Brak szeptu

Już listopad. Późna jesień robi swoje. Liście znikają z drzew. Noc zapada w ciągu dnia, świt wstaje przed wieczorem. Polska normalka – brak światła, czyli słonecznego uśmiechu. Ludzie z wolna przestają się szczerzyć. Markotne miny dryfują poprzez mrok. To smutne, ale prawdziwe.

Co u mnie słychać? Angielski śpiew przez 24-y godziny na dobę. Mężysko się denerwuje, że mu żona mruczy pod nosem „I don’t know, I’m not sure. Maybe it is possible. I’ll check it. I’ll do my best. I promise.”

Byłam widziałam

To naprawdę bardzo miłe po długiej przerwie móc zaliczyć autentyczną realizację dziecięcych marzeń. Bo właśnie tym dla mnie była wizyta w Londynie. Kreska na liście ważnych zadań została postawiona. Tower Bridge obmacane, fish&chips zjedzone.

Ale nie spacery były najważniejsze, tylko życzliwe uśmiechy przechodniów – coś, czego nie da się zbytnio zaliczyć w Polsce, tej już nie Ludowej. A szkoda, bo pogoda ducha to naprawdę miły sercu widok.

Gdyby nie Jesion, eskapada nigdy nie doszłaby do skutku. Dziękujemy Ci panie Voy’u.