DZIESIĄTKA BUŁAW

Syzyf_TycjanaSyzyfowe prace. Męczarnia towarzysząca pracy nad twardą materią. Rzeźbienie w granicie, czy innym marmurze. Rąbanie drew na opał. Jedna wielka praca w kamieniołomach. Wiecznie pod górę. A kiedy się już czuje pod stopami, że szczyt jest blisko, kamień wymyka się z rąk i zaczyna spadać. Niczym kula śnieżna. Efekt domina, czy innego motyla.

Podobnie bywa z budowaniem zdań. Z tworzeniem nowych historii. Z dotykaniem własnej codzienności. Dziesiątka Buław trafnie to ilustruje. Dlatego często kojarzona jest z koszmarem ciągłych powtórek i ich bezsensem. Chce się coś osiągnąć, a zamiast tego dostaje się od życia kolejne klapsy. Nic miłego. Nic, co mogłoby sprawić przyjemność, przynieść satysfakcję.

Ale tak naprawdę każdy element codzienności można postrzegać inaczej. Zgodnie ze starym dobrym – punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (lub leżenia). Podobnie bywa z archetypami. Syzyfowe prace do nich należą, ten symbol. Wykonywane czynności bez względu na stopień wysiłku, jaki należy w nie zainwestować, możemy wykonywać na różne sposoby. Co więcej. Każda z tego typu syzyfowych prac może czemu innemu służyć.

img941Fizjoterapeuci lub instruktorzy fitness sporo mogą o tym powiedzieć. O formie wysiłku, jaki się wkłada w szamotaninę z rzeczywistością. Dla jednych bieganie stanowi konieczny koszmar, dla drugich dźwiganie ciężarów to przyjemność. Czym więc tak naprawdę są owe syzyfowe prace? Jak je dookreślić? Czy ta karta musi stanowić zapowiedź tego, co nieprzyjemne i trudne?

Swego czasu powołałam do życia mini przypowieść. Była tu jakiś czas temu zamieszczona. Buddyjski mnich rytmicznie wychlapujący wodę z misy. Pamiętam, że ta historyjka przyszła mi na myśl, kiedy słuchałam buddyjskich opowieści o medytacji. O pracy nad wyciszeniem własnego ja i wydobyciem z głębin Umysłu, czy też wg Junga nadświadomości, kawałka samego siebie, ale wyzutego już ze sztucznego JA.

Mnich miał za zadanie pracować nad skupieniem i koordynacją ruchów. Czy już samo to nie stanowi pewnego rodzaju syzyfowej pracy? Wysiłku, który nie od razu przynosi efekty, który wymaga całych lat pracy. A nawet jeśli nie aż lat, to przynajmniej miesięcy.

img694Podobnie bywa z budowaniem relacji interpersonalnych. Przysłowie mówi, że trzeba z kimś zjeść beczkę soli, żeby móc tego kogoś dobrze poznać. Takim samym zjawiskiem jawi się miłość. Pierwsze achy i ochy z czasem przybierają inny kształt. Najpierw ludzie wzdychają na swój widok. Uczą się zapachu skóry, barwy, ciepła, rytmu bicia serca ukochanej osoby, jej tembru głosu, śmiechu, poirytowania, niecierpliwości i całej masy czułości, jaką umie okazać, gdy nikt nie patrzy. Kiedy zaś feromony zaczynają słabnąć, ich miejsce zaczyna zajmować coś więcej, niż tylko wzajemna fascynacja.

Zakochani zaczynają wspólnie działać. Cieszyć tymi samymi elementami codzienności. Jedna połowa uczy się hobby tej drugiej. A ta druga poznaje nowe tematy, stanowiące przyjemną oczywistość tej pierwszej. I tak z czasem owe połowy zaczynają tworzyć dobrze dopasowaną całość. Tym właśnie bywa prawdziwa miłość.

Po co ją mieszać z syzyfowymi pracami? Bo jak wszystko w naszym codziennym trójwymiarze stanowi plastyczny materiał wymagający wprawnych dłoni, które zdołają z niego ulepić naprawdę piękną rzeźbę. Posążek odwzorowujący szczęście. A przy tym potrzeba cierpliwości i umiejętności powtarzania ciągle tego samego. Swojego rytmicznego wychlapywania wody z wielkiej misy. Własnego skupiania się na sprawach pozornie bez znaczenia.

img879Na tym opiera się budowanie domów. Na tworzeniu podstaw i kładzeniu cegły przy cegle. Na koncentrowaniu się nad banałami, bez których nie da się funkcjonować. Wylewanie fundamentów poprzedza wszystko, na czym przyjdzie nam się oprzeć w późniejszym czasie. Każda nauka tego dowodzi. Bez nauki liter nie da się koniec końców napisać pracy doktorskiej. Podobnie więc bywa z miłością. Wiążąca się z nią codzienność nie zawsze musi stanowić niekończący się relaks i niepowstrzymane achy i ochy.

Tak samo przebiega wychowywanie pociech. Uczenie innych. Uczenie się samego siebie, wiecznie od nowa. Nowo poznani ludzie często wnoszą do naszego życia sporą dawkę dziwacznego światła. Dziwacznego, bo zaskakującego. Rozjaśniającego ciemne pokoje, jakie nosimy zakopane głęboko we własnej podświadomości. Cudzymi oczami nagle możemy zobaczyć samych siebie w inny, niż wcześniej, sposób.

Nierozsądnym jest bagatelizować tę oczywistość. Ową okazję do nauki cierpliwości. Do przyznawania się, że nie w każdej dziedzinie pojedliśmy wszystkie rozumy. Bywa ciężko. Syzyfowość lubi dokuczać i zniechęcać do działania. Ma się ochotę dać za wygraną. Powiedzieć sobie, że to już koniec, że to, co robimy, nie ma sensu. A mimo to warto przeć ku lepszemu jutru.

FB_IMG_1453842437453Właśnie tym bywa miłość. Nie tylko do ludzi, ale również do zajęć, jakimi się paramy. Tym jest owa rzeźba, którą wcześniej użyłam za przykład. Jak również wychlapywana woda. Wszystko ma swój powód, własne uzasadnienie. Na tym opiera się sens życia. Nie tylko na wiecznej rozrywce, tj. leżeniu do góry brzuchem, ale także na zmaganiu się z materią, z własnym ego, z własnym odruchem narzekania. Z ciągłym doszukiwaniem się powodów do narzekań.

Życiem naprawdę można się cieszyć, nawet jeśli bywa trudne. Myślę, że Syzyf z czasem nauczył się cieszyć każdą chwilą pchania własnego kamienia pod górę. I choć znał każdy fragment pokonywanej drogi, wiedział, że żyje, więc szedł dalej. W jego pojęciu miał nadjeść dzień, kiedy dotrze do szczytu, kiedy jego grzech zostanie odpracowany.

syzyf_1aCzy miał rację? A jakie to ma znaczenie. Każdy z nas przez pewien czas bywa młody, potem dojrzały, z czasem jeszcze dojrzalszy, aż na koniec zmęczony nieco silniej, niż za młodu po maratonie. Czy równa się to z osiągnięciem własnego syzyfowego szczytu? Każdy nosi w sobie zalążek własnego podsumowania, odpowiedzi na to pytanie, którą z czasem wypracuje, dopcha na sam szczyt osobistego tu i teraz.

Do chwili, kiedy ostatecznie odejdzie z tego wymiaru.