Nie młoda, ale wciąż uciekająca

uciekajaca_panna_mlodaSabat czarownic. Tak właśnie od dawien dawna u mnie w rodzinie nazywało się babskie plotkarskie zloty. Panie zasiadały wokół niekoniecznie okrągłego stołu. Popijały kawkę, herbatkę, likiery takie, czy inne – głównie ajerkoniak domowej roboty – popalały papierosy i przy tym wszystkim nieustanie mówiły. Uwielbiałam na to patrzeć. Kochałam przysłuchiwać się ich dziwnym opowieściom. Napawałam się świadomością bycia dopuszczaną do tajemnych sekretów dojrzałych pań. Te wspomnienia więcej niż miło mi się kojarzą.

Za każdym razem jednak, w już bardzo dojrzałym wieku, kiedy oglądam się wstecz, zaczynam się odruchowo z tego śmiać. Gdybym bowiem miała córkę, jako nastolatka nigdy nie zyskałaby mi podobnej okazji do wsłuchiwania się w babskie ploteczki. Za to zdecydowanie miałaby co najmniej kilku wujków, którzy wiele mogliby jej powiedzieć o gustach i guścikach innych facetów, czyli chętnie doradzaliby, jak najskuteczniej poderwać prawdziwego samca alfa.

uciekajaca-panna-mloda-filmy-o-slubach-2Ostatnio miałam swój własny sabat, oczywiście nie czarownic, ale czarodziejów wraz z wiedźmą, czyli ze mną. Tym razem rozmawialiśmy o zjawisku znanym wielu z hollywoodzkiego love story „Uciekająca Panna Młoda”. Zastanawialiśmy się o czym dokładnie opowiada ten film. Poza swoją iście amerykańską bajkowością zawiera bowiem dość ciekawą myśl. Dlaczego niektórzy stając u progu czegoś, co postrzegają jako wejściówkę do szczęścia, zamiast wyciągnąć rękę, podejść, powiedzieć „cześć”, zaczynają uciekać nie będąc w stanie wykrztusić z siebie niczego poza ew.: „To ja już pójdę. Do widzenia”.

I w tym właśnie filmie było pokazane, jak często zdarza się kobietom popełniać taki błąd. Dlaczego na siłę dostosowują się do współpartnerów lub innych osób im bliskich. Jak zadziwiająco skutecznie potrafią udawać przed samymi sobą, że lubią to samo, co ich drugie połowy. W filmie cudownie ilustruje to scena, kiedy Julia Roberts zainspirowana przez Richarda Gere’a sprawdza, w jaki sposób przyrządzone jajka lubi jeść najbardziej. Czy jako jajecznicę ze szczypiorkiem, czy może jako sadzone albo same białka upieczone na patelni, czy dla odmiany à la po francusku. Jak również stara się odpowiedzieć sama sobie na pytanie, dlaczego dawniej wiecznie uciekała sprzed ołtarza.

W filmie pada zabawnie oczywiste zdanie: „Często myli się pożądanie z miłością”. Wielu ludzi ulega tej właśnie iluzji. Lubią wierzyć, że jeśli ktoś ich kręci w taki, a nie inny sposób, to już musi być miłość. Skoro gonady szaleją, znaczy, że to jest TO. A przecież zwykle bywa zupełnie inaczej. Namiętność lubi z czasem wygasać. Miłość za to również po wielu latach umie trwać na straży szeregu cennych wspomnień. Nie przeszkadza, że na twarzy ukochanej osoby pojawiają się kolejne zmarszczki, a na brzuszku kolejne fałdki. Dla drugiej osoby ten ktoś wciąż pozostaje piękny.

Banał? Oczywiście, że tak, ale wielu o tej oczywistej oczywistości i tak zapomina.

uciekajaca_panna_mloda_1Urocza jest też scena, kiedy Julia Roberts jest pouczana przez swojego usportowionego narzeczonego, jak nie ulegać niechcianym emocjom i jednak dotrzeć do wymarzonego ołtarza. „Skup się. Nie przerywaj kontaktu wzrokowego. Powtarzaj w myślach. Czuję, jak jestem piłką. Zbliżam się do bramki. Utrzymuj kontakt wzrokowy”. Główna bohaterka słuchając narzeczonego, który zawodowo jest trenerem amerykańskiego footballu, ciągle powtarza pod nosem: „Ląduję w bramce”. A przyszły niedoszły pan młody nadal recytuje: „Utrzymuj kontakt wzrokowy. Nie przerywaj”. Co w następstwie tego się dzieje? Poza faktem, że trener chwilę później przestaje już być Julii narzeczonym, w czasie ceremonii ślubnej pani Roberts tracąc kontakt wzorkowy z panem Gere’em zaczyna tradycyjnie już uciekać. Jednym słowem spuszczanie wzroku, gapienie się w sufit, czy inna forma udawania, że się kogoś nie widzi, w niczym nie pomaga, a nawet powoduje, że ta bardziej przestraszona strona topniejącego dialogu zaczyna uciekać.

Oczywiście, jak to bywa w hollywoodzkich bajkach o miłości, pan Gere z panią Roberts ostatecznie się schodzą. To ona mu się oświadcza i to ona ostatecznie klęcząc u jego kolan recytuje słowa oświadczyn: „Oddaję ci moje buty do ucieczek. Kocham cię Homerze Eisenhowerze Grant. Ożenisz się ze mną?”. On odpowiada: „Zastanowię się nad tym”. A wtedy uszczęśliwiona pani Roberts przystępuje do kolejnej przemowy. „Gwarantuję, że będą kiedyś trudne chwile. Gwarantuję, że kiedyś oboje lub jedno z nas będzie chciało odejść. Ale gwarantuję też, że jeśli nie poproszę cię teraz o rękę, będę żałowała tego przez resztę życia. Ponieważ w głębi serca wiem, że jesteś dla mnie stworzony”. I chyba nie muszę tu dodawać, że hollywoodskie love story kończy się ślubem.

klatka_dla_ptakow_1A jak bywa w życiu realnym? Nad tym właśnie dywagowaliśmy, moi dwaj czarodzieje magowie i ja.

W jaki sposób wyrazić siebie? Czego potrzebujemy, a przed czym uciekamy? I w jakich chwilach życia najsilniej czujemy się rozdarci?

Kilka dni temu dawna klientka powiedziała mi, że, w pewnym sensie podążając moimi śladami, po wielu latach powróciła do stanu wolnego. Długo rozmawiałyśmy na ten temat. To nie było z mojej strony spotkanie zawodowe. To były zwykłe babskie plotki i ploteczki. Tyle tylko, że nie opowiadałyśmy nawet przez chwilę o innych, ale tylko i wyłącznie o własnym życiu.

Ta, jak najbardziej dojrzała, dama powiedziała bardzo mądrą rzecz. Przez naprawdę wiele lat pozostawała w tym samym związku. Mimo iż uczucie wygasło całe lata wcześniej. Mimo iż potrzeba czułości przestała istnieć, a znajomi delikatnie sugerowali, że nie widać, aby ta pani i jej mąż darzyli się jeszcze jakimkolwiek uczuciem, moja klientka nie poddawała się i walczyła o lepsze jutro tego małżeństwa.

rozwodOczywiście ostatecznie poddała się. To ona powiedziała, że ma dość. To ona spakowała walizki i przeprowadziła się do innego mieszkania. To również ona, podobnie do pani Roberts, zaczęła się zastanawiać, co tak naprawdę lubi i ile w niej samej to naprawdę ona, a ile z tego, to sztuczność wybudowana na zamówienie partnera, zgodnie z jego wymaganiami i oczekiwaniami. W którym momencie prawda osobista tej pani zaczęła się rozpuszczać w brei emocjonalnego pomieszania i lęku przed samotnością.

Oczywiście kij ma zawsze dwa końce. Podobne pytania lubią bowiem dokuczać tym, którzy od lat żyją na co dzień jedynie sami ze sobą. Spotykają ludzi. Pracują wśród nich i dla nich. Bywają na salonach. Pracują dajmy na to wśród tłumów, a jednocześnie wieczory spędzają w pojedynkę. Czy takie osoby nie przekroczyły już swojego własnego wewnętrznego Rubikonu i czy potrafią jeszcze zaakceptować myśl o tym, jak w ich mieszkaniu nagle zaczyna się panoszyć jakaś na wstępie obca osoba, próbująca, nie daj Panie Boże, zmieniać wszystko wszędzie. Trochę na wzór niedoszłych mężów, przed którymi pani Roberts tak skutecznie uciekała.

Czy bajkowość tego filmu daje się przełożyć na codzienność wielu z nas? Czy w ogóle możliwym jest w dzisiejszych czasach spotkać kogoś, kto zechce z nami porozmawiać o tego rodzaju rozterkach i zwierzyć się ze swoich własnych obaw? Czy też los pokarze nas czymś mniej filmowym. Na ten przykład człowiek kometa, asteroida ulegająca zewowi własnych gonad, zaliczy z nami taniec godowy Rosomaka i po skonsumowaniu znajomości z nami powie „do widzenia” albo nawet i to przemilczy.

Takimi właśnie pytaniami zarzuciła mnie wspomniana klientka na nowo stanu wolnego. O tym również rozmawiałam z moimi czarodziejami magami, czyli dobrymi kumplami. Rozkładaliśmy ten temat na tzw. czynniki pierwsze.

klatka_dla_ptakowNa pewnym etapie życia, czy ma jeszcze sens łudzenie się, że hollywoodzkie bajki przytrafiają się prawdziwym ludziom? Czy też lepiej skupić się na dorosłych dzieciach. A jeśli są już absolutnie samodzielne, poświecić na nowo odzyskany czas na własne, często zupełnie nowe, hobby. Dajmy na to uprawiać więcej sportu lub poznać zupełnie nową formę aktywności fizycznej. Czy warto nagle co innego zacząć czytać. Po prostu poznać siebie od nowa. Jakie działania przyniosą silniejsze poczucie spełnienia?

Książki do psychologii często powtarzają, że po wyjściu z jednego związku, winno się chwilę odczekać, zanim wejdzie się w coś nowego. To trochę jak czas, kiedy pani Roberts we wspomnianych filmie uczyła się samej siebie po przez smakowanie jajecznicy i jajek sadzonych, dookreślanie własnych upodobań. Kwarantanna bywa konieczna. Jeśli lepiej poznamy siebie, tym większą pewność zyskamy, co do własnych upodobań, oczekiwań i wymagań. A wtedy nawet starą dobrą miłość uda nam się ostatecznie dookreślić i albo jak Julia Roberts uklęknąć przed obiektem westchnień, albo już nigdy więcej nie stanąć na drodze tej osoby.