Avatar

Zakochałam się. Nie od razu, ale jednak zdecydowanie. Trudno to nawet określić mianem utraconej głowy. Po prostu, bardzo wolno, acz stanowczo zapadłam się w dziką czeluść pełną zieleni, błękitu i elfów. I tak mi już pewnie – na całkiem długo – zostanie. Z czystym sumieniem mogę, więc podziękować panu James’owi Cameron’owi.

Widziałam ten film już dwa razy. W wersji klasycznej oraz 3D. Przy pierwszym podejściu, pewna doza nieśmiałości (plus dziki lęk przed marudzeniem Mężyska), przyblokowała mi możliwość szczerej oceny własnych wrażeń. Ale za drugim razem poszły konie po betonie. Już nikt i nic się nie liczyło. Tylko zieleń, błękit i cała masa elfów, bo właśnie tak Na’vi wyglądają, niczym Tolkienowskie istoty. I mam tu na myśli nie tylko ich wygląd, ale również silny związek z naturą.

Twórcy bardzo często miewają to do siebie, że korzystają z czyichś pomysłów. Rozwijają cudze obrazy, nieco je transformując na miarę własnych potrzeb. Miłe, że właśnie tak działa ludzkie psyche. Dzięki temu, w ogólnym rozrachunku, człowiek nie czuje się sam.

Nie tylko ja dałam się uwieźć elfom…

Wyjałowiona wielobarwność

Umysł ma to do siebie, że pracuje zgodnie z własnym rytmem. Smutki na lewo, radości na prawo. A ni to, ni tamto rusza prostą drogą – idealnie po środku. Wszelkie odruchy bywają bezwarunkowe. Nawet te wynikające z dziwacznych przyzwyczajeń.

Dziś przyłapałam samą siebie na przykrym przyzwyczajeniu. Tłum zwykle przejmuje nade mną władzę. Jeśli wszyscy śmieją się i dystansują od problemu, przejmuję ich styl i punkt widzenia. To podobno iście kobieca postawa. Skoro grupa uważa, że będzie o’kay, trzeba im przytakiwać. Tego wymaga dobre wychowanie oraz praca nad pozytywnym myśleniem.  Czytaj dalej Wyjałowiona wielobarwność