Blondynka w ramionach Bruneta

znak_drogowy_C-4Symbole. Uwielbiam to słowo, bo tak naprawdę daje się ponaciągać, poprzeginać i wcisnąć dokładnie wszędzie. Oczywiście w ogólnym rozumieniu symbol to wskazówka. Dajmy na to strzałka skierowana w lewo na drodze stanowi nakaz skrętu w lewo. Pozostałe służą więc temu samemu, pokazaniu kierunku. Kółko to zwykle symbol spod znaku „tylko dla kobiet” lub „kobiece”. Tu wytłumaczenie z założenia ma być oczywiste. Kształt kobiecego ciała. Miękki i krągły. Szczególnie w przypadku kobiet w ciąży, czyli symbolu macierzyństwa. Mężczyźni jako symbol siły i tego, co twarde obrazowani sią symbolem tego, co kanciaste i groźne, trójkąta.

Podobnie bywa z kolorami. Czerwień parzy, bo to kolor żaru. Żółty to ciepło, bo kolor słońca. Biel to chłód, bo kolor śniegu. Czerń to forma przepastności, bo noc i pustka bez dna. Zieleń to życie, bo kolor liści. Błękit to coś odległego lub nieprzeniknionego, czyli niebo i woda.

Oczywiście każdy mógłby się tu czepić wielu z podanych przykładów lub użytych odniesień. I na tym właśnie polega moc symbolu. Bywa on głęboki i szeroki, jak przysłowiowe morze. „Może pójdziemy jutro do kina… Może… Morze to jest głębokie i szerokie”. Tak brzmi stare dobre polskie powiedzenie.

Czarny_i_bialyAle co kraj to obyczaj. Dlatego ten sam obraz stanowiący określony symbol w danym miejscu świata, w innym może zostać zupełnie inaczej odebrany. Za przykład od razu może posłużyć kolor biały. W Europie to symbol czystości, świeżości i niewinności. Stąd białe suknie ślubne, wyprawki do chrztu i komunii świętej. Natomiast ta sama barwa na Wschodzie bywa postrzegana jako symbol żalu po stracie. Biel stanowi strój charakterystyczny dla uczestników pogrzebów. Za to w Afryce bywa postrzegany za symbol demonów.

Czy istnieją jednak symbole wspólne dla wszystkich? Oczywiście, że tak. Woda to życie. Ogień to ciepło. Jak również własne przeciwieństwo. Woda to śmierć, bo może pochłonąć, a ogień spalić.

Słowo Archetyp jest czymś podobnym, czy nawet takim samym. To pierwotny wzorzec. Symbol więcej niż starożytny. Obraz w wielu powodów niezwykle trudny, by go opisać w jeden określony sposób.

Ten brak pełnej jednoznaczności można zawsze opisać w dość prosty sposób. Na przykładach.

Wyobraźmy sobie słonia i dwie niewidome osoby. Każda z tych osób staje obok tego ogromnego zwierzaka. Każda od innego końca. Jedna osoba na wyciągnięcie ręki ma trąbę słonia. A druga osoba stoi z rękami przyłożonymi do skóry jego tylnej nogi. I teraz obie osoby proszone są by opisać zwierzę, którego dotykają. Jaki będzie efekt? Łatwo się domyślić. Każda z tych osób opowie o kompletnie czym innym. I choć oba opisy będą dotyczyć dokładnie tego samego słonia, słuchaczom ciężko będzie to wychwycić.

Za podobny przykład może posłużyć gruszka. Ktoś pierwszy raz ma w ręku ten owoc. Widzi go i ma opisać. Brak mu bezpośrednich porównań. Dlatego osoby słuchające nie zrozumieją w pełni, o czym ten ktoś opowiada, dopóki sami nie wezmą tego owocu do ręki, dopóki go nie zobaczą.

Przykłady można byłoby mnożyć, to oczywiste. I tak właśnie bywa z Archetypami. Matka, jak postrzegamy ten symbol? Każdy z nas inaczej, bo z inną mamą lub mamami miewał styczność. Podobnie z kobiecością, męskością, niewinnością i np. wspomnianą już bielą i czernią.

Kolory_podzialBo co człowiek, to różny kalejdoskop barw i kształtów. Każdy każdego opisze w inny sposób. Trochę jak z owym słoniem. Przy wyrażaniu własnej opinii na temat danego Archetypu, np. kobiecości, chyba każdy skupi się atrybutach tej płci. Przy użyciu konkretnego przykładu, jasno określonej osoby, padnie więc, że dana pani jest kobieca lub mało kobieca, czy nawet kompletnie nie kobieca. Na pytanie dlaczego obserwujący tak uważają, zwykle w pierwszej kolejności wymienione zostaną detale, np. opis ubioru, uczesania, sposobu poruszania się, podkreślania, bądź tendencji do ukrywania własnej płciowości przez obserwowaną osobę.

I na tym kwestia archetypu się zamyka. A to z prostego powodu. W zależności od tego co kto lubi, kontekst opisu będzie różny. Tę samą osobę, bądź symbol prawdziwego kobiecego piękna, każdy na swój własny sposób powie odrobinę co innego. Wszystko spod znaku ładna lub brzydka.

To nadal coś na wzór niewidomych i słonia. Tu jednak nie każdy i nie zawsze zdając sobie z tego sprawę, zacznie opisywać samego siebie lubą samą siebie. Mówiąc o kobiecości panie podkreślą, co same uważają za ideał, do którego np. same dążą lub o którym marzą. A mężczyzna uzewnętrzni własne preferencje nie tylko co do damskiej urody. Sam opis bowiem zawierać będzie w sobie elementy tego, co dana osoba lubi, na co zwraca uwagę, czy też do czego przywiązuje wagę, a przed czym ucieka.

W naszej codzienności tak właśnie funkcjonują symbole, owe archetypy. Coś pierwotnego, głęboko w nas schowanego ujawniające się zawsze i wszędzie, ale na różne sposoby. Co ważniejsze jeszcze. Podobnie do kolorów, którym w różnych częściach świata przydawane jest inne znaczenie, nie zawsze wiemy, dlaczego coś kojarzy nam się tak, a nie inaczej. Dlaczego dany kształt, barwa lub wygląd i zachowanie ludzi z określonej grupy, w tym wypadku kobiet, kojarzy nam się tak, a nie inaczej.

W moim pojęciu na swój sposób zabawnym wydają się różnice dzielące europejskie i afrykańskie podejście do kobiecego piękna. Za przykład niech posłużą Etiopczycy. Niemal za każdym razem, kiedy widzi się takiego pana „ożenionego” z Polką, towarzysząca mu pani często jest więcej niż puszysta. Ktoś mógłby spytać – a co mu się w niej podobało, że akurat taką sobie wybrał? Odpowiedź mogłaby niejednego zaskoczyć. Otóż w Afryce bardzo często otyłość kobiety jest kojarzona z dostatkiem, pełnią i prawdziwą kobiecością. Prawdziwa Matka Natura mówiąca panu Etiopczykowi „tak” w Urzędzie Cywilnym.

Stąd zapewne sławetne – są gusta i guściki – tak silnie zakorzeniło się w naszej kulturze.   Europejczyk inaczej od Afrykańczyka kojarzy symbol kobiecego piękna, ale obaj tak samo silnie kojarzą panie w zgodzie z symbolem macierzyństwa, seksualności, miękkości i czułości.

PowiescW sztuce również przybiera to wiele kształtów. I nie rzeźbę mam tu na myśli, czy pracę nad kształtem przy użyciu pędzla lub rysika. Raczej sugeruję intencję twórcy. Wielu przyjmuje założenie, że dane dzieło, niekoniecznie wiekopomne, danej osoby, np. opowiadanie, może dotyczyć tylko i wyłącznie gustu lub upodobań samego autora, czy też autorki. Jednak bardzo często tak nie jest.

Autor powieści detektywistycznych może nagle w jednej ze swoich opowieści w roli mordercy obsadzić, czyli użyć opisu osoby, którą we własnym realnym życiu zna. Czytelnik obcujący z autorem, znający jego osobiste preferencje lub upodobania od razu, niemal odruchowo przyjmie założenie, że taka obsada głównych ról musi mieć jakieś znaczenie. I nie ważne, czy głębokie, czy płytkie. Jakiekolwiek osobiste znaczenie.

Ale czy rzeczywiście interpretator będzie miał rację? Nie do końca.

FB_IMG_1486136297034Nie od razu da się zgadnąć, którą z części słonia autor opisuje i dlaczego właśnie tę, a nie inną. Posłużmy się tu może przykładem. Niech zbrodniczych czynów dokonuje małżeństwo. Blondynka i brunet. Istna Marilyn Monroe i Pierce Brosnan. Ona niewinna platynowa blondynka. On zabójczo przystojny brunet wieczorową porą. Ona wraz z rozwojem wypadków w danym kryminale ujawnia swoje drugie ja, czyli przebiegłość, mściwość i pamiętliwość. On z czasem zaczyna ujawniać swoje cechy sadysty i psychopaty.

I tu powstaje pytanie. Pytanie, które przypuśćmy, że mógłby zadać sobie sąsiad autora. Czyżby to był odnośnik do jego osoby? Tym samym sugestia, że w realnym życiu to on jest złym człowiekiem? Lub człowiekiem o skłonnościach do znęcania się nad innymi?

Pan sąsiad pisarza jest bowiem równie przystojny, co pan Pierce Brosnan. Również ma żonę blondynkę. Co prawda niepodobną do Marilyn Monroe, ale jednak blondynkę i to platynową. Co więcej miał swego czasu bardzo gwałtowną kłótnię autorem powieści, kiedy osoby odwiedzające pana pisarza parkując zrujnowały trawnik przed jego domem.

Ile może być prawdy w domysłach tego właśnie czytelnika? W jakim stopniu jego osoba i jego relacje z autorem mogły się stać inspiracją dla pisarza?

SlonI tu właśnie pojawia się słoń i jego trąba kontra ogon. Pan pisarz może przecież od wielu lat być przyjacielem dublerki Marilyn Monroe i samego Pierce’a Brosnana. Być może wiele z nimi o różnych sprawach rozmawiał lub prowadził wirtualne dyskusje, dzięki czemu wyrobił sobie zdanie na im znajome tematy. Do tego autor może odczuwać nie tyle przyjemność w tworzeniu negatywnych alter ego innych ludzi, ale po prostu lubi w rolę złoczyńców wcielać dobrych aktorów. Po prostu wymyślając fabułę swojej przyszłej powieści postrzega ją jako film. Obrazy płyną jeden za drugim.

Symbole stają się więc pewnego rodzaju gliną. Nagle w jego książce Marilyn Monroe postanawia zmienić kolor włosów, bo przesadny blond przez lata nie tylko w jej pojęciu zdewaluował się, czyli stał się dużo mniej modny, to jeszcze włosy zaczęły się kruszyć i źle układać pod wpływem zniszczenia przez nieustanne utlenianie. I tak piękna fryzura przypisywana sławetnej seksbombie przestaje się sprawdzać. Dlatego książkowa postać uciekając przed komisarzem prawie Rexem wraca do swojego naturalnego ciemnego blond.

A pan Pierce Brosnan w prywatnej rozmowie z autorem opowiada o własnej kłótni z producentami ostatniego filmu. Zapytany, czy zgodziłby się zagrać rolę takiego seryjnego mordercy, który eliminuje obu panów, jak najbardziej przytakuje.

I tak rodzi się znikąd detektywistyczna historia. Para aktorska przyjmuje propozycję użyczenia własnego wizerunku i na tym koniec. Jednym słowem – podobieństwo z sąsiadem przypadkowe. Ale czy aby na pewno całkowicie?

FB_IMG_1477838011799Każda platynowa blondynka, w tym żona pana sąsiada, miałaby pełne prawo pomyśleć, że autor w swojej powieści wyraził własne zdanie na temat tego typu „uszczerbków na jej urodzie”. Do tego pan sąsiad autora dostałby w prezencie możliwość zobaczenia samego siebie od zewnątrz. Jak naprawdę wygląda, kiedy wrzeszczy na całe gardło, że nędzny pisarzyna jeszcze go popamięta, jeśli goście pisarzyny nie przestaną parkować pod jego domem.

Tak, czy inaczej jednak określone motto i intencja autora istnieją. Komu innemu bowiem, niż sąsiad i jego żona, oddawany jest hołd za doskonałe niemal aktorstwo.

Dodatkowo też uniwersalność przekazu musi być zachowana. Dlatego każda blondynka powinna móc odnaleźć kawałek siebie w danej opowieści. Każdy brunet chciałby się dowiedzieć, że kobiety widzą w nim drugie oblicze Pierce’a Brosnana. Dlatego porównując każdą powieść, nowelę, czy etiudę do listu, można byłoby to opisać tak. Licentia poetica. Marlin Monroe w książce nagle mogłaby się stać ruda niczym lis i wysoka na miarę sekwoi. Pierce Brosnan niespodziewanie zmalałby do poziomu Ala Pacino o włosach nie tyle szpakowatych, co wręcz śnieżnobiałych.

Pogmatwane, prawda? No właśnie. Dlatego nie warto analizować co poeta miał na myśli, kiedy pisał wiersz. A w tym przypadku, którzy ze znanych pisarzowi odtwórców wielu ról stałi się dla niego inspiracją. Nie ma sensu dąsanie się o to, że: „Przecież to nie ja się za tobą uganiałam, tylko było odwrotnie. Dlaczego ona wypisuje takie bzdury? I nie mam rudych włosów, i nie jestem wysoka”. A druga strona mogłaby dodać jeszcze: „Ja tak nie wyglądam. Mam czarne, a nie siwe włosy. W ogóle też wzrost nie ten. No niby mówię czasami takie rzeczy, ale nie dokładnie w taki sposób”.

MMTo jest właśnie uniwersalność. Masa blondynek mogłaby teraz pomyśleć – pewnie to do mnie była wycieczka a propos spalonego blond koloru. Wiem, włosy przestały mi się układać. Jeszcze nie wiem, co z tym zrobić. Ale pewnie rzeczywiście ściemnię, żeby odpoczęły i odrosły zdrowsze”. Takie skojarzenia można by mnożyć.

Symbole. Właśnie na czymś podobnym opiera się ich działanie. Archetypy. Rysunek danych przekazów podświadomych tworzony na wiele sposobów. Całe morze, istny ocean możliwości twórczych. Cała gama kolorów, gdzie tylko od autora zależy, po które z nich sięgnie.