Żona bije męża

Znów nadszedł ten moment miesiąca, kiedy nawet długopis kojarzy mi się tylko z jednym. Zwykle ten stan oznacza jedno wielkie piekło dla Jestera. Szukam guza, czepiam się o wszystko, a sposób zaradzenia tej niedyspozycji jest tylko jeden – dość trudny, bo jestem z natury wymagająca na tym polu. Mężysko wzdycha ciężko, mruczy pod nosem „gdzie ja oczy miałem” i bierze się do roboty, taki już jego przeklęty los – upierdliwa żona.

Wstałam zrelaksowania i wypoczęta. Nawet brak snu nie był w stanie popsuć mi samopoczucia. Za oknem świeci słońce. Ostatnie podrygi złotej polskiej jesieni. Niedługo przyjdą słoty i błoto zastąpi szeleszczące liście. W pracy z okna widzę szczyty drzew porastających pobliski park. Lubię obserwować zmieniające się wraz z upływem czasu barwy liści. Moim ulubionym momentem jest początek wiosny, kiedy nagie gałęzie zaczynają się pokrywać nieśmiałą zielenią. Koniec jesieni niestety kojarzy mi się ze śmiercią, więc widok opadających liści nie zawsze nastraja mnie pozytywnie. Choć w tym roku jest chyba trochę inaczej. Oswajam odchodzenie i pożegnania – może tracenie nie jest wcale takie złe?

Zmieniłam zdanie. Jestem jednak prawdziwą kobietą. Po zimie zawsze w końcu przychodzi wiosna, a po niej lato, więc dlaczego by nie pozwolić, żeby i w moim życiu czas płynął chronologicznie, bez antraktów wypełnionych pomieszaniem? Skoro chce się pogodzić, dlaczego jej na to nie pozwolić? Czego bym nie mówiła i nie pisała, nadal kocham. Z natury wierna łatwo daję się uwodzić perspektywie zawarcia paktu o nieagresji. Nie zadzwonię, bo jakieś zasady muszą obowiązywać, ale list… to co innego. Zresztą łatwiej mi idzie z pisaniem, niż mówieniem. Najwyżej okaże się, że to była tylko chwilowa przerwa w mrozach. Interglacjał – tak to się chyba nazywało w geografii – czas cofania się lodowca… do następnego razu.

____________________