Tupeciara

Siedzi się nad jednym, a dopada człowieka kompletnie coś innego. To stara dobra prawda. Chciałam zaledwie opracować kilka wstawek, by w efekcie wygrzebać na sieci całą masę diamencików i perełek. Ech ten pan Bruce Lee i jego mało europejska życiowa mądrość.

Przez cały dzień uczyłam się najprzeróżniejszych rzeczy. Dlatego prasując oglądałam rosyjską telewizję. Dziwny film tam emitowali. Potem porządkowałam własne zwalisko świeżego prania. Ostatecznie usiadłam przy komputerze, żeby odhaczyć kilka maili i zamieścić przygotowane posty. Na szczęście Facebook oferuje wygodne narzędzia służące np. do przygotowywania wpisów z datą przyszłą.

Ślęcząc nad klawiaturą komputera i walcząc z Photoshopem gdzieś tam w tle pozwalałam własnym myślom płynąć ku wirtualnym krainom. Dzwonek telefonu przywołał mnie do porządku. Gabol nagle przypomniała sobie o warszawskiej kuzyneczce. Wciąż młoda dama, jak zwykle w wojażach śmigająca pomiędzy pociągami, postanowiła zadzwonić, by opowiedzieć mi swój sen.

Przesadnie długo nie rozmawiałyśmy. Było tylko trochę o predykcji i niewielka odrobina przypuszczeń. Nic fascynującego. Nasz własny rodzinny banał. Ale po odłożeniu telefonu na bok zapragnęłam spojrzeć własnej przeszłości głęboko w oczy. Co prawda niezbyt odległej przeszłości, ale jednak sprawom minionym. Zatęskniłam nie do końca pewna za czym.

YouTube nie dawał mi przez cały dzień spokoju. Obrywałam anonsami, że moi ulubieńcy i ulubienice zamieszczają nowe filmy i filmiki, więc ostatecznie odpaliłam ten kanał. Zainspirowana dziwaczną tęsknotą uruchomiłam dawno niewidziany filmik. Znajomy głos zaczął płynąć. W tej samej chwili zagościł na mojej twarzy delikatny uśmiech.

Ja się naprawdę zmieniłam. Słuchałam i bardzo wolno pozwalałam, żeby do mojej świadomości zaczynało docierać z jakiego powodu. Określenie balon asertywności stało się ostateczną eureką. Tak, to na tym owa zmiana polega. Dokładnie na tym. Co prawda mężami po szafach rzucać nigdy nie musiałam… niemniej jednak… Takie podsumowanie zakończyło moje gdybania.

Podobno ludzie pozostający ze sobą w stałej relacji z czasem zaczynają się do siebie upodabniać. Najbardziej udane małżeństwa to te, kiedy mąż i żona wyglądają nieco podobnie. I niekoniecznie ma to związek z ich stylem ubioru lub uczesania, ale raczej z formą ekspresji oraz upodobań. Oni oboje nie zawsze w pełni zdają sobie z tego sprawę, ale ich bliscy, czy nawet nowo poznawane osoby dość łatwo wychwytują owo podobieństwo.

Wyłączając YouTube’a uśmiechnęłam się. Zabawnym wydał mi się fakt, że w obecnej pracy nikt nigdy nie poznał mnie pod starym nazwiskiem. Tam od zawsze byłam ta Stolarska, a nie jakaś tam Słodkowska, czy inna Gawełda. Po prostu Stolarska. Co prawda nazwisko na dobre zmieniłam już pracując w nowym miejscu, ale i tak wszyscy kojarzyli mnie tam tylko pod jednym nazwiskiem. Podobnie było z wyglądem. Odrobinę inna niż dawniej fryzura. Poprawiona sylwetka. Różny niż dawniej ubiór. Ot, usportowiona niunia i tyle.

Tylko starzy znajomi mogliby wychwycić rewolucję, jakiej doświadczyłam na przestrzeni trzech lat, ale nie mam już z nimi zbyt częstego kontaktu. Jedni porozjeżdżali się po świecie, inni dużo pracują lub balują nie na tych salonach, na których ja bywam. I choć Internet istnieje i tak nie zawsze i nie we wszystkim pomaga, np. w kontekście budowania bliskości z tzw. czynnikiem ludzkim. Z tym cyberprzestrzeń sobie nie radzi.

Ktokolwiek teraz chciałby wejść do mojego życia i swoją obecnością wypełnić moją codzienność, będzie mógł poznać zaledwie i aż tylko nową mnie. Tę, która co prawda nie musiała nigdy wrzucać męża do szafy, ale za to, która coraz rzadziej miewa kłopot z inicjowaniem rozmów z panem dyrektorem lub bagatelizowaniem pokrzykiwań własnej zwierzchniczki; mną, która częściej niż dawniej prowokuje cudze zainteresowanie sobą, czy czasami nawet podziw.

Śmiech to zdrowie. Tak głosi prastare porzekadło. Ja osobiście postrzegam je jako moje własne życiowe motto. Dlatego słysząc owo magiczne sformułowanie balon asertywności zaczęłam mimo woli rechotać. Pan Eureka wraz ze mną w swym rozradowaniu trzymał się za brzuch. „Czy pan wie, kto ja jestem?” – wciąż te same słowa dudniły mi w głowie. Uroczy cytat ze starego polskiego filmu. – „Żoną dyrektora”.

Gdybym chciała sparafrazować ów cytat, w pewnym sensie przełożyć go na własny język wewnętrzny, zabrzmiałby on chyba tak: „Czy pan wie kto ja jestem? Złośnicą, której od trzech lat wybaczane było naprawdę wiele, i nie zawaham się swoich koneksji użyć, jeśli mnie pan do tego zmusi”.

Urocze nieprawdaż? Ciężka praca – niemal w kamieniołomach – nad własną transformacją wewnętrzną, ale za to jaka radość na koniec. Oczywiście nadal nie posiadam kompletnie żadnych zdolności przywódczych, zaledwie Stańczyk ze mnie, kąśliwa błazenada to moja specjalność, ale poczucie własnej wartości już silnie podreperowałam zatracając przy tym umiejętność tzw. ściemniania.

Ta sama choć nie taka sama. Jedyne co mi więc pozostaje, to wykrztusić z siebie nieśmiertelne dziękuję.

__________________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner

________________________________________

Content not available.
Please allow cookies by clicking Accept on the banner