Cholera jedna

Upiłam się – czy jak kto woli – zdoiłam do nieprzytomności. A to za sprawą wyścigu szczurów. Pokłóciłam się z koleżanką pracującą na tym samym piętrze, ale w innym dziale o priorytety i podejście do pracy. Żadna z nas nie miała do końca racji. Wymiana maili była krótka, ale treściwa, choć kto wie, może nie dobiegła jeszcze końca, może po przyjściu do biura będzie mnie czekała niemiła niespodzianka? Pewnie niebawem się przekonam.  Czytaj dalej Cholera jedna

Okruchy Kasi

Znowu minął weekend i znowu nie posiedzieliśmy spokojnie w domu. W sobotę parapetówka u koleżanki z pracy Jestera, w niedzielę odwiedziny teściowej – nareszcie mogłam się popisać kulinarnie. Ani się obejrzałam czas wychodzić do pracy.

Zaczęłam szydełkować, wyjęłam też farby do szkła. W bardzo krótkich wolnych chwilach oddaję się więc robótkom ręcznym. Mam już kawałek obrusu i prawie skończoną serwetkę. Po nocach śni mi się, że chodzę po mieście szukając wszędzie pasmanterii, żeby dokupić kordonku w konkretnym kolorze. Zabawa jest przednia, nawet lepsza niż gotowanie. Nie tylko widać efekty, ale jeszcze pozostają na dłużej, bo się ich nie zjada. Niestety, od tego też bolą oczy, więc to kiepska ucieczka od komputera.  Czytaj dalej Okruchy Kasi

Kociary

Konsylium kocich mam orzekło, że Kicia jest w połowie rasowa. Nikt tak naprawdę nie potrafił określi jakiej rasy połowę w sobie nosi, ale i tak wszyscy byli zgodni, że nie przypomina przeciętnego dachowca. Zbyt długie łaty i ogon, pysk przywodzący na myśl Sfinksa (nie tego kamiennego, tylko taką kocią rasę) lub Syjama.

W wolnej chwili podliczyłam wszystkie rasowe połówki naszego ZOO. Mamy pół owczarka niemieckiego, pół rottweilera, pół syjamo-sfinksa i pół teriera. Niezły wynik jak na jedną rodzinę.

Kwoka

Co u mnie słychać? Nic nowego – choć właściwie skłamałam – jest lepiej, przyjemniej niż dawniej, spokój i monotonia. Praca-dom, dom-praca – i tak w kółko. Nie narzekam, bo nie mam na co. W domu każdego dnia wita mnie zwierzyniec. Rozbujane ogony i radosne pazury przypominają, że jestem kochana dozgonną miłością. Powroty do domu przeistoczyły się w swoisty rytuał.

Najpierw – w ramach ratowania życia – jeździliśmy z kotką na zastrzyki do kliniki weterynaryjnej (czynne całą dobę). A teraz duża suka ma poważne kłopoty z jelitami, więc cały zeszły tydzień wieczorami kursowaliśmy pod ten sam adres. Takie wycieczki scalają rodzinę.  Czytaj dalej Kwoka

Domowa płaskorzeźba

Na kuchennej ścianie mam nowe dzieło sztuki. Czasami nie ma się wyboru, wyższa konieczność zmusza do podejmowania artystycznego wyzwania. Tym razem uszkodzona gładź tynkowa wystarczyła za pretekst.

Kilka miesięcy wstecz usiłowałam przymocować do kuchennej ściany tablicę korkową. To jeden z pomysłów na radzenie sobie z codzienną dezorganizacją i brakiem pamięci do terminów. Żelbetonowe ściany skutecznie opierały się naszej starej wiertarce – bez udaru, czy też z nadpsutym udarem – więc postanowiłam przykleić ramę bezpośrednio do ściany. Skoro na reklamach ośmiorniczka jest w stanie przytwierdzać krzesła do ścian… – jednym słowem dałam się nabrać.  Czytaj dalej Domowa płaskorzeźba