Śmiertelna mozaika

W życiu każdego z nas pojawiają się trudne chwile. Zwykle przyjmują różny kształt, czy wymiar. Nawet nie umiem w pełni jasno i swobodnie opisać tego, o czym dokładnie chciałabym powiedzieć, co opisać. Chodzi bowiem o śmierć – tą fizyczną – o ostateczne odejście z tego wymiaru. Kiedy to ktoś nam bliski lub też nam lepiej lub gorzej znany, ale ktoś, o kim wiemy, że jak najbardziej istnieje w tym wymiarze, dostaje wiadomość – pada diagnoza – że jego dni są policzone. 

Przyznam otwarcie, nienawidzę pytań dotyczących ostatecznego końca czyjegokolwiek życia. A oczywiście osoby odwiedzające wróżkę bardzo często pytają o zdrowie bliskich. Wszystko fajnie, jeśli w grę wchodzi ocena kondycji ludzi młodych lub po prostu zdrowych. Gorzej, jeśli ktoś ma np. raka…

Kiedy na początku lat 90-tych XX w. uczyłam się Tarota, mój nauczyciel – opisywany tu już wielokrotnie pan Jan W. Suliga – powtarzał zawsze to samo: „Proszę uważać na niebezpieczeństwo przesady w interpretacji kart. Śmierć – XIII Wieli Arkan – lub Wieża – XV Wielki Arkan – mogą sugerować koniec, ale niekoniecznie śmierć fizyczną. Nie nam decydować, kiedy ktoś odejdzie z tego padołu”. Dlatego tego typu symbole niemal odruchowo ignorowałam nie podchodząc do ich znaczeń przesadnie poważnie. Śmierć to była i jest zapowiedź zmiany i transformacji, Wieża podobnie, ale z niemal zdwojoną siłą i na tym koniec. Ot, wewnętrzna ścieżka ku zrozumieniu samego siebie. Na tym koniec.

Myliłam się…

Pierwszy raz tzw. losowe ostrzeżenie przyszło, kiedy miałam zaledwie 25 lat. Zagościła u mnie wtedy młoda dziewczyna, chciała spytać o wielką miłość, czyli co czeka ją w życiu na bazie spraw tzw. intymnych, czy też uczuciowych. Od słowa do słowa ostatecznie zapytała też o zdrowie swojego przyjaciela. Chłopaka ze stwierdzonym guzem mózgu. Pierwszą kartą, którą wyjęłam z talii, była Śmierć. Zgodnie z uwagami pana Jana zbagatelizowałam to i powiedziałam, że młodego człowieka czeka przesilenie choroby. Owym przesileniem stał się fakt jego zgonu mającego miejsce następnego dnia. Oczywiście ja tego nie sprawiłam, to oczywista oczywistość, nie mniej jednak wiadomość o odejściu tego młodego człowieka niemal mnie przeraziła.

Pierwszy raz zawsze bywa trudny, wielu z nas miało okazję się o tym przekonać. I nie miłość, czy inną dwuznaczność mam tu na myśli, ale w ogóle godzenie się z odchodzeniem ludzi z tego padołu.

Kolejnym razem była zapowiedź odejścia mojej przyjaciółki i mojej mamy. Dlaczego stawiam te osoby obok siebie w ramach tzw. ex aequo? Zaraz wyjaśnię.

W 2006 roku, kiedy tuż przed wakacjami zbliżała się moja operacja mózgu, jak to ja, rozłożyłam karty, żeby sprawdzić, jak pójdzie. Ponieważ układ obrazował wiele elementów codzienności, poza informacją, że operacja się uda, ale proces gojenia się zajmie bardzo długi czas, pojawiło się również niechciane przeze mnie info. W miejscu, gdzie widać zwykle zapowiedź tego, co całkowicie nieuniknione, czyli na co nie mamy i mieć nie możemy wpływu – np. wygrana w Lotto, wiadomość o plajcie firmy, w które pracujemy i temu podobne – pokazał się obraz czegoś dla mnie w sposób przykry zaskakującego.

W tamtym czasie jedna z moich przyjaciółek już od pewnego czasu miała stwierdzonego raka. Dotyczyło to wewnętrznych powłok brzusznych. Oczywiście niechciany gość zaczynał się rozchodzić po całym ciele tej młodej damy, bo w tamtym czasie liczyła dopiero czterdzieści cztery lata. W skali całego życia – uśredniając skalę przyjętą w obecnym czasie dla długości życia Europejek – to był jeszcze dość młody wiek.

W kartach zobaczyłam zapowiedź jej przejścia na drugą stronę Styksu. To stanowiło oczywiście przykrą, ale jednak pewnego rodzaju oczywistą oczywistość. Rak bywa bardzo wrednym gościem naszego ciała. Jednak obok tej zapowiedzi pojawiła się jeszcze jedna informacja, już nieco bardziej zaskakująca. Była nią zapowiedź odejścia również mojej rodzonej mamy. Co mocno zdziwiło mnie i moją cioteczną siostrę, która była ocena przy stawianiu przeze mnie kart, szczególnie, że moja mama cieszyła się podówczas naprawdę dobrym zdrowiem.

Ostatecznie uznałam, że zapowiedź ta dotyczy czasu naprawdę odległego, bardziej nawet niż przyszłego. Już mi się zdarzało widzieć w kartach informacje, które miały się stać faktami dokonanymi za bardzo wiele lat. W skali nawet blisko piętnastu lat. Jednak nigdy w tak bardzo przykrym kontekście.

Operację rzeczywiście przeszłam dobrze. Rokowania były dobre. Niestety powrót do pełnej sprawności percepcyjnej zajął mi naprawdę długi czas. Nie było tego po mnie widać. Świetnie udawałam, że wszystko rozumiem, o czym ludzie do mnie mówią, jednak w rzeczywistości nie pamiętałam słów, nie rozróżniałam znaków ulicznych – ich znaczenia – myliłam autobusy, bo nie byłam w stanie zapamiętać, który numer dokąd zmierza. Również nie byłam w stanie rejestrować imion innych osób, nawet od dawna mi znanych. (Po dziś dzień mi się to zdarza). Było ciężko, ale świetnie ściemniałam, że mam się więcej nawet, niż tylko dobrze. Również nikt nie miał pojęcia, że mam naprawdę głęboką depresję.

W tym samym czasie stan zdrowia Kasi – czyli wspomnianej przyjaciółki – zaczynał się w sposób widoczny pogarszać. Na początku 2008 roku – dokładnie w pierwszych dniach lutego – mama Kasi poprosiła o możliwość zamieszkania u mojej mamy choćby przez chwilę. Obie – Kasia i jej mama – mieszkały w Jankach, czyli spory kawałek od Centrum Medycznego w Warszawie. A ponieważ Katarzyna zdecydowanie nie była w dobrej formie, chodziło o zyskanie mniejszego dystansu dzielącego obie panie od karetek pogotowia.

Skracając tę historię. Dwa i pół tygodnia później krzycząc wniebogłosy z bólu Kasia zmarła w mojej obecności. Przyznam, dla mnie to było skrajnie traumatyczne doświadczenie. A jednocześnie był to pewnego rodzaju wyrok zapadający na kres życia mojej mamy i ja byłam tego w pełni świadoma.

Moja mama leżała w szpitalu od listopada roku poprzedniego. Zaczęło się od zapalenia płuc. Potem brak chęci życia utrudnił jej powrót do zdrowia. Dlatego do początku lutego roku następnego non stop leżała w pobliskim szpitalu. Do domu wróciła w tym samym czasie, kiedy Kasia i jej mama zamieszkały wraz z nami.

Moją mamę wypisano ze szpitala z bardzo silnym półpaścem. Z powodu silnego zatrucia lekami jej organizmu, skóra bardzo powoli się goiła. Kiedy Kasia zmarła, stan mojej mamy właśnie się znacząco pogarszał. Niedługo po odejściu Kasi, moją mamę zabrało pogotowie. Położono ją na złym oddziale. Opieka była karygodnie niska, mimo że szpital cieszył się (i nadal cieszy) renomą, a to z powodu stanowienia części Uniwersytetu Medycznego. Skracając. Pod koniec marca, czyli dokładnie miesiąc po Kasi, moja mama zmarła zadusiwszy się na śmierć z powodu bardzo silnej astmy i lekooporności.

Czy wiedziałam, że to wszystko się zdarzy? Informacyjnie tak, emocjonalnie kompletnie nie. W szoku pourazowym po stracie osób bliskich żyłam bardzo wiele lat. Żegnanie się z kimś, kogo się kochało i przepracowywanie wewnętrznej blokady na fakty dokonane, często zajmuje wiele lat. Ja jako tako zaczęłam wracać do normy dopiero na przełomie 2012/2013 roku. Czyli właściwie pięć lat później.

Po co o tym wszystkim opowiadam? Bo w ostatnim czasie tego rodzaju zapowiedzi przytrafiły mi się kolejne dwa razy. Jeden około półtora roku temu, a kolejny kilka miesięcy temu. Za pierwszym razem mojej bardzo bliskiej przyjaciółce miałam sprawdzić, jak tam ułoży jej się kilka spraw wiążących się z życiem zawodowym. Zamiast tego karty pokazały, że jej mama lada dzień odejdzie, co silnie zaważy na jej karierze zawodowej. A zważywszy na fakt, że jej mama miała zaawansowanego raka trzustki, nie stanowiło to nagłej niespodzianki. Nie mniej jednak dookreślenie daty tego zdarzenia stanowiło dla mnie samej przykrą niespodziankę.

Wróżba miała miejsce na początku grudnia, mama przyjaciółki zmarła na początku stycznia.

No i na koniec powód mojej – całej tej makabrycznej – opowieści. Kilka miesięcy temu, nie tak dawno, stawiałam karty w związku z pytaniem zadanym mi przez inną bardzo dobrą przyjaciółkę, naprawdę młodą dziewczynę, która swego czasu sama miała raka piersi i z trudem, ale wywinęła się śmierci spod kosy.

W kartach widać było, że mama przyjaciółki będzie się miała świetnie do wakacji. Dokładnie było widać fazę zodiakalną Raka, czyli przełom czerwiec i lipiec. W tamtym momencie, w tamtej wróżbie, w kartach było widać, że mama koleżanki odejdzie tak jakby nagle. W pewnym sensie przynajmniej.

Ponieważ wróżka zawsze może się mylić, bo nie jest jakimkolwiek Bogiem, zbagatelizowałam tę informację, uznając, że karta Śmierć równie dobrze może wskazywać na przesilenie choroby i uwolnienie się od niej na dobre. Tak uczył szanowny Suliga, nieprawdaż? Aby tak podchodzić do karcianego życia.

I rzeczywiście, w kwietniu tego roku lekarze powiedzieli, że ku ich zdziwieniu rak atakujący mamę przyjaciółki się cofnął, że chemia pomogła, dała widoczne efekty. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Moja przyjaciółka, jak to się mówi kolokwialnie, piała z radości. Dziś zadzwoniła do mnie późnym popołudniem…

Rak w ciele jej mamy wznowił aktywność. Przerzuty są wszędzie. Lekarze bez pardonu zakomunikowali chorej, że jej dni są policzone. Mimo to przyjaciółka poprosiła o kolejną wróżbę. Z rezygnacją – bo nie odmawia się komuś na swój sposób bliskiemu, znamy się – ona i ja – od 2003 roku, przez cały ten czas pracowałyśmy razem w tej samej firmie – zajrzałam w karty. Pierwszą z wyciągniętych kart był XIII Wielki Arkan… Śmierć. Co miałam powiedzieć?

To właśnie stanowi ten najgorszy z najgorszych elementów pracy wróżki. Jeśli widzi się przyszłość, nie zawsze bywa ona różowa. I choć to oczywista oczywistość, że ludzie chorują, bliscy ich opuszczają i oni sami starzeją sią, a na koniec odchodzą, mimo woli każdy z nas się spodziewa, że Tarot zapowie wygraną w Lotto, księcia z bajki lub piękną księżniczkę, czy inną wojowniczkę o lepsze jutro całego świata. Jednak zawsze warto pamiętać, że również istnieje możliwość tzw. zaliczenia serii przykrości serwowanych nam wszystkim przez życie.

Na Dalekim Wschodzie lubią nazywać takie coś karmą, przeznaczeniem. Ale jak zwał, tak zwał – to po wsze czasy i tak łączyć się będzie z jednym, z nieuniknionością wielu elementów składowych naszego życia. Jeśli się o tym zapomina, zaskoczenie wiążące się z wielkim finałem szeregu wycinków naszej codzienności okazuje się często nie do wytrzymania. Są związki, które koniec końców osiągają mniej lub bardziej spektakularny finał. Zdarzają się zwroty akcji w karierze zawodowej – zawsze można wylecieć na pysk z firmy, w której lubiło się pracować. Można też dostać wirtualnie cios prosto w serce słysząc – nie chcę cię i nigdy nie chciałam.

Oczywiście również optymistyczne wycinki naszego tu i teraz jak najbardziej istnieją i potrafią równie silnie zaskakiwać. Kto nie lubi słyszeć, że od wielu lat darzony jest uczuciem przez tę samą osobę, która w swoim afekcie jest zadziwiająco wierna i oddana. Jakże miło jest się dowiedzieć, że nasza kariera zawodowa będzie przeć ku zaskakująco pozytywnym zwrotom akcji. Zyskanie informacji, że szereg z naszych marzeń jeszcze nie jeden raz się przeistoczy w fakty dokonane.

Nie mniej jednak u kresu wszystkich tych zdarzeń istnieje pewnego rodzaju wspólny mianownik. A jest nim ostateczna granica bytu, życia nas wszystkich. Im bardziej świadomie i z pewnego rodzaju akceptacją się do tego podchodzi, tym spokojniejszą i w pewnym sensie mniej zaskakującą okazuje się podróż na drugi brzeg Styksu. Podróż, która nas wszystkich czeka, czy tego chcemy, czy też nie.