Dziękuję, mam się dobrze…

Trochę się gubię w labiryncie własnych lęków. Z jednej strony kawałek mnie niemal wrzeszczy na całego gardło “Pomocy! Pomocy! Pomocy!”, ale inny kawałek mnie karci tę krzyczącą strofując świętym “NIE wypada, moja droga.” A głowa jak płatała figle, tak nadal dokucza. Im ciocia Stasia częściej i bardziej otwarcie na mnie krzyczy, tym gorzej się czuję, bo sprzężenie zwrotne daje w kość. Jeszcze mi się oberwało od Voya, Lucky Luke też strofował. A wizja tête-à-tête z nieplanowanym wcześniej obiektem niemal przeraziła. Bo z mówieniem NIE nadal miewam kłopot. Krzywdzenie bywa trudne. Przynajmniej w moim pojęciu.  Czytaj dalej Dziękuję, mam się dobrze…

Kaleka

Dziś babski wypad. Nie ma to jak wspólne oglądanie bajek Disneya. Miły wypoczynek po całym dniu robienia porządków, myciu okien i praniu firanek. Zero stresu i marszruty. Chwila odsapki od marudzenia cioci i dalekowschodniej musztry.

Znowu przyśniła mi się znajoma twarz. Nie pamiętam sensu tego obrazu, ale skoro obudziłam się dopiero po jedenastej, pewnie ludzie pracy mieli już sporo spaw omówionych i zrobionych. A ja… w czasie ich dysput odsypiałam zarwaną noc, rozplątując w ten sposób własny kłębek nerwów.  Czytaj dalej Kaleka

Biedaczysko

Zadzwonił Voy z Anglii. Gadaliśmy przeszło godzinę albo i lepiej. Po raz pierwszy od dawna krzyczałam na całe gardło, a on cierpliwie słuchał. To święty człowiek i niewiarygodnie wprost cierpliwy. Takiego to ze świecą szukać. Dzięki niemu udało mi się wywalić z siebie wielotygodniową złość.

Bo jak to jest, że czegokolwiek bym nie robiła, zderzam się z konsekwencją postrzegania mnie wg dziwacznych i bardzo cudzych (nie moich własnych) zasad. Naginam się, uczę elastyczności oraz zrozumienia. A otoczenie i tak nieustannie mnie krytykuje. Dlaczego? W czym niby jestem taka “nieudana” i dlaczego?  Czytaj dalej Biedaczysko

Moja szafa

Postanowiłam na dobre wrócić do szafy. Mam dość. Jestem tak zmęczona obrywaniem po splocie słonecznym, że nie da się tego wręcz opisać. Chcę wziąć urlop od wróżkowania, buddyzmu, czary mary, nadinterpretacji, kopania pań po brzuchach, kłania się w pas mistrzyniom Kung Fu i wiele, wiele innych atrakcji.

Wczorajszy trening naprawdę dał mi w kość, ale nie fizycznie, tylko emocjonalnie. A na tzw. dodatek oberwałam dziś prosto w przeponę, przez co zajrzałam na stronę stowarzyszenia. A tam… że jest spotkanie m.in. dla terapeutów. Czyli jeśli pójdę na spacer w tym czasie, to znając mój sposób funkcjonowania wewnętrznego… jeszcze bardziej oberwę po splocie słonecznym. Czyli… jak już wspomniałam… wracam do swojej szafy.  Czytaj dalej Moja szafa

Moje własne Ja vs Iskiereczka

Ja się chyba zwyczajnie boję. Bo w “moim” świecie straight, kiedy się inicjuje zabawę we dwoje, to nie z myślą zerwania za tydzień lub jedynie zaliczania nic nieznaczących przytulanek. Bo to byłby romans, a nie związek na poważnie. Zaś na wczorajszym spotkaniu było właściwie mówione tylko o parach homo. Które to “pary” pod kątem łóżka sztucznie dorabiają sobie ew. wspólne zainteresowania, choć nie to wspomniane osoby przyciągnęło do siebie.

Dodatkowo jeszcze wstyd oraz ściema wobec świata utrudnia życie opisywanych dwóch panów lub pań. Dlatego się wściekłam, bo w mojej głowie odruchowo to działa inaczej. I nagle do mnie dotarło, dlaczego Tej kobiety reakcje w wakacje tak bardzo mnie wkurzały. W kartach wiecznie szło o bardzo intensywnym, ale romansie – z jej punktu wdziania oczywistym. Dla mnie takie “coś” stanowi kompletnie, co innego.  Czytaj dalej Moje własne Ja vs Iskiereczka

Słowotwórczyni, czyli moja własna magia

To było tzw. “coś”. Tak naprawdę nigdy nie planowałam podrywać obcokrajowców. Nawet jeśli zdarzało mi się truć o Chińczykach lub innych Azjatach, nie stanowiło to przejawu pełnej szczerości. Oczywiście uwielbiam ten typ urody oraz ten rodzaj kultury, ale faceci mnie nie kręcą, nawet ci urodzeni w Azji. (Tu szeroki uśmiech.) Choć z naprawdę WIELKĄ przyjemnością porobiłabym foto akty wielu z nich. Niemal kocham gapić się na ich m.in. “gołe tyłki”, co i fotografować owych ONYCH.  Czytaj dalej Słowotwórczyni, czyli moja własna magia