Jesienna nostalgia

Są sprawy, które zaprzątają nam głowę bardziej, niż byśmy się tego spodziewali na wstępie realizacji własnych zamierzeń. Mimo woli ustalamy sobie tzw. deadline, czyli ostateczny termin realizacji. Zgodnie z normami rynkowymi przyjęte zamierzenia realizuje się krok po kroku, zdecydowanie i konsekwentnie. Wszystko jedno, czy dotyczy to przygotowywania dzieci przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, remontu mieszkania lub wyjazdu poza granice naszego kraju, zawsze tak samo trzeba się trzymać wyznaczonych zasad. Oczywiście w sferze zawodowej ten schemat bywa dużo silniej narzucany przez tzw. czynniki zwierzchnie. Tyle tylko, że w tym zakamarku naszej codzienności tworzymy na papierze realny zapis kolejnych etapów wprowadzania w życie naszych postanowień. Plan musi być wtedy bardzo konkretny i dookreślony. Zazwyczaj szef dokładnie nas z tego rozlicza, szczególnie jeśli pracujemy w korporacji. Zaś w życiu prywatnym jedynie przyjmujemy założenia i zazwyczaj czynimy to jedynie umownie, rozliczając się z tego głównie sami przed sobą. 

Mam bliską przyjaciółkę, z którą kontaktuję się bardzo często, niemal codziennie. To bardzo poukładana osoba. Prawdziwa pani dyrektor, choć żadnej firmy nie prowadzi. Osoba ta lubi tworzyć właśnie takie plany. Dość aktywnie jej w tym pomagam, bo szereg swoich trudnych decyzji Kasia ma zwyczaj podpierać tzw. podszeptem kart. Co za tym idzie, skoro Kasia przywiązuje dużą wagę do składanych jej obietnic lub zapowiedzi zdarzeń, bardzo skrupulatnie rozlicza mnie z wszystkiego, co ode mnie usłyszy. Prawdziwa pani inspektor sprawdzająca skuteczność mojej pracy.

Szczerze przyznam, że to właśnie dzięki Kasi od wspomnianych wielu lat miewałam okazję przekonać się, iż niektóre z tzw. przepowiedni nie realizują się w czasie zgodnym z pierwotnymi założeniami, czy też próbami dookreślenia czasu przyszłych zdarzeń. Zwykle pora roku się zgadzała, okoliczności towarzyszące zdarzeniom również, ale liczba lat niekoniecznie. Wiem jednak, że nawet pan Suliga miewa z tym kłopot. Lubi ten fakt podpierać słowem „nadinterpretacja” lub „fatum”. A ja używam swojego własnego „świętego” określenia – wolna wola – bo uczono mnie bodaj całe lata temu, że pewne zdarzenia mogą mieć miejsce dopiero wtedy, kiedy poczujemy się na nie w pełni gotowi.

Kasia ostatnio spytała mnie o szereg spraw wiążących się z jej życiem prywatnym. Jest to osoba po tzw. przejściach, więc chciałaby nareszcie ułożyć sobie sferę intymną wg własnych założeń, w sposób, który dużo bardziej by jej odpowiadał, niż schemat, w którym obecnie czuje się nie w pełni komfortowo. Aby uniknąć charakterystycznych dla mnie nieco uciążliwych dłużyzn, postaram się tę opowieść sprowadzić do niezbędnego minimum, które wiązać się będzie z tzw. przeznaczeniem, a więc tematem poruszanym już przeze mnie naprawdę wiele razy.

Pierwotnie Kasia była tylko klientką. Regularnie przychodziła do mnie pytać o swoją przyszłość. Wszystkie sprawy zawodowe za każdym razem zgadzały się niemal co do joty. Wróżka Gabrielle przepowiadała zmiany lub niespodzianki i niebawem miały one miejsce. Tylko w jednym wróżka zawsze się myliła, czyli co do miłości. Kasia zwykle pytała o konkretnych Iksów Igreków, zazwyczaj wychodziło, że to nie to, potem pojawiała się zapowiedź zmian, nagłego zwrotu akcji i silnej przemiany wewnętrznej mającej się dokonać w życiu owej, podówczas jeszcze bardzo młodej, damy. Jednak lata mijały i nic spektakularnego nie miało miejsca.

Nasze oficjalne relacje przeistoczyły się w przyjaźń – znamy się bodaj bite dwadzieścia lat – i przez cały ten czas zwykle ten sam temat pojawiał się przy każdym stawianiu przeze mnie dla niej Tarota. Jednak Kasia jak nie spotkała prawdziwego księcia z bajki, tak nadal przy niej go nie ma. Choć – co powinnam była podkreślić już na samym wstępie – to naprawdę piękna kobieta, a przy tym tytan pracy.

Oczywiście jak w każdej bajce rumak na białym koniu ostatecznie się pojawił. Co więcej, kontakt z nim był dla Kasi na co dzień jak najbardziej możliwy, bo relacje tych osób wiązały się z życiem zawodowym. Co z tego jednak, kiedy sprawy osobiste miłego przystojnego pana dyrektora nie należały do poukładanych, zaś moja przyjaciółka nie zalicza się do tzw. podrywaczek. Czyli coraz silniejszy flirt nieustannie miał i nadal ma miejsce, ale tak naprawdę niewiele z tego wynika.

Ktoś z Państwa spyta co to wszystko ma wspólnego z wróżką i tematem przeznaczenia? Odpowiedź jest niestety niemal banalna. Ten pan wychodził Kasi w kartach od dawien dawna, całe eony temu. Również wyśnił się jej już dobre parę razy. (Kasia to osoba należąca do naszego klubu testerów sennych przepowiedni, czyli swego rodzaju jasnowidzenia). Każde z wymienionych źródeł predykcji niosło i nadal niesie informację, że ów pan dyrektor to TEN. Z zachowania pana dyrektora również to wynika, a jednocześnie niewiele więcej się dzieje.

I tu docieramy do tzw. meritum sprawy. Jak tego typu „przepowiednie” traktować? W jaki sposób odnieść je do tematu przeznaczenia? Na ile da się powiedzieć, że skoro tak sen, jak i jawa niesie zapowiedź cudownego happy endu danej historii, daje to pewność szczęśliwego rozwoju wypadków? Szczególnie, że jednocześnie nie mają owe zdarzenia tak naprawdę w realnym życiu miejsca. Gdzie znajduje się granica dzieląca pobożne życzenia i autentyczną predykcję?

Moja własna teoria jest bardzo prosta. Trochę trącająca tezą pana Suligi. Nie na wszystko w danym czasie jesteśmy gotowi. Jeśli jakiś kawałek nas samych wciąż pozostaje nie w pełni gotowy na określone zmiany, najwspanialsza nawet przepowiednia nie musi przybrać kształtu faktu dokonanego. Może to również oznaczać, że do owego „spełnienia”, jak najbardziej dojdzie, ale za kolejnych ileś tam miesięcy, czy nawet lat. Jeśli w kartach notorycznie mowa jest o dajmy na to jesieni, na ten czas rzeczywiście przypadnie szereg zdarzeń, ale niekoniecznie akurat w tym roku.

Poza Kasią i opowieścią o jej sercowych rozterkach mogłabym dorzucić tu jeszcze kilka podobnych opowieści. Kasia bowiem to jedynie moja ikona przyświecająca danemu tematowi. Ale już nie raz przyszło mi się zmagać z tego rodzaju wróżkowymi utrudnieniami, kiedy w kartach pojawiał się opis zdarzeń towarzyszących danemu tematowi, o który ktoś pytał, ale dokładnej daty w żaden sposób nie można było dookreślić. Jak już wspomniałam, szereg spraw można było jedynie podciągnąć pod określoną porę roku i elementy towarzyszące tzw. zwrotom akcji, nic ponad to.

Jakiś czas temu miałam sposobność do wróżenia osobie pytającej mnie o konkretną sprawę z przeszłości. Interesowało ją, czy ważny dla niej temat powróci jeszcze do jej codzienności. I tu po raz pierwszy w życiu mogłam zobaczyć, jak karty w sposób niemal banalnie oczywisty pokazują, że ani od tej osoby, ani od przeznaczenia kompletnie nic nie będzie zależeć. Owszem, szereg zdarzeń będzie miało miejsce. Cała masa sposobności do zwrócenia przez tę osobę na siebie uwagi kogoś, o kogo ta osoba pytała, się nadarzy i zostanie przez tę osobę wykorzystana, ale jednocześnie nic poza tym nie będzie mogło się zadziać. A to z bardzo prostego powodu, bo nie los będzie miał na to wpływ, nie czynniki niby to nadprzyrodzone lub inne fatum, ale jedynie tak lub nie wypowiedziane przez drugą stronę biorącą udział w negocjacjach.

Co więcej, z kart wynikało, iż osoba, owa wyższa instancja na poziomie prowadzonych negocjacji, o którą byłam pytana, to silnie dominująca osobowość, nieznosząca narzucania jej czegokolwiek, co mogłoby przybrać pozory potencjalnego manipulowania jej decyzjami lub przyjętej zwyczajowo przez tę osobę formy działania. Jak również to ktoś niemal odruchowo dmuchający na zimne. Dlatego tylko od tej właśnie drugiej strony zajmującej miejsce przy stole negocjacyjnym miało zależeć co, gdzie, kiedy i czy w ogóle się zadzieje. Z tego też powodu po krótkiej i sprawnej analizie owej przepowiedni zasugerowałam, aby dać sobie na dobre spokój z podejmowaniem jakichkolwiek działań, aby osoba pytająca mnie o swoją przyszłość przystopowała na dobre z podejmowaniem najdrobniejszych nawet ruchów i działań. Bo to zwyczajnie nie miało sensu.

W pojęciu tamtej osoby, proszącej o tę wróżbę, tego typu sugestia równała się ze swego rodzaju wyrokiem. Cała masa inwestycji poczynionych przez tę osobę w jednej chwili miała zostać przekreślona, a poniesione koszty niemożliwymi do odzyskania. Nie było mi miło patrzeć na ból malujący się na twarzy kogoś naprawdę sympatycznego. W moim pojęciu byłam właśnie świadkiem czarnego poniedziałku mającego miejsce w życiu danej osoby, prawdziwego fiaska giełdowego. Bezradność tej osoby stanowiła naprawdę przygnębiający widok. Nad głową tej osoby migał jaskrawy czerwony napis: I CO DALEJ?

Kiedy komuś na czymś zależy, miewa spory problem z odpuszczeniem sobie starań o zdobycie symbolicznego szczytu własnych marzeń. A jednak… czasami ma to naprawdę głęboki sens, owo podniesienie białej flagi i przyznanie się do porażki, bo uczy nas takie posunięcie naprawdę wiele. Posłużę się tu może nieco skrajnym przykładem, ale mi naprawdę bliskim, bo nieprzyjemnie znajomym. Pewien czas temu z powodów zawodowych – łączących się z kompletnie innym zajęciem, niż wróżenie – miałam styczność z osobami upośledzonymi i to na wiele różnych sposobów, czyli również ruchowo.

Ludzie na wózkach inwalidzkich w sposób oczywisty napotykają wiele więcej utrudnień łączących się z życiem codziennym, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Począwszy od czegoś tak banalnego, jak poruszanie się, skończywszy na możliwości znalezienia pracy, nawet jeśli nie wymagałaby ona jeżdżenia dokądkolwiek, bo np. byłaby wykonywana zdalnie, czyli z domu.

Wśród inwalidów można spotkać naprawdę różne osoby. Dla mnie bardzo inspirującym był znajomy, częściowo sparaliżowany, któremu upośledzenie nie przeszkadzało w uczestniczeniu w maratonach, czy innych sportowych wydarzeniach. Ten pan po dziś dzień stanowi dla mnie bardzo silną inspirację do działania.

I właśnie ten pan w ramach walki z samym sobą i próbami udowodnienia sobie – nieco na siłę – że niczym nie różni się od sprawnych osób, miał za sobą sporo wyskoków, łącznie z wszelkiego rodzaju kradzieżami i manipulatorstwem. Jednocześnie zrobił doktorat w dziedzinie ekonomii i zaliczył naprawdę wiele podróży po niemal całym świecie. Jednym słowem na swój własny sposób wyszumiał się, by u kresu swoich młodzieńczych wyskoków stanąć oko w oko z tym, przed czym w pewien sposób przez cały ten czas uciekał. „Jestem kaleką i po kres swych dni właśnie z tym będę walczył. To już nie jest staranie się o wyzdrowienie, to jest walka o to, żeby jeszcze długo było w miarę jako tako, czyli tak, jak teraz, a nie gorzej”. Właśnie tą wypowiedzią kilka miesięcy temu ten pan mnie bardzo zaskoczył i jednocześnie uzmysłowił naprawdę ważną rzecz.

Nie każde podniesienie rąk w ramach gestu poddania się musi się równać z symbolem przegranej. Wcześniejsze starania, których motorem napędowym były stymulatory nie w pełni rzeczywiste, zawsze warto podsumować jako sensowne i cenne – skoro przyniosły realne efekty. Ten pan nadal pozostawał kaleką na wózku inwalidzkim, ale wciąż miał w sobie wiele siły do działania. Postanowił wykładać na uczelni i prowadzić działalność społeczną pod auspicjami konkretnego klubu poselskiego. Nie pozwolił, żeby świadomość pewnego rodzaju fiaska – w tym wypadku coraz silniej dokuczającego mu kalectwa – przytłumiło jego chęć cieszenia się życiem.

Podobną sugestię zaserwowałam owej osobie, w życiu której negocjacje na swój sposób spaliły na panewce. Część poczynionych nakładów można było wykorzystać w nieco inny sposób lub podjąć rozmowy z innym podmiotem. Handel artykułami sportowymi, sprzedaż literatury wiążącej się z danym tematem, promowanie działań danych klubów mógł przecież przybrać inną formę, niż pierwotne założenia poczynione przez tę osobę.

Jest wiele sposobów radzenia sobie z frustracją i kolejnymi rozczarowaniami. Wszystko zależy od nas samych. Z każdego upadku można się podnieść i ruszyć dalej. Nawet jeśli kolejna część podróży upłynąć ma nam w chwilami przykrej samotności.

Tak m.in. do tego podchodzi moja przyjaciółka – Kasia. Miewa trudne dni. Zmaga się z rozterkami ściśle wiążącymi się z tematem pana dyrektora, ale prze ku przyszłości, a co za tym idzie, ku nowemu.

Ponieważ miewam bardzo podobne do niej rozterki, lubię słuchać jej rad i sugestii, jak nie przywiązywać wagi do jakichkolwiek przepowiedni, czy innych natręctw myślowych łączących się z domniemanym jasnowidzeniem. Jednym słowem trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie z dobitnym wykrzyknikiem na końcu zdania – KONIEC TEGO DOBREGO! – i ruszyć już ku innemu nowemu.