własne problemy chyba na dobre rozwiązałam. Spłaciłam stare rachunki. Wiele z tekstów powołałam do życia adresując je tak naprawdę do Jestera.

On nigdy nie potrafił ze mną rozmawiać, więc tylko tą drogą mógł się dowiedzieć, jakie były prawdziwe powody naszego rozstania. O tym, że jego żona nigdy nie była stuknięta, a jedynie bardzo skryta. Od wieków mało kto mnie podejrzewał, że pod przykrywką skrajnego ekshibicjonizmu potrafię aż tak wiele ukryć. Udawać radosną i wyluzowaną, choć od prawie szesnastu lat to jest nieprawda.

– Otóż to – Gabi kiwa głową. – Tego ty i twoja mama mnie nauczyłyście. Ściemniania.

– Perfekcyjne kłamstwo, tak ten skill bywa nazywany. Ostra ściema. Specjalność naszej babci. – Obie z Gabi wzdychamy.

– Coś postanowiłaś? Coś nowego?

– Tak – przytakuję niemal odruchowo. – Pójdę tropem Pana Intuicji i jego pomagiera Tarota. Zacznę przygotowywać materiały i informacje związane z założeniem wydawnictwa. To w sumie dobry pomysł. Najpierw jeden temat, na którym być może da się zarobić. A potem ten właściwy i najważniejszy, który z mordobiciem kompletnie nic nie ma wspólnego. Kompletnie… – robię spektakularną przerwę – nic! – dodaję z naciskiem – nie ma wspólnego. Co prawda… – wzdycham – sławetne śniło mi się nie do końca może mi w tym pomóc. Bo, owszem, w jednym z obrazów było, że puszczam w eter prawdę o kobietach i na tym właśnie buduję własną sławę oraz tzw. przychód, ale… nie zostało mi pokazane konkretnie co będę robić. Pamiętam jak przez mgłę, że miał mi w tym pomóc facet, którego w danej, czyli tamtej, chwili jeszcze nie znałam, że mało kto mnie jako mnie będzie znał, ale…

– Wiem – Gabi wzdycha. – Pamiętam. – Patrzy na mnie przyjmując pozę zmęczenia. – Nie wiesz co dalej i chcesz, żebym to dla ciebie sprawdziła. Tak?

W ramach odpowiedzi jedynie kiwam głową.

– Dobra – Gabi sięga w stronę własnej torby zwanej torebką i wyjmuje z niej karty. – Jesteśmy nałogowo uzależnione, wiesz o tym? – patrzy na mnie jakby spode łba i porusza szybko brwiami sugerując złośliwość.

– Tak. Wiem. – Również kiwam głową. – Dobra mów co ci wychodzi.

Przez naprawdę długą chwilę debatujemy nad moimi planami na przyszłość. Trochę podpierając się kartami, a trochę, czy nawet więcej niż dużo, po prostu dzieląc się własnymi refleksjami i przypuszczeniami. Czyli jak młodzi mawiają – czachy nam parują od natłoku pomysłów i przypuszczeń.

– Zmiana nazwy domeny ma więc sens? – pytam ostatecznie.

– Chyba tak – Gabi odpowiada nie do końca pewnym głosem.

– I popatrz, dziś równo minęły dwa lata od czasu, kiedy dziewczyny założyły Studio Ruchu. Bite dwa lata. Kawał czasu. – Uśmiecham się odrobinę smutno. – Bez szefowej nigdy nie dotarłabym do punktu, w którym teraz się znajduję. Ostry sentyment mnie dzisiaj dopadł.

– Śniła ci się? – Gabi pyta niemal odruchowo.

– Raz. Dawno temu. – Kiwam głową. – Krótki obraz, że świeci słońce, że siedzimy razem i że ona z uśmiechem trzyma fajansowy dzbanek w ręku i do kubka nalewa mi herbaty. Nic ponadto. Pełna swoboda i brak dziwacznych emocji.

– A wiesz co u niej?

– Nie. – Odpowiadam stanowczo. – I nie planuję pytać. Głównie dlatego, że wciąż nie dokończyłam opowiadania, które postanowiłam napisać dla niej na urodziny. Podobnie jak kilka innych opowiadań. Zero tortu. Zero arabów. Zero uczelnianego tête-à-tête. Nie ważne zresztą. – Scenicznie wzruszam ramionami. – Chcę w swojej obecnej pracy powalczyć o lepsze jutro nas wszystkich, a dopiero potem rozpocząć produkcję Harlequinów.

Chwilowo praca u podstaw wygrywa. Przystojny pan dyrektor śnił mi się ostatnio… – szybko poruszam brwiami imitując sugestię własnych knowań. – Pojawia się niebezpieczeństwo, że ten blog lada dzień zacznie mi przeszkadzać w banalnej codzienności. Wiesz… na złodzieju czapka gore. Dlatego miejsce na dysku pozostawię, ale nazwę domeny chyba na dobre jednak zmienię. I jak pozostałych blogów, tak i tego też, nie będę reklamować. Poprzestanę na marketingu szeptanym.

– Już wszystko napisałaś, co napisane być miało? – Gabi bardziej kwituje, niż zadaje pytanie.

– No Gabi… taka jest prawda. Stare rachunki pospłacałam. Kto się miał dowiedzieć, jak wielkie błędy co do mnie popełnił, to się dowiedział. Kto miał usłyszeć przepraszam, usłyszał. Komu chciałam powiedzieć, że jeśli laska w urzędzie stanu cywilnego powiedziała ostateczne tak, to musi znaczyć, że naprawdę kocha i obiekt swych westchnień akceptuje z całą dobrocią inwentarza. Amen.

W kontekście lat minionych nic ciekawego do powiedzenia już nie mam. Tylko nowości mi w głowie. Niektóre z tych najnowszych nowości zdają się coraz silniej odciągać mnie od spraw minionych. Te nowości dość aktywne są w swoim działaniu – zaczynam się śmiać a Gabi wraz ze mną. – Nie mam pojęcia co musiałoby się zdarzyć, żeby przeszłość jeszcze raz zdołała mnie usidlić. Nie wiem. Brak mi pomysłu. Cokolwiek się zdarzy, poczuję się tym naprawdę silnie zaskoczona.

– Bo się już niczego nie spodziewasz? – Gabi niemal odruchowo pyta.

– Rozmawiałyśmy o tym setki razy, Gabi. Odwrócona Kapłanka to odwrócona Kapłanka. Zero intuicji. Kompletny rosyjski nol, czyli nul. Cokolwiek miałoby się zadziać absolutnie mnie zaskoczy, bo według mnie druga strona barykady tego nie planuje. Amen. Znaczy… nul – krzywię usta jedynie imitując uśmiech – jak amen w pacierzu.

– Chodzi ci o pracę?

– Nie. Nie o pracę. W pracy ciągle się coś zmienia, bo interes się dopiero rozkręca. Kolejni ludzie odchodzą lub wylatują. U nas szefowa wywaliła już trzy osoby. Kolejne głowy mogą polecieć lada dzień. Podobno zgodnie ze swoją październikową zapowiedzią na razie wszystkim się przygląda, więc ostateczne decyzje co do angażu podejmie w styczniu. Dziewczyny mi powiedziały, że tak im zapowiedziała jeszcze w październiku.

– I słusznie – Gabi kiwa głową.

– Też tak sądzę. Ale powiem ci, że robi się u nas tak trochę… nerwowo. To dla mnie nowość. W starej siedzibie jedynie ludzie dokuczali sobie nawzajem, ale mało kto się bał zwolnienia. Tutaj jest kompletnie inaczej. I głównie widok czegoś takiego mnie teraz fascynuje i pochłania. Kręci. Gigantyczne dawki adrenaliny mocno mnie napędzają do działania. No po prostu…

Gabol… to taka nowość dla mnie, że totalnie wietrzeje mi z głowy zabawa w literackie pierdy. Mam wrażenie, że własny warsztat i tzw. pracę nad stylem mam już za sobą. Znudziła mnie już fikcja literacka. Bo to przybrało już formę mielenia w kółko i na okrągło o tym samym. Nic tylko odgrzewane kotlety. Po kilkumiesięcznej przerwie w nadawaniu wiem, że całkiem dobrze mi się żyje bez Katarzyny Stolarskiej Pe eL. Czyli, jak to ja, właśnie zaczynam zmieniać nałóg.

– Na jaki… – Gabi zaczyna się uśmiechać w nie swój sposób.

– Ty… – mruczę kiwając palcem wskazującym – nie drażnij się ze mną. Dołeczki w policzkach niech sobie nadal żyją w ciszy i spokoju. Nie drażnij tygrysa, póki nie musisz.

Obie uśmiechamy się.

– Boisz się, co? – Gabi złośliwie pyta. – Nadal?

– Odwal się. – Mruczę imitując rozdrażnienie. Po chwili jednak z uśmiechem dodaję – a żebyś wiedziała. Dlatego dokładnie tak, jak ci wyszło w kartach, albo zostanę położona na łopatki totalnie z zaskoczenia, albo tyle mnie widzieli na jakichkolwiek salonach. Ot, praca u podstaw bywa dużo łatwiejsza. Tam ludzi powoli i w sposób ciągły poznajesz. Dzień za dniem ludzie zaczynają mówić o sobie coraz więcej. To się nazywa budowanie zdrowych relacji interpersonalnych.

Jeśli ktokolwiek chciałby wejść do mojego życia, musiałby się najpierw nauczyć właśnie tego rodzaju rytmiczności. Jak w opowieści o Małym Księciu. Relację buduje się z czasem. Każdego dnia siada się nieco bliżej… Ale kiedy się tę bliskość już wybuduje, trzeba pamiętać, że po kres swych dni się pozostaje odpowiedzialnym za to i za tych, których się oswoiło.

Tak postąpiłam z pierwszym mężem. Dzięki naszemu synowi musieliśmy się przez wszystkie te lata kontaktować, widywać się, nadal podlewać wspólną różę. Z drugim mężem w pewnym sensie obecnie postępuję nieco podobnie, ale nie tylko za sprawą syna, ale też przy użyciu bloga.

Już raz tak postąpiłam. To dość wierny czytelnik. Choć tak naprawdę to nie mnie jest wierny, a własnej potrzebie poznawania samego siebie. Dzięki mojej grafomanii zyskuje szansę na przyjrzenie się samemu sobie z pewnego dystansu. Dowiaduje się na ten przykład, jak inni mogą go postrzegać i że tak naprawdę niepotrzebnie tkwi zakopany po uszy w swoich kompleksach. Nikt z nas nie jest idealny. Nie ma więc sensu wieczne użalanie się nad sobą i powtarzanie, że lepiej życie przeczekać, niż po prostu kupić farbę i samemu przemalować ściany w całym mieszkaniu. Nie ważne jak nam to wyjdzie, grunt, że był fan i że się nie nudziliśmy.

Podobnie z miłymi czytelniczkami, sztuk jeden, moich imiennych wywodów. Przez blisko trzy lata w pełni świadomie pracowałam nad pokazaniem tej osobie, że sukcesami zawodowymi nie da się zawoalować ani wymazać z głowy własnych rozterek. Póki walczy się o sukces, jest szansa na ucieczkę od lęku przed niekoniecznie lepszym jutrem, czyli samotnością. Ale kiedy się już ów sukces zawodowy osiągnie, kiedy zabawa w walkę o lepszy byt traci na znaczeniu, wtedy staje się jasnym to, że codziennie wracanie do pustego domu lub nawet i zasiedlonego, ale przez osobę, która nie w pełni rozumie o czym się do niej mówi, nie sprawia przyjemności.

Przepowiedziałaś mi to już dwa lata temu, że ja będę bawić się po swojemu, że będę uczyć się czegoś nowego, że będzie mnie kręcić wszystko, czymkolwiek się zajmę. A osoba żyjąca po drugiej stronie szklanego muru będzie niczym tarotowy Cesarz siedzieć na swoim wielkim tronie à la ten z filmu Gra o Tron i rozkminiać co miałam na myśli, kiedy przelewałam na papier własną licentia poetica.

Twoja przepowiednia przeszła z poziomu domniemanej fikcji na poziom faktów dokonanych.

Czystej krwi Barany, osoby urodzone w tej fazie zodiakalnej, już tak mają. Bardzo długo wam zajmuje załapanie, że ktoś rzeczywiście zwraca na was uwagę, że komplementy kieruje do was, a nie do kogoś innego, że jeśli żartuje z różowych ninja, to nie w kontekście chęci dokuczenia wam, ale raczej potwierdzenia słuszności waszego własnego poczucia humoru.

Baranice to jednak naprawdę ciężki materiał do przepracowania. Jesteście pełne nieokiełznanych emocji, które bardzo szybko gasną, po których to emocjach pozostaje zaledwie popiół, z czego często niewiele wynika. I mam tu na myśli wasze życie osobiste, bo na poziomie zawodowym niemal każda z was okazuje się zabójczo skuteczną perfekcjonistką. No po prostu… jeden wielki szacun. – Uśmiecham się do Gabi. – Chyba się ze mną zgodzisz? – pytam unosząc brwi.

– W całej rozciągłości i nawet po przekątnej – Gabi dodaje w uśmiechem podobnym do mojego.

– Dlatego, Gabi, nie chce mi się już pisać imiennie lub bezimiennie do kogokolwiek o czymkolwiek. A zamieszczenie na tej stronie tego, o czym chciałabym tak naprawdę pisać, nie byłoby przesadnie rozsądnym rozwiązaniem. Lepiej nie kusić złego.

– Czyli… – Gabi marszczy brwi.

– Towar, który chciałabym zaoferować na rynku księgarskim, nie należy do łatwo dostępnych. I kompletnie nie mam tu na myśli owego Wschodniego Wiatru, czyli reedycji podręczników takich bądź innych dotyczących kultury dalekowschodniej. Tu chodzi o coś dużo bardziej chodliwego. Coś…

– Dobra, łapię. – Gabi wchodzi mi w słowo marszcząc przy tym nos, jakby poruszany temat nie mieścił się w przedziale czegoś przez nią mile widzianego. Jakby zaczynał balansować na granicy tzw. tabu. – I jak nazwiesz nową stronę?

– Tak jak zaplanowałam nazwać wydawnictwo. I pseudonim autorski też zachowam ten sam. Także pisywać na blogu chyba będę coraz rzadziej. Nie odczuwam potrzeby, aby tą drogą, czyli przy użyciu tego narzędzia, szukać kontaktu z kimkolwiek. Wolę świat realny. Wolę prawdziwy dialog zamiast tego wirtualnego. Teatr jednego aktora dobiega właśnie końca. Chętnych do udziału w mojej zabawie brakuje, bo nikt poza tobą się nie zgłosił. Publiczność milczy niczym zaklęta. Styknie więc. I niech tak pozostanie.

– Na pewno?

– Nigdy nie mów na pewno i nigdy nie mów nigdy. – Uśmiecham się. – Mój numer telefonu jest widoczny bodaj na każdym z moich fanpage’y. Jeśli ktoś czegoś ode mnie będzie chciał to zapraszam. Co prawda połączeń z numerami, których nie znam, nie odbieram, ale zawsze można na wstępie wysłać smsa i zawrzeć w nim pytanie, czy będę mogła o danej porze rozmawiać. Tyle. Czy w twoim pojęciu takie rozwiązanie jest dobre? Jest proste i oczywiste? I cywilizowane? Oraz dyplomatyczne? Bo według mnie tym właśnie jest. To nazywa się dorosłość. Dojrzałość. Takie zachowanie równa się z prawdziwą odwagą. Tą wewnętrzną. Istnieje też poczta internetowa zwana mailingiem.

– Oczywista oczywistość. – Gabi uśmiecha się. – To co… chcesz, żebym ci dzisiaj położyła farbę na włosy? – płynnie zmienia temat.

– Poproszę – odpowiadam przychylając się do jej sugestii. Czuję po kościach, że oto nadszedł czas, aby zmienić temat.

________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

______________________________

Następny rozdział